Rzadko się zdarza, że jakiś produkt trafia do mnie na premierę, ale z Beyerdynamic DT 30 IE zdarzył się cud (tudzież wyjątek). Wyjątek potwierdzający trochę regułę, bowiem oczywistym jest, że i przy najbardziej skrupulatnie przygotowanej premierze pomiary będą rzeczą wysoce pożądaną przez użytkowników. To właśnie będzie tym, co ustali faktyczną jakość produktu i jego potencjał w naszych uszach.
W momencie gdy taki premierowy produkt trafia do mediów niezależnych, możemy założyć, że producent i dystrybucja stoją za nim murem i są pewni jego jakości. Tak samo, jak stoi za nim renoma i doświadczenie producenta – nie byle jakiego, trzeba dodać.
Zatem z ogromną ciekawością przystąpiłem do testów najmniejszych słuchawek w ofercie Beyerdynamica i zdaje się najtańszych z linii ich monitorów dokanałowych. Mowa tu o Beyerdynamic DT 30 IE, kosztujących raptem tylko 119 € (cena w Polsce: 529 zł brutto). Daje nam to sensownie wycenione dokanałówki studyjne/instrumentalne. A także oscylowanie w obrębie progu cenowego równie interesujących DT 270 PRO, które wymieniam tu też nie bez przyczyny. Ale o tym w dalszym ciągu recenzji słów parę więcej przekażę.
Słuchawki Beyerdynamic DT 30 IE do testów przedpremierowych i wykonania niezależnych pomiarów dostarczyła agencja Studio111. Dziękuję za zaufanie i sprawną logistykę. Ze względu na dochowywane standardy transparentności i rzetelności, żaden podmiot trzeci nie miał możliwości wglądu do recenzji przed jej publikacją, nie posiadał wpływu na procedurę pomiarową ani ostateczny werdykt testu. Wspominam o tym, gdyż jest to częsta sytuacja w przypadku nowości i treści przedpremierowych.

Konstrukcja, jakość wykonania i wyposażenie
Beyerdynamic DT 30 IE to słuchawki, w których producent postawił na skrajny (i oczekiwany) minimalizm gabarytowy. Nie ma tu metalowych, ciężkich korpusów, a jedynie przezroczysty, delikatnie zmatowiony plastik. Są ekstremalnie lekkie – pojedyncza kopułka waży zaledwie 2,7 grama. To w połączeniu z ergonomicznym, opływowym kształtem sprawia, że po aplikacji praktycznie znikają w uchu. Oczywiście o ile tulejki pozwolą nam na bezproblemową aplikację.



Obudowa została uszczelniona i otrzymała oficjalną certyfikację IP54, co zapewnia wymaganą dla takich produktów ochronę przed pyłem, potem czy zachlapaniami. W segmencie monitorów dokanałowych to zawsze plus, choć realne przystosowanie sprzętu do ciężkich warunków scenicznych czy plenerowych jest czymś teoretycznie oczywistym.



Z tego co widzę, producent nie podaje impedancji słuchawek na pudełku, ale pomiar wskazuje na 17,46 Ω. Producent nie kłamał więc z impedancją katalogową 18 Ω. Choć standard pośród słuchawek mobilnych to powszechnie 16 Ω.



Oznaczenia kanałów oraz numer seryjny znajdują się po wewnętrznych stronach korpusów. Powtórzono je na złączkach kabla. Dodatkowo prowadzą nas kolory.
Ergonomia w praktyce
Haczykiem ergonomicznym, który bezlitośnie weryfikuje codzienne użytkowanie, jest wspomniana konstrukcja samej tulejki. Jest ona stosunkowo krótka, co w połączeniu z krótkimi i owalnymi tipsami silikonowymi wymusza dość płytką aplikację. W przypadku małych uszu nie będzie to problemem. Przy mojej anatomii fabryczne tipsy silikonowe okazały się siedzieć nieco za płytko. Łatwo jest zgadnąć, że miałem ciągłe problemy z uciekającym uszczelnieniem od ruchu żuchwą, tudzież potu.
Sytuację ratują – dosłownie i w przenośni – niestandardowe tipsy oraz pianki dołączone do zestawu, ale o tym będzie za moment. W każdym razie aplikacja może powodować – zwłaszcza w trakcie intensywnych nagrań i dużej ilości ruchu oraz ciepła – luzowanie się tipsów w małżowinie. Być może dlatego w zestawie od razu znajdziemy pakiet pianek, które nie mają już tego typu problemu.
