HEDD D1 (a właściwie HEDDphone D1) zdążyły zrobić nawet niezłą furorę za oceanem. I przyznam, że w pierwszej chwili podchodziłem do tego ekstremalnie podejrzliwie. Kiedyś mówiłem, że człowiek jak nie posłucha, to się nie dowie. Dziś poniekąd myślę podobnie, choć z mocnym uwzględnieniem pomiarów. Zwłaszcza, że mój sceptycyzm ma swoje uzasadnienie. Całkiem niedawno miałem bowiem przyjemność gościć na głowie ichni projekt flagowo-eksperymentalny: HEDDphone One. Producent uparł się w nim na zastosowanie technologii AMT. Jak to wyszło? Ano mało praktycznie i z dużymi konsekwencjami dla tak dźwięku, jak i ergonomii.
Tymczasem model D1 to jakby zwrot w kompletnie odmiennym kierunku. Odchudzone, lżejsze, praktyczniejsze, słowem bardziej urealnione. No i nie kosztujące jeszcze fortuny, bo od 2800 do 3400 zł. To taniej od flagowych iBasso SR3, dosłownie moment temu testowanych. Ale też znacznie taniej od rzeczonych HEDDów Pierwszych.
Logika audiofilska nakazywałaby więc stwierdzić, że mamy produkt tańszy, czyli gorszy. Ale czy aby na pewno? Czy Heinz od dzisiaj będzie nadal kojarzył się tylko z pysznym ketchupem? A może jednak Heinz Electrodynamic Designs (czyli HEDD właśnie) na stałe zagości w naszej świadomości jako „ten drugi Heinz”, ale od pysznych słuchawek?
Egzemplarz testowy został dostarczony przez sieć sklepów Mp3Store/HiFiPRO. Recenzja jest owocem płatnej współpracy komercyjnej w zakresie wykonania ekspertyzy pomiarowej oraz udokumentowania rzeczywistych właściwości użytkowych urządzenia. Partner nie miał wglądu w treść recenzji ani wpływu na wyniki pomiarów przed ich publikacją.

Konstrukcja, jakość wykonania i wygoda HEDD D1
Pod względem wizualnym i konstrukcyjnym HEDD D1 to w dalszym ciągu pokaz solidnej, industrialnej wręcz szkoły projektowania. Przy HEDD One miało to zapewne od pierwszej chwili budzić zaufanie swoją masywnością. Tutaj jednak słuchawki zeskalowano w dół i uważam, że wyszło im to wyłącznie na dobre.



Omówmy sobie szczegółowo aspekty budowy tych słuchawek. Z reguły tego nie robię ze względu na zwyczajowo dokładną i dobrej jakości dokumentację fotograficzną. Tu jednak HEDD zastosował kilka ciekawych patentów, a i ja sam mam kilka nieoczywistych uwag, których niekoniecznie uda się doszukać na zdjęciach.
Elementy, pałąk, okablowanie i rozkład masy
Elementy nośne oraz muszle zostały spasowane z należytą precyzją, bez tendencji do skrzypienia czy łapania luzów na łączeniach. W tej klasie cenowej powinno być standardem, ale jak wiemy – nie zawsze nim bywa. Pałąk równomiernie rozkłada masę słuchawek na głowie.



HEDD D1 nie są słuchawkami ciężkimi – bez kabla, zważone, wybiły mi dokładnie 350 gram. Idealnie wg deklaracji producenta. Dla porównania, dokładnie tyle samo ważą Secret Gear SX70 Ultra. Oczywiście da się lżej: Soundcore Space One Pro to 292 gramy (a to przecież wirelessy). Z kolei Beyerdynamic DT 990 PRO Black Limited Edition ważą 288 g. Nie jest to duża różnica, choć odczuwalna.



Ograniczenie masy zostało osiągnięte poprzez wykonanie obudowy z lekkiego tworzywa. Ma ono jedną wadę – okrutnie zbiera palce. No ale cóż. Beczka miodu i te sprawy.
Okablowanie jest tutaj bardzo elastyczne, może aż za bardzo. Ma bowiem tendencję do plątania się. Wykonane jest jednakże bardzo dobrze i nie narzekałem na nie przez cały okres testów. Słuchawki wykorzystują złącza Jack 3,5 mm, więc w razie czego bez problemu dobierzemy im zamiennik.
Docisk i wygoda
Docisk do głowy jest wyczuwalny, ale zestrojony z myślą o zapewnieniu stabilności i wygody jednocześnie. Nie przekracza granicy, za którą pojawiałby się dyskomfort czy efekt „imadła”. Wygoda stoi na wysokim poziomie również dzięki dużej pojemności wewnętrznej padów. Te bez problemu mieszczą całe małżowiny, nie powodując ich uciskania. Moim zdaniem jednak mogłyby być twardsze i mniej się poddawać na osi czasu. Zwłaszcza, że to pady dedykowane. Powiem, o tym za moment więcej.
Przetworniki i technologia
W przeciwieństwie do wcześniej recenzowanych przeze mnie HEDD One opartych na technologii AMT, w modelu HEDD D1 zastosowano klasyczny, pełnopasmowy przetwornik dynamiczny. Jedynie z zewnątrz pokuszono się o stylizowanie „jakby na AMT”, ale element ten nie bierze czynnego udziału w kreowaniu dźwięku. To wyłącznie część identyfikacji wizualnej producenta.
Dla wielu osób śledzących poczynania tej marki może to być rozczarowanie, jednak decyzja ta ma swoje głębokie uzasadnienie inżynieryjne. Niemieccy projektanci postanowili, że wbrew modzie na alternatywne sposoby reprodukcji dźwięku, wycisną sobie absolutne maksimum z poczciwego dynamika. Bo tak. Skupili się przede wszystkim na dopracowaniu geometrii membrany oraz układu magnetycznego. Ale nie tylko.


D1 to autorska konstrukcja stworzona we współpracy ze szwedzką firmą Composite Sound, specjalizującą się w zaawansowanej inżynierii materiałowej. HEDD chwali się, że jest to pierwsze na świecie wdrożenie technologii TPCD (Thin-Ply Carbon Diaphragm) w pełnozakresowym przetworniku słuchawkowym.
- Materiał membrany: Rdzeń stanowi ultra-cienki kompozyt węglowy składający się z mikroskopijnych warstw sprasowanego włókna węglowego. Materiał ten charakteryzuje się ekstremalnie wysokim stosunkiem sztywności do gęstości oraz minimalną masą własną.
- Cechy szczególne konstrukcji: Zastosowanie TPCD drastycznie zmienia zachowanie mechaniczne membrany pod obciążeniem impulsowym. Dzięki ekstremalnej sztywności warstwowej, konstruktorom udało się całkowicie wyeliminować potrzebę stosowania tradycyjnego, fizycznego tłumienia na poziomie samej membrany. To dlatego brak jest tu dodatkowych powłok czy sztucznych warstw tłumiących, które zazwyczaj zwiększają masę i spowalniają powrót cewki. Przetwornik pracuje w trybie czysto tłokowym w znacznie szerszym zakresie częstotliwości. Bezpośrednio przekłada się to na redukcję zniekształceń nieliniowych i błyskawiczne wygaszanie stanów nieustalonych (tj. tych słynnych „transjentów” audiofilskich).
- Architektura napędu: Cewka i układ magnetyczny zostały zoptymalizowane pod kątem zachowania maksymalnej stabilności przy jednoczesnym odchudzeniu całej struktury. Waga pojedynczego przetwornika została zredukowana na tyle, że całe słuchawki ważą jak pisałem 350 g. Przy wcześniejszych, potężnych konstrukcjach HEDD o wadze ponad 500-700 g, stanowi to gigantyczny przeskok konstrukcyjny (i użytkowy).