Okablowanie i system złączy
Słuchawki wyposażono w odłączany przewód oparty na uniwersalnym standardzie złączy MMCX. Znacznie wydłuża to żywotność całego zestawu jako długoterminowego narzędzia pracy. Sam kabel został wzmocniony włóknami kevlaru, jest odpowiednio elastyczny i nie wykazuje nadmiernego efektu mikrofonowego. Przy samych złączach zastosowano pozłacane wtyki oraz kawałek drutu (przypominają mi się czasy Westone). Daje on efekt pamięciowy, który formuje się wokół małżowiny jako zausznik (OTE). Pozwala to na stabilne i pewne dopasowanie, blokując słuchawki przed wypadaniem podczas operowania na scenie. Krzątanie się przy instrumentach również jest bezproblemowe, a konfiguracja OTE dba o to, aby kabel układał się bliżej ciała. Nie ma więc ryzyka przypadkowego szarpnięcia za kabel (tzn. jest, ale mniejsze).
W zestawie mamy tylko jeden kabel (i to bez mikrofonu), więc ewidentnie Beyerdynamic stara się pozycjonować DT 30 IE jako produkt stacjonarno-mobilny. Jeśli chcemy uczynić je prawdziwym all-rounderem użytkowym również pod rozmowy telefoniczne albo inne zastosowania, konieczne są dodatkowe zakupy kabelków z mikrofonem. Tudzież osobnych modułów TWS, jeśli interesuje nas tryb wireless. MMCX stają się wówczas kluczowym elementem układanki, który urealnia nam wszystkie te scenariusze.
W moim przypadku najbardziej użytecznym byłby najpewniej po prostu długi i lekki kabelek do interfejsu. Mam na szczęście ku temu możliwości, aby stworzyć sobie takową konstrukcję samodzielnie. Na potrzeby testu nie było jednak takiego wymogu. Kabel fabryczny jest na tyle fajny i giętki, że z przyjemnością korzystałem właśnie z niego. Poza tym mam jak zawsze kolejkę sprzętu do testów oraz kabelków do konfekcji, więc czas na przyjemności własne przyjdzie później.
Fabryczne wyposażenie i wynikające z tego możliwości
W pudełku, obok samych słuchawek i przewodu, producent dostarcza pakiet akcesoriów eksploatacyjnych. Na wyposażenie składają się:
- 3 pary końcówek silikonowych w rozmiarach S, M, L.
- 3 pary wspominanych wyżej końcówek piankowych w rozmiarach S, M, L.
- Etui podróżne.
Pianki dostarczane przez Beyerdynamica naprawdę zasługują na osobną uwagę. Drastycznie odbiegają jakością od tanich i sztywnych zamienników z Chin, są niezwykle miękkie, gładkie, reagują na ciepło ciała. Do tego posiadają specyficzną, karbowaną tulejkę wewnętrzną, która stabilnie blokuje się na krótkiej osi słuchawki. To właśnie ten element wyposażenia – jak wykazały testy praktyczne – ratował mi często ergonomię. A do tego diametralnie zmienia sygnaturę brzmieniową DT 30 IE, czyniąc z nich pełnoprawne narzędzie monitorowe.


Fakt faktem bowiem, że różne tipsy różnie będą nam zmieniać dźwięk. Temat ten jest tym ciekawszy, że pianki chińskie czynią to w nieco innym kierunku, niż fabryczne. Sprawdziłem nawet oryginalne Comply – tam również nieco inaczej to gra. I choć w ramach typowego zakresu recenzji takich rzeczy się nie sprawdza, rzucimy na to później okiem. Bo możemy.
Generalnie wszystkie elementy eksploatacyjne powinny być dostępne jako osobne części zamienne, co wpisuje się w tradycję serii DT. Niemniej pozwoliłem sobie na poszukanie zamienników lub alternatyw w sklepach. Niestety poza kilkoma tropami prowadzącymi do Comply, nie natrafiłem na cokolwiek podobnego konstrukcją do pianek Beyerdynamica. Podejrzewam, że ktoś robi to dla nich jako OEM. Być może nawet sam Comply, ale wówczas raczej producent chwaliłby się taką współpracą, a nie ją przemilczał. Tak sądzę.
Z silikonami można mieć więcej szczęścia, ale tylko dlatego, że wskazują na to eksperymenty praktyczne. Na razie skupmy się jednak na tym, co daje fabryka.
Jakość dźwięku Beyerdynamic DT 30 IE (odsłuchowo)
Słowo „profesjonalne” niestety bardzo mocno ucierpiało na przestrzeni ostatnich lat. Wraz ze słowem „studyjne” stało się jednym z ulubionych haseł działów marketingu. To tzw. „buzz-word”, mające wywołać w nas przeświadczenie, że obcujemy z czymś bardzo wyspecjalizowanym i unikatowym. Stosowanym przez ludzi, którzy znają się na rzeczy.
I rzeczywiście, słowo „profesjonalne” pasuje tu jak ulał. Jednocześnie nie będąc w stanie przebić się przez trwający latami proces rozwadniania jego znaczenia.
W czym tkwi sekret Beyerdynamic DT 30 IE? W ich prostocie i wynikającej z tego faktu doskonałości. Nie miałem – podkreślę – w rękach ani w uszach modelu DT 7x IE. Tam Beyer postawił jak widziałem na aż 4 różne strojenia w formie wariantów numerycznych. Co model więc to zastosowanie. Tutaj z kolei mamy tylko jeden jedyny model i koniec. Czyli już jest uproszczenie, ale w myśl zasady less is more, może to i lepiej.
Dopieszczanie dźwięku odbywa się poprzez albo żonglowanie dampingiem wewnątrz tulejki, albo zmianę tipsów. Albo jedno i drugie. W przypadku Beyerdynamic DT 30 IE otrzymujemy wprost z pudełka w zasadzie dwa scenariusze użytkowe:
- Silikonowe tipsy + ewentualna zabawa dampingiem, jak wspominałem.
- Piankowe tipsy + damping pozostawiony na stałe.
Generuje to dwie różne sygnatury, które mają w sobie ogrom naleciałości z dwóch modeli Beyerdynamic. I to takich, które absolutnie uwielbiam: DT 270 PRO oraz DT 1990 PRO MKI Amiron MOD. Oba opisywane już obszernie na łamach AF jak widać po linkach. DT 1990 są już niedostępne w ramach wariantu MKI 250 Ohm, ale DT 270 to świeżynka. Słuchawki te nadal możemy kupić i to bez najmniejszego problemu. W sumie nawet w podobnych pieniądzach, co DT 30 IE.
Anatomia fabrycznego dźwięku Beyerdynamic DT 30 IE w szczegółach
Rzućmy sobie okiem na wyniki pomiarowe. To bowiem one ustalają rzeczywiste ramy dźwięku, w ramach którego się poruszamy, a nie moje opisy powyżej. Te mogą być – i zapewne będą – przeróżne, bo każdy recenzent ma swoją własną kondycję słuchu oraz etykę dziennikarską. Niemniej na premierę tych słuchawek niech przynajmniej w jednym miejscu będą jakiekolwiek wiarygodne informacje dotyczące ich wymiernej, obiektywnej akustyki.
Aby było to zapewnione, pomiary należy w przypadku tak zachowujących się słuchawek wykonać dwukrotnie – osobno dla każdego rodzaju tipsów. Różnice między nimi są bowiem zbyt duże, aby można było je pominąć i wyklarować jeden wspólny, spójny opis dźwiękowy.



Jak widać, wymiana tipsów powoduje spore zmiany w dźwięku. Powoduje to, że – przynajmniej w ramach fabrycznego ich pakietu – w przypadku Beyerdynamic DT 30 IE wybieramy nie tylko wygodę i ergonomię, ale całkowicie zmieniamy zachowanie się słuchawek. Owszem, w dużej mierze będzie się tu przebijał ten sam fundament, ale opisanie ich z perspektywy tylko jednego kompletu byłoby, cóż, niekompletne. A przynajmniej wysoce dezorientujące wobec tego, jak rzeczywiście grają czy też mogą zagrać.
Ogólny styl grania na silikonowych tipsach fabrycznych (odsłuchowo)
W tej konfiguracji po cichu liczyłem na to, co dostałem – odpowiednik DT 270 PRO. Słuchawki te ogromnie mi się spodobały swoim potulnym i nienachalnym graniem. Brzmienie 270-tek absolutnie szanowało muzykę i moje uszy, co przy atrakcyjnej bardzo cenie autentycznie mnie ujęło.
W malutkich DT 30 IE otrzymujemy bardzo analogiczną sytuację – cieplejsze brzmienie, niż te, z jakiego kojarzymy Beyerdynamica z dawnych lat i wyższych modeli. Przyjemne, ciepłe granie z miłym, obłym basem, dobrze wyartykułowaną średnicą oraz nieofensywną górą. Dźwięk ten jest zaskakująco miły w odbiorze, że aż nie chce się słuchawek wyciągać z uszu.