O padach obszernych słów kilka
Odrębny akapit warto poświęcić wspomnianym już padom, a dokładniej – sposobowi ich mocowania i wymiany. HEDD zdecydował się tutaj na dedykowane rozwiązanie zatrzaskowe. Prawdopodobnie, bo nie mogę tego rozebrać. Z jednej strony gwarantuje to idealne, powtarzalne pozycjonowanie poduszek względem przetwornika. Eliminuje też jakiekolwiek nieszczelności powietrzne. Z drugiej zaś – nakłada na użytkownika ograniczenia. Sam proces demontażu może wymagać wyczucia i sporej dozy delikatności, aby nie uszkodzić plastikowych elementów montażowych lub kołnierzy.
Problem w tym, że konstrukcja taka w zasadzie wyklucza bezinwazyjne stosowanie uniwersalnych zamienników od firm trzecich. No chyba, że z czasem na rynku pojawią się dedykowane adaptery lub zamienniki. Do tego czasu jakakolwiek wymiana może sprowadzać się do zabawy w DIY oraz niszczenia oryginalnych padów.
Oznacza to, że jesteśmy skazani w dużej mierze na oryginalne akcesoria producenta. Jest to o tyle rzecz komplikująca życie, że pady pełnią w HEDD D1 krytyczną rolę. Przede wszystkim w kształtowaniu ostatecznej odpowiedzi częstotliwościowej i opisanego w sekcji dźwiękowej barwowego „bezpiecznika”. Ważny robi się sweet spot i odległość ucha od przetwornika. Tutaj w padach kluczową funkcję odgrywa geometria oraz stopień zużycia.
W przypadku tych konkretnych nauszników trudno jest mi powiedzieć jaki miały przebieg. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że na świeżych padach będą grały lepiej.
Jakość dźwięku HEDD D1
Tym razem nie jest to już projekt krzyczący eksperymentalnością, a zdrowym, konsumenckim pragmatyzmem. Widać przebijanie się tego podejścia na wykresach, od których chciałbym zacząć w ogóle jakąkolwiek naszą analizę:



Również balans kanałów wygląda schludnie. Nie idealnie co do piędzi, ale zbieżność jest w zupełności akceptowalna. Różnice między kanałami utrzymują się w granicy 0,5-1,5 dB. Nie przekraczamy więc wartości granicznych. Należy pamiętać, że może to też częściowo wynikać z samych padów. Tu jeszcze będziemy ten temat wałkować. Jednak z wykresów wyłania się bardzo duża powtarzalność i rzetelnie przeprowadzone parowanie. Żaden z fragmentów pasma nie wybija się lub ustępuje między przetwornikami. Dopiero na 12 i 16 kHz coś się dzieje, ale są to zakresy poza przestrzenią dla nas jednoznacznie użyteczną.



Od strony inżynieryjnej konstrukcja wykazuje się znakomitą kontrolą zniekształceń nieliniowych w basie i średnicy. Wyzwaniem konstrukcyjnym pozostaje jednak rejon sopranu – silna nierównomierność pasma między 6 kHz a 9 kHz (odskok od targetu DF w obie strony) oraz towarzyszący jej lokalny wzrost THD na 6 kHz to wyraźna anomalia, która uniemożliwia nazwanie tych słuchawek w pełni liniowymi w sensie absolutnym, mimo wzorcowego dołu i niższej średnicy. Ale to, co tu na razie widzę, cieszy oczy me. A i uszy też mają w czym się zanurzyć…
Bas
Analiza techniczna: Pomiary pokazują wzorcowo płaski, wręcz podręcznikowy przebieg basu w zakresie od 80 Hz do 200 Hz, który idealnie trzyma poziom 95 dB. Poniżej następuje bardzo łagodne, powolne opadanie sub-basu. Słuchawki notują ok. -6 dB przy 20 Hz względem średniego basu, co jest naprawdę koszernym wynikiem. Ludzie to planary kupują aby takie basy mieć. Choć jest to wynik minimalnie gorszy od dosłownie przed momentem testowanych iBasso SR3, słuchawki bardzo ładnie trzymają względem nich gardę. A co jest o tyle ważne, że SR3 i tak nie można nigdzie kupić.