Jedynymi dokanałówkami, które przypominają mi o takim brzmieniu, były swego czasu Tripowin Mele. Również były takimi przyjemnymi, milusimi słuchawkami, choć naprawdę przysiągłbym, że DT 30 IE bliżej do DT 270 PRO. Do tego stopnia, że mogą one funkcjonować jednocześnie w ramach stricte tego samego użytkownika – naprzemiennie. Gdy jesteśmy w domu, korzystamy sobie z wygodnych DT 270 PRO, mając izolację + dźwięk. Ale gdy wyruszamy gdzieś, DT 30 IE dają nam potężnie lepszą izolację bez rezygnacji z tego samego dźwięku, który tak lubiliśmy w domu. To jest tak genialne w swojej prostocie, że zasługuje na uznanie. Rzadko zdarza się, że u jakiegoś producenta widuję taką koherentność w ramach własnej oferty i to w dwóch odmiennych od siebie formatach gabarytowych.
Ogólny styl grania na piankach fabrycznych (odsłuchowo)
Osobiście spodziewałem się w tej konfiguracji otrzymać trochę katastrofę, że tak się zwierzę. Z piankami rzadko które słuchawki lubiły mi się dogadywać. Z reguły dźwięk dostawał (dosłownie) po mordzie, w szerokim tego słowa znaczeniu. Siadała czytelność, gubiła się klarowność, robiło tak trochę ciapowato i nijako.
Jakiż szok jednak przeżyłem, gdy nałożyłem sobie DT 30 IE z piankami fabrycznymi z zestawu. Słuchawki przełączyły mi się nagle z DT 270 PRO w stronę bycia DT 1990 PRO MKI po modyfikacjach. Ba, mam wrażenie, że nawet jeszcze od nich lepszymi.
Co się zmieniło? Skraje się zmieniły. Mam wrażenie, że otrzymuję tu ciut lżejszy dół (najpewniej kwestia seala – zobaczymy na pomiarach), ale przede wszystkim jest więcej ataku, dopieszczenie światłem i detalem. Sopran stał się paradoksalnie bardziej podkreślony, ale nie ostry. Wręcz przeciwnie – jest wysoce wyważony, aż nieprawdopodobnie jak na tipsy piankowe!
Dochodzę do wniosku, że być może kompletnie się myliłem co do Beyerdynamic DT 30 IE. Sądziłem, że – tak jak w wielu innych przypadkach – ich domyślnym sposobem użytkowania będą silikony, a pianki to jedynie dodatek. Tak na ogół to bowiem funkcjonuje. Ale nie tutaj. Zupełnie tak, jakby DT 30 IE celowo stworzono i strojono domyślnie pod pianki, ale tipsy dano jako wariant użytkowo-brzmieniowy. W efekcie stworzono zaprawdę dwa różne światy i dwie różne sygnatury, odpowiadające dwóm różnym modelom z ich własnego portfolio.
Zaczynam się powoli cieszyć ze swoich koślawych uszu, bo być może bez problemów z tipsami nie sprawdziłbym pianek tak szybko. I tak, jak na silikonach dostałem świetnie przyjemne i nieofensywne brzmienie, tak na piankach dostałem coś, co mogę opisać jedynie jako zmierzającą w dokanałową referencję.
Wrażenia sceniczne na obu rodzajach tipsów
Silikony, poprzez mocniejsze cofnięcie rejonu 4-5 kHz oraz wyraźną ekspozycję rejestrów z zakresu 10,2 kHz, budują scenę bardziej oddaloną na pierwszym planie, ale z mocniej zaznaczonym, napowietrzonym skrajem.
Z kolei pianki, za sprawą potężnego zastrzyku energii w rejonie okolic 5 kHz, drastycznie przybliżają źródła pozorne i doświetlają instrumenty w tym zakresie. Daje to efekt większej bezpośredniości i intymności przekazu, kosztem lekkiego skrócenia dystansu i szybszego wygaszania najwyższych składowych w rejonie powyżej 11 kHz, co widać po gwałtownym spadku szarej linii.
Eksperymentalne odsłuchy Beyerdynamic DT 30 IE z własnymi tipsami
Jedynym problemem, jaki dawał mi się we znaki w trakcie testów, była płytkość tipsów fabrycznych, która powodowała co jakiś czas gubienie szczelności. To z kolei spowodowało, że rad nie rad, postanowiłem spróbować z tipsami własnymi i okazało się, że to również bardzo, ale to bardzo obiecujący kierunek. Nie chciałbym jednak wychodzić zbyt mocno poza standardowe ramy recenzji, zwłaszcza, że zasoby moich tipsów są niestety ograniczone. Poczyniłem zatem drobne zakupy i… cóż, czekamy. Słuchawki te prawdopodobnie też przez to doczekają się swojego dodatkowego suplementu specjalnie pod zabawy tipsami i dźwiękiem wyjściowym.