Zniekształcenia THD też są wzorowo niskie – zaczynają się od na oko 0,4% na progu 100 Hz i sukcesywnie spadają poniżej 0,1% w wyższym basie. Rekord? Może jeszcze nie, ale widać, że nawet na padach materiałowych ich przetwornik zachowuje konstrukcyjnie pełną stabilność pod obciążeniem. Fani czystych niskich częstotliwości będą myślę nasyceni.
Subiektywny odsłuch: Jak się mierzą, tak grają. W praktyce przekłada się to na bas o charakterze ściśle studyjnym i liniowym, ale nie podbierającym z wiaderka przyjemności. Tu oczywiście wejdzie do gry ogólna korelacja częstotliwości i punkty odniesienia FR vs SPL. W normalnym, spokojnym użytkowaniu i na sensownych głośnościach, dolny rejestr nie narzuca się, nie próbuje sztucznie pompować atmosfery, co bezpośrednio buduje ten ich neutralny fundament całego brzmienia. To będzie dominować w zasadzie przez całość odsłuchów.
Z wad na siłę powiedziałbym, że brakuje mu nieco najniższego, fizycznego pomruku w najgłębszych partiach sub-basowych, jednak precyzja, kontrola oraz czystość uderzenia stoją na solidnym poziomie. To właśnie dlatego słuchawki te bardziej wpadały mi w ucho niż przytaczane tu flagowe iBasso SR3.
Tony średnie
Analiza techniczna: Dolna średnica (200 Hz – 1 kHz) kontynuuje płaski przebieg, dalej ciągnąć styl na idealną liniowość. Powyżej 1 kHz wykres zaczyna wyraźnie piąć się w górę, osiągając maksimum (ok. 107,4 dB) w punkcie 3,2 kHz. Choć wznoszenie to pokrywa się z ogólnym kierunkiem krzywej kompensacyjnej DF, to w punkcie kulminacyjnym rejonu wyższej średnicy słuchawki wyraźnie nasycają ten target, tudzież lekko go przebijając. Gwarantuje to mocną ekspozycję i doświetlenie wokali, choć całościowa barwa jest od SR3 nieco odmienna.
Wykres THD w całym pasmie średniotonowym utrzymuje się na wybitnie niskim poziomie – w okolicach średnio od 0,05% do 0,1%. To z kolei świadczy o zerowych problemach z rezonansami własnymi membran w tym krytycznym dla ludzkiego ucha obszarze. Rekordem jest tutaj 710 Hz, gdzie schodzimy na ~0,04%. Przy tym SPL, jesteśmy dla 710 Hz na granicy niektórych kapsuł pomiarowych. Łatwo więc sobie wyobrazić o jakiej czystości tu mówimy. Oczywiście nie mówimy tu o kapsułach z chińskich klonów IEC711. Tam jeśli ma się możliwość zmierzenia do 1% to już jest dobrze.
Subiektywny odsłuch: Średnica jest bezpośrednia, klarowna i transparentna. Zgodnie z oczekiwaniami dominuje tu neutralność, która jednak okazjonalnie – dzięki doskonałej czystości i brakowi podbarwień w niższym podzakresie – potrafi zaserwować uderzające przebitki realizmu i naturalności.
W porównaniu do Sennheiserów HD 660S2, pasmo to jest wyraźnie jaśniejsze i bardziej surowe. Ustępuje modelowi HD 660S2 pod kątem intymnej, ciepłej muzykalności, stawiając w zamian na bezwzględny wgląd w nagranie poprzez mocniejsze nasycenie wyższej średnicy.