Jak się bowiem okazuje, da się w przypadku Beyerdynamic DT 30 IE połączyć przyjemne z pożytecznym, tj. zmienić barwę sopranu w stronę piankowych klimatów, ale zostać na silikonach (i zyskać wygar w stylu Sony MH1).

Tipsami użytymi do powyższego testu były moje własne „zielone pociski”, bo tak wyglądają (limonkowy kolor). To tylko pokazuje, że model ten ma jeszcze sporo możliwości akustycznych. I to bez dotykania dampingu. Zamówiłem ich pomarańczowe zamienniki, jakieś SpinFity itd., aby bardziej dopasować się do kolorystyki samych słuchawek. Niestety pocztex stwierdził (tradycyjnie), że jestem odbiorcą paczek trzeciej kategorii, więc na dzień recenzji paczki nie ma i nie będzie (zdjęć także).
Dlatego też pozwolę sobie na ten moment głównie na wskazanie, że jest to bardzo dobry trop do wyciągnięcia z DT 30 IE dodatkowych możliwości, będąc już wprost czystym nawiązaniem do potencjału DT 1990 PRO MKI. Póki co, w tej chwili bardzo, ale to bardzo podoba mi się to, co słyszę na Beyerdynamic DT 30 IE w połączeniu z tymi tipsami.
Czy wolałbym je w konfiguracji piankowej? Tak, na dłuższą metę uważam pianki za znacznie zdrowsze, ale do odsłuchów referencyjnych silikony sprawdzą się idealnie.
Analiza techniczna Beyerdynamic DT 30 IE na wszystkich tipsach
Ponieważ odsłuchy mamy już za sobą, rzućmy okiem na temat od strony technicznej i pomiarowej.
Bas
Analiza techniczna (silikony): Jak pokazuje pomarańczowy wykres pasma przenoszenia, dół na silikonach ma wyraźną podbudowę w rejonie subbasu i basu właściwego. Maksimum przypada na zakres idealnie 100 Hz, gdzie wykres osiąga niemal 99 dB, po czym równomiernie opada w stronę niskiej średnicy, osiągając punkt zgięcia (ok. 87 dB) w okolicy 550 Hz.
Z punktu widzenia zniekształceń harmonicznych, DT 30 IE potwierdzają znakomitą czystość techniczną. W całym krytycznym podzakresie basowym zniekształcenia trzymają się stabilnie poniżej poziomu 0,1%, co w formacie dokanałowym jest wynikiem wysoce profesjonalnym i gwarantuje brak zjawiska maskowania wyższych składowych przez zniekształcenia własne przetwornika.
Analiza techniczna (pianki): Szary wykres ujawnia rzecz zaskakującą: w najniższym podzakresie subbasowym (20–60 Hz) linia pianek pokrywa się niemal idealnie 1:1 z wykresem pomarańczowym dla silikonów. Oznacza to, że fabryczne pianki zapewniają perfekcyjny, powtarzalny seal. O wrażeniach subiektywnych decydować będzie zatem aplikacja i indywidualna anatomia. Delikatne rozwarstwienie na korzyść pianek (ułamek decybela) to zmiana kosmetyczna, niemal pomijalna w pomiarze i wynikająca z konieczności ponownej aplikacji słuchawek do fantomu pomiarowego. Fundament basowy pod względem technicznym i ilościowym pozostaje zatem tożsamy dla obu typów tipsów.
Tony średnie
Analiza techniczna (silikony): W rejonie średniotonowym słuchawki wykazują ciekawy profil. Od dołka przy 550 Hz (przypomnę: zjazd na 87 dB) następuje gwałtowne wzniesienie w kierunku środka pasma, tworząc lokalny wierzchołek w punkcie 850 Hz (ok. 96 dB). Następnie, w przedziale 1–3 kHz (mid / upper mid), wykres na silikonach stabilizuje się na bardzo równym poziomie ok. 95 dB. Patrząc przez pryzmat ludzkiej izofony, takie ukształtowanie daje solidną obecność wokali, bez ich sztucznego wycofania, ale też bez przerysowania wyższej średnicy.
Wykres zniekształceń w całym tym paśmie oscyluje poniżej granicy 0,1%, co świadczy o nienagannej liniowości pracy przetwornika. Nie zauważyłem, aby słuchawki w zakresie swojego THD+N różnicowały jakość dźwięku w kontekście użytych tipsów, więc opis ten dla pianek można właściwie pominąć.
Analiza techniczna (pianki): W zakresie od 200 Hz aż do 3 kHz oba wykresy idą ramię w ramię, idealnie pokrywając się w strukturze pasma. Prawdziwa inżynierska separacja i klucz do zrozumienia fenomenu tych słuchawek zaczyna się jednak tuż powyżej, na przełomie średnicy i obecności (Presence). W rejonie 3–5,5 kHz pianki (szary wykres) wystrzeliwują mocno w górę w stosunku do silikonów. Podczas gdy silikony przy ~4,8 kHz zaliczają lokalny dołek (94 dB), pianki w tym samym miejscu eksponują energię na poziomie 99 dB. To ~5 dB czystego zysku energetycznego na korzyść pianek na przełomie wyższej średnicy.
Sopran
Analiza techniczna (silikony): Po minięciu progu 5 kHz, wykres pomarańczowy dla silikonów zalicza ostry spadek w punkcie 6,5 kHz, lądując na wartości ~83 dB. Następnie podnosi się, tworząc dwa wyraźne, ostre rezonanse: pierwszy przy 7,4 kHz (ok. 90 dB) oraz drugi, znacznie silniejszy, w rejonie 10,2 kHz (Brilliance), gdzie osiąga ~93 dB.
Wykres THD+N pokazuje w rejonie 6,5 kHz lokalne uniesienie zniekształceń do wartości ok. 0,15%, co pokrywa się z gwałtownym załamaniem pasma przenoszenia w tym punkcie. Wciąż pozostaje to wynik w granicach normy dla przetworników dynamicznych w tym budżecie. Powyżej 11 kHz następuje już sukcesywne wygaszanie energii sopranu.
Analiza techniczna (pianki): Szary wykres w rejonie najwyższych częstotliwości zachowuje się zupełnie inaczej, odwracając proporcje względem silikonów. Po progu 5 kHz góra na piankach łagodniej opada w dół, nie zaliczając tak drastycznego tąpnięcia przy 6,5 kHz (trzyma poziom ok. 86-88 dB). Najciekawsza inżyniersko jest jednak strefa najwyższa: pianki całkowicie ścinają i wygładzają rezonans z 10,2 kHz, który na silikonach był mocno eksponowany. Na piankach wykres w tym miejscu gładko schodzi w dół, za to wykazuje lokalną przewagę energii w rejonie 9 kHz. Powyżej 10 kHz pianki wygaszają się znacznie szybciej i gwałtowniej niż silikony, tracąc energię w rejonie najwyższego blasku.
Całościowa ocena techniczna i zastosowania
Jeśli skonfrontujemy materiały marketingowe producenta z rzeczywistością pomiarową, to okazuje się, że Beyerdynamic o dziwo niespecjalnie mija się z prawdą. Deklaracje o „zrównoważonym profilu brzmieniowym zapewniającym klarowny wokal” oraz predysponowaniu DT 30 IE do wiarygodnych miksów monitorowych i home recordingu znalazły odzwierciedlenie w faktach.
Na fabrycznych piankach, dzięki potężnemu doświetleniu pasma w rejonie 5 kHz, słuchawki te bezbłędnie realizują zadania surowego monitora średnicy, wyciągając detale mowy i wokali wprost przed szereg. Z kolei niska, wzorowa wręcz kondycja zniekształceń harmonicznych (THD stabilnie poniżej 0,1%) realnie predysponuje je do pracy studyjnej, eliminując zjawisko maskowania akustycznego.
Gdzie zatem leży marketingowy haczyk? Tradycyjnie w uśrednianiu fizyki pod masowego klienta. Producent deklaruje „kompaktową, ergonomiczną słuchawkę, która pewnie osadza się w uchu”, dołączając do zestawu trzy pary silikonów. W moim przypadku to właśnie ta fabryczna aplikacja okazała się zbyt płytka, co rusz powodując gubienie właściwego uszczelnienia.
O ile na scenie ratunkiem będą fabryczne pianki, o tyle w domowym studiu, aby wycisnąć z nich 100% możliwości na silikonach bez ciągłego poprawiania ich w kanałach, użytkownik będzie skazany na eksperymenty z własnymi tipsami. W ogólnym rozrachunku DT 30 IE noszą jednak wyraźne cechy udanego, technicznego all-roundera. Zamiast nakręcać makaron na uszy, producent pokrywa obietnice z pudełka rzetelnym zachowaniem na wykresie.
Myślę, że należy to pochwalić i podkreślić, ponieważ rzucać słowa na wiatr potrafią wszyscy. Vide przykład Sony, które przekonywało nas (a przynajmniej próbowało), że WH-1000XM6 są słuchawkami studyjnymi. Tymczasem one obok ich własnych MDR-M1, ale też i testowanych tu DT 30 IE, w takich zastosowaniach nawet nie leżały. Dlatego zawsze warto sprawdzać, czy producent swoje deklaracje pieczętuje konkretami i faktami. W przypadku DT 30 IE – tak właśnie się na szczęście dzieje.