Z drugiej strony nie ma tej „neutralnej plastyczności” jak w SR3, która emanowała z nich może trochę aż do przesady. HEDD D1 idą w nieco inną względem nich stronę – delikatnego przesunięcia barwy na nosowość. To kierunek np. HD 599SE, jeśli już trzymać się analogii Sennheisera.
Sopran
Analiza techniczna: W obszarze wysokich tonów jest również ciekawie. Po lokalnym dołku w okolicy 4 kHz następuje drugie silne wybicie w rejonie Presence na 6 kHz (idealnie na 107 dB). Tutaj energia wyraźnie ucieka w górę ponad linię referencyjną. Nie jest ona naturalnie żelaznym wyznacznikiem poprawności słuchawek, ale jest to fakt, że HEDD D1 mają tam troszkę za dużo energii.
Zaraz potem pasmo drastycznie załamuje się w głęboki dół przy 9 kHz, spadając aż do ok. 84 dB i meldując się głęboko poniżej targetu DF. Za tą doliną pojawia się kolejny ostry, wąskopasmowy szczyt rezonansowy na 12 kHz (prawie 98 dB). Wykres THD notuje w rejonie 6 kHz lokalny wzrost zniekształceń do blisko 0,4%.
Subiektywny odsłuch: Wysokie tony determinują jasny, detaliczny charakter słuchawek. Rejon 6 kHz mocno doświetla krawędzie dźwięków, co potęguje wrażenie analityczności. Kluczowa jest tu jednak psychoakustyczna interpretacja relacji 6 kHz do 9 kHz. Tak potężne wybicie przy 6 kHz powoduje zjawisko maskowania częstotliwości leżących tuż powyżej. Głęboki dół przy 9 kHz (anomalia konstrukcyjna, prawdopodobnie związana z geometrią komory lub zachowaniem falowym przetwornika) jest przez to dla ludzkiego słuchu praktycznie niemożliwy do pełnej kompensacji – ucho po mocnym strzale na 6 kHz nie jest w stanie wyłowić cichszych informacji z tak głębokiej doliny. Sopran bywa więc momentami selektywnie ostrzejszy, a zarazem nieco nierówny w swojej strukturze.
Wrażenia sceniczne
Słuchawki budują scenę w sposób wysoce zorganizowany, z wyraźnym zaznaczeniem pierwszego planu, co wynika bezpośrednio z nasycenia pasma w rejonie 3-6 kHz. Szerokość i głębokość sceny są kreowane dość dokładnie. Aczkolwiek przez specyficzne wahania pasma przenoszenia w sopranie, napowietrzenie i wybrzmiewanie najwyższych składowych ma charakter punktowy, a nie jednostajnie rozproszony.
Całościowy odbiór psychoakustyczny
Wokale są trochę wypchnięte i jasne, co determinowane jest przez mocną reprezentację punktu wzmocnienia ucha środkowego zgodnego z DF. Brak typowej dla HD 660S2 analogowości sprawia, że odbiór HEDD D1 jest bardziej kliniczny, ale za to potrafi zachwycić momentami czystej, niczym niezmąconej naturalności.
HEDD D1 to granie na wskroś techniczne, jasne i transparentne, ale z tendencją do zmiany barwy i lekkiego, bezpiecznego roll-offu na wysokim sopranie. Skąd to wynika? Z tych naszych nieszczęsnych padów. Jest to jeden z tych przypadków, że im pady są bardziej „zużyte”, a przetworniki bliżej uszu, tym ten roll-off jest większy. Normalnie w słuchawkach, takich jak np. DT 990, ten efekt jest dla nas korzystny (minus wygoda). Tu wyjątkowo jest na odwrót, czyli idzie to w kierunku nadmiernego podwinięcia.
Z kolei trzymanie padów w swojej natywnej formie pozwala na otwarcie się góry dla ekstra detali i powiewu powietrza. Wówczas ukierunkowanie tonalne mocno faworyzuje czystość i informacyjność przekazu nad jego barwowym nasyceniem. Teoretycznie można spróbować tu prostej modyfikacji z długim paskiem zbitego poliuretanu. Wkasany pod pad od wewnątrz muszli, od strony tyłu głowy, może podnieść sztywność całości.
Z kolei nawet, gdy pady są „klapnięte”, zauważyłem znacznie większą adaptacyjność mojego słuchu wobec sposobu grania HEDDów D1, niż gdy miałem na głowie iBasso SR3.
Różnice w odbiorze HEDD D1 vs iBasso SR3
Jaki pisałem w recenzji iBasso, obie te pary są do siebie podobne akustycznie, ale nie identyczne. Nałóżmy na siebie fizyczne wykresy SR3 i D1 w trybie uśrednionej normalizacji dla 200-1000 Hz:

Co tu widzimy:
- Sub-bas: Delikatnie lepsze zejście w najniższym rejestrze dla SR3, ale odbywające się za cenę całościowo mniejszej ilości basu w ujęciu ogólnym (różnica rzędu 4 dB na korzyść D1 w wyższym podzakresie).
- Dolna średnica: Wyraźne i dość mocne wybicie (fachowo tzw. „buła”) w okolicy 1,3 kHz dla SR3. To właśnie ten element działa na niekorzyść iBasso, wprowadzając wrażenie sztucznej, wręcz przesadnej „neutralnej plastyki” i niepożądanej modulacji barwy, której HEDD D1 są pozbawione.
- Sopran i obecność: Znacznie wyższe, bardziej agresywne wybicie w SR3 w punkcie 5,7 kHz. Dodatkowo barwowy „bezpiecznik” (głęboki dół w pasmie) przesunięty jest w SR3 z mniej słyszalnych 9 kHz na znacznie bardziej newralgiczny i słyszalny zakres 7,8 kHz.
- Zniekształcenia THD+N: Najważniejszy punkt programu. SR3 generują potężne wybicie zniekształceń w szerokim zakresie 2-4 kHz, przekraczające próg 1%. HEDD D1 w tym samym, krytycznym rejonie zachowują się wzorowo czysto, kulturalnie i spokojnie.
Wnioski: Parametry techniczne oraz czysta akustyka jednoznacznie wskazują, że HEDD D1 są konstrukcją dojrzalszą i zwyczajnie lepszą od iBasso SR3. Tych faktów nie da się podważyć retoryką w sekcji komentarzy. Wybicie THD+N w iBasso realnie degradowało czystość przekazu, podczas gdy stabilność D1 pozwala na znacznie szybsze i łatwiejsze zaangażowanie słuchacza w czysty materiał muzyczny.
Najlepsze zastosowania i napędzenie
- Wymagania prądowe / napędowe: Słuchawki nie wymagają wydajnego prądowo wzmacniacza o stabilnym napięciu, ale takowy nie zaszkodzi, aby utrzymać w ryzach pełną kontrolę i dynamikę niskich rejestrów. Zwłaszcza przy tak niskich zniekształceniach własnych przetwornika. Bez szczególnego problemu pędził mi to Motu M4 bezpośrednio z własnej dziurki.
- Korekcja EQ: Czy słuchawki bezwzględnie wymagają selektywnej korekcji programowej lub sprzętowej, aby naprostować zniekształcenia pasma? Nie powiedziałbym. W celu linearyzacji brzmienia konieczne jest delikatne stłumienie wąskopasmowego wybicia w rejonie 6 kHz oraz podciągnięcie głębokiego ubytku w okolicy 9 kHz, co pozwoli znieść efekt maskowania, wyrówna przebieg względem krzywej odniesienia i przywróci naturalną spójność sopranu. W praktyce jednak swoją uwagę kierowałbym w stronę padów. Wydaje mi się, że jest to najprostszy klucz do sukcesu w HEDD D1.