Dodatkowe wnioski do całościowego odbioru psychoakustycznego
Wróćmy jeszcze na moment do opisu stricte psychoakustycznego. Wyłania się bowiem z tego wniosek, że miałem rację. Odbiór na piankach wynikał wyłącznie z seala i to na obu rodzajach tipsów. Zdumiewająco bas okazał się w sekcji subbasu identyczny tu i tu. Widać za to wyraźnie w którym miejscu pianki doświetliły mi odbiór i dlaczego bardziej mi się spodobały.
Ale wiecie co mi się tu najbardziej podoba? Fakt, że ten produkt broni się czystą fizyką, a nie audio-voodoo. Wskazuje na wykresie wszystkie miejsca, w których rzeczywiście walczyłem z własną anatomią. Błędnie przypisywałem te cechy słuchawkom i stąd płynie dodatkowa nauka, jak bardzo potrzebna jest weryfikacja pomiarowa. A także elementarna transparentność opisowa, bo nigdy byśmy się tego nie dowiedzieli, gdybym o tym jako recenzent nie wspomniał. No bo przecież recenzenci są z natury zawsze nieomylni i słyszą wszystko.
Podkreślenie góry w rejonie okolic 5 kHz na wykresie potwierdza moje odczucia słuchowe. Jak na dłoni widać wyciąganie dźwięku z potulnego cienia w stronę jasnej, klarownej i bliskiej referencji. A do tego bez jednoczesnego kłucia przy 10 kHz. Ten element również został przez piankę elegancko zlikwidowany. To z kolei potwierdza, że najbardziej akuratne testy pomiarowe to te na odlewach usznych. W dokumentacji IEC wspomina się o przykładach kapsuł i pomiarze bezpośrednio z tulejki, ale jak widać podejście od strony kompleksowego symulatora również ma sens. Bez tego po raz kolejny trzeba byłoby podchodzić do opisów brzmieniowych tipsów na wiarę.
Dlatego też bardzo doceniam szczerość inżynieryjną tego produktu. Zobaczcie co się dzieje na pomiarach, gdzie walczymy ze szczelnością, a gdzie materiał tipsów robi swoje. Jeśli macie swoje ulubione tipsy, wiecie jak się zachowują, będzie to bezcenna wiedza również pod inne modele słuchawek. Stąd pomiar DT 30 IE uważam, że musi być bezwzględnie zbierany na obu rodzajach tipsów. Inaczej nie będziemy mieli pełnego ich obrazu.
Opłacalność i żywotność
Opisuję jak na razie Beyerdynamic DT 30 IE w superlatywach, ale z głębokim przekonaniem, że zasłużenie. Czy słuchawki mają z czym konkurować? Oczywiście że tak, ale niestety muszę przyznać się tu do faktu braku możliwości bezpośredniego porównania. Z tego co widzę, słuchawki – na dzień pisania recenzji – pojawiają się już w zagranicznych sklepach. Thomann ma je za 499 zł. Z kolei Vintage King oferuje je za ~150 $, a więc drożej. Amazon.pl to 549 zł.
W tej cenie z alternatyw dostaniemy chociażby Shure SE215 CL/K, które kosztują u nas w Polsce ok. 420 zł. To nieśmiertelna klasyka, ale też jak pisałem – niestety brak możliwości ich oceny z perspektywy doświadczenia lub pomiarów. Natomiast gdy przełączymy się na wersję EN/US na Thommanie, koszt wersji K (czarnej) i DT 30 IE jest identyczny. Intuicja podpowiada mi, że jest to zabieg celowy. Być może Beyerdynamic wręcz celował stricte w ten właśnie model konkurenta? A może po prostu uznano ten konkretny pułap cenowy za docelowy? Cóż, możemy tylko spekulować.
Jeśli rozszerzymy natomiast nasze dywagacje do problemu „mam 500 zł, co najbardziej się opłaca”, robi się ciekawie. Obok DT 30 IE pojawiają się jak pisałem wcześniej DT 270 PRO. Dostaniemy nauszny substytut zamknięty (a więc wciąż jakaś izolacja), grający jak 30-tki na silikonach. Są też MDR-7506, ale to opcja bardziej dla osób zorientowanych na wokal.
Można jeszcze próbować coś przyciąć i szukać alternatyw pośród chińskich tanich słuchawek dokanałowych. Te jednak to często albo loteria jakościowa, albo loteria brzmieniowa, albo jeszcze coś innego. Póki co, są to jedyne słuchawki, które potrafiły mi zzielenieć zarówno na kablach, jak i od środka. Quality at its finest. Czy z DT 30 IE tak będzie? Tylko czas pokaże, ale na razie nie widzę tu nic, co miałoby spektakularnie „zdechnąć”. Filtry wymienne, tipsy wymienne, kable wymienne, więc jeśli nie uszkodzimy korpusów – będzie dobrze.
Podsumowanie
Beyerdynamic DT 30 IE to jeden z tych produktów, które wbrew powszechnej praktyce zaprojektowano zgodnie z przeznaczeniem i hasłami głoszonymi na pudełku. Rzeczywiście jest to sprzęt zdatny do zastosowań profesjonalnych. I rzeczywiście świetnie izolują, nadając się wybornie do monitoringu. A już na pewno czynią to pod kątem zastosowania w recenzjach jako sensowny punkt odniesienia.
Na silikonach dostajemy dosłownie ten sam klimat co w DT 270 PRO. Jest ciepło, bezpiecznie, przyjemnie, ale na szczęście jeszcze nie za ciemno. Super słuchawki dla osób szukających muzykalności i braku tnącej uszy góry. Genialne dla osób, które lubią dokanałówki bardziej zrelaksowane, naturalne i nieofensywne również od strony kompensacji hałasu.
Na piankach DT 30 IE zmieniają się natomiast w profesjonalne bestie do referencji, wyrównując tonalnie i polepszając ergonomicznie. Ale nie do poziomu karykatury, tj. nagle otrzymując ilość sopranu taką, jaka typowo kojarzyła się z tym producentem od lat. Jest to nadal brzmienie naturalne i – co najważniejsze – realizowane z głową.
A jeśli dołożymy jeszcze możliwości płynące z dampingu tulejek oraz wymiany tipsów na jeszcze coś innego, możliwości lecą wysoko. Wyrasta nam tu naprawdę coś autentycznie interesującego i mającego sens poświęcania na to uwagi tak samo, jakby to były pełnowymiarówki. Od czasów zabaw z KZ nie pamiętam, abym miał tak pozytywne wrażenia z jakiejkolwiek pary dokanałowej. Dlatego w cenie 119 € z przyjemnością mogę zarekomendować Beyerdynamic DT 30 IE jako bardzo sensowne dokanałówki konkurujące z segmentem Chi-Fi na swoich własnych zasadach. I obok DT 270 PRO to jedna z najciekawszych propozycji Beyerdynamica, jakie do tej pory testowałem.

Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji wynoszącej 529 zł. Można je aktualnie kupić zarówno w Thommanie (499 zł), jak i polskim Amazonie (549 zł).
Dane techniczne
Opracowane bezpośrednio na bazie materiału prasowego:
- Przetwornik: Dynamiczny, 11 mm
- Budowa: Zamknięta
- Styl noszenia: Dokanałowy (OTE)
- Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 20,000 Hz
- Impedancja nominalna: 18 Ohmów
- Poziom ciśnienia akustycznego dB SPL @ 1 kHz @ 1 mW: 111 dB SPL
- Poziom ciśnienia akustycznego dB SPL @ 1 kHz @ 1 Vrms: 128 dB SPL
- Całkowite zniekształcenia harmoniczne @ 1 mW 0,08 % @ 500 Hz: 0,09 % @ 1 kHz
- Maksymalny poziom ciśnienia akustycznego: 137 dB SPL
- Izolacja od hałasu otoczenia: do 39 dB
- Waga (bez kabla i końcówki dousznej): 2,7 g na słuchawkę
- Długość i typ przewodu: gładki przewód, 1,4 m, odłączany, dwustronny
- Złącze: MMCX do 3,5 mm, 3‑biegunowy wtyk stereo
- Klasa ochrony: odporność na kurz i zachlapania (IP54)
- Zawartość zestawu:
– 1 para słuchawek DT 30 IE
– przewód 1,4 m ze złączem MMCX i wtykiem 3,5 mm (3‑biegunowym)
– 3 pary silikonowych końcówek dousznych (S, M, L)
– 3 pary piankowych końcówek dousznych (S, M, L)
– 1 para filtrów cerumenowych
– Skrócona instrukcja obsługi
– Etui transportowe
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro, Luxsin X8
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-S300BT, ATH-M50x, Sennheiser HD 660S2, Audeze LCD-XC
- Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1, KZ ZVX, KZ ZSX, KZ ZAX
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.

Serdeczne podziękowania dla agencji Studio111 za użyczenie Audiofanatykowi sprzętu do testów.