- Przeznaczenie: Po zaaplikowaniu EQ, tudzież zabawie ze wspomnianymi padami – doskonałe narzędzie do krytycznych odsłuchów, ale też wglądu w strukturę nagrania oraz pracy z tekstem audio. W stanie fabrycznym – dla entuzjastów jasnego, neutralnego i analitycznego brzmienia stroniących od ciepłej muzykalności, a przynajmniej póki pady się nie uklepią. Wówczas zaczyna do gry wchodzić wspomniany barwowy „bezpiecznik”.
Podsumowanie
Okazuje się, że HEDD D1 zasłużenie wzbudzają zainteresowanie międzynarodowe. To rozsądnie kompromisowa, duchowo studyjna konstrukcja, która nie bierze jeńców w temacie szczerego podejścia do dźwięku. Nie są to słuchawki stworzone z myślą o gładkiej muzykalności w stylu Sennheiserów HD 660S2, ale też nie cierpią na techniczne bolączki czy nasycenia pasma znane z iBasso SR3.
Ich najsilniejszą kartą przetargową jest wybitna czystość inżynieryjna – fenomenalnie niskie zniekształcenia THD w pasmie basowym oraz średnicy dają dobry wgląd w nagranie, oferując momenty uderzającej, surowej neutralności. Choć fabryczny sopran wykazuje anomalie konstrukcyjne w postaci gwałtownego przejścia między wybiciem na 6 kHz a ubytkiem przy 9 kHz, słuchawki okazują się wysoce podatne na prostą, fizyczną mechanikę – stan i stopień zużycia dedykowanych padów całkowicie redefiniuje tu układ sił wysokich tonów, działając jak naturalny, barwowy bezpiecznik. To zarówno ich słabość, jak i perspektywa dużych potencjalnych możliwości. Ale umówmy się, że nie będę scyzorykiem ich sprawdzał.
W przeciwieństwie do – co tu dużo mówić – trochę blamażu z projektem HEDD One, tym razem mamy udany pokaz inżynieryjnej dyscypliny. Ta broni się sama – bez dorabiania marketingowej poezji i bez obawy przed jakimkolwiek rygorem pomiarowym. Dlatego też z mojej strony wlatuje pingwinek w dmuchanym kole, który nie dał się falom i wciąż ma radochę ze słuchania D1. Całokształtem, są moim zdaniem na tyle uniwersalne, że można je zarekomendować szerszemu gronu. Czyli tak jak w tytule: jeden krok do tyłu (cofnięcie się do dynamika i lżejsza konstrukcja), aby móc poczynić dwa kroki do przodu (porządny produkt bez silenia się na marketingowy przymus innowacji).

Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie ok. 2800-3400 zł
Dane techniczne
Skopiowane od jednego ze sklepów:
- Impedancja: 32 Ω
- Skuteczność: 100 dB @ 1 mW / 1 kHz
- Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 40 000 Hz
- Masa netto (bez kabla): 350 g
- Złącza w muszlach: Dual 2x 3,5 mm TS jack
Dane pomiarowe
Kluczowe dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć również w formie interaktywnej w dziale Laboratorium. Łatwo można tam dokonać również porównań danych z dowolnych innych słuchawek pełnowymiarowych.
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DACi: AF DA500
- Wzmacniacze testowe: AF HA500
- Integry słuchawkowe: Loxjie D40 Pro, Luxsin X8
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audeze LCD-XC Full Carbon, Beyerdynamic DT 990 PRO LE, iBasso SR3, Sennheiser HD 660S2
- Słuchawki testowe typu IEM: Beyerdynamic DT 30 IE
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
- Kondycjonowanie prądu: Acar F5 PRO, APC Back-UPS 1050, Topping HS01
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.
Serdeczne podziękowania dla sieci sklepów Mp3Store/HiFiPRO za użyczenie sprzętu do przeprowadzenia powyższych testów.




