Monoprice Monolith M1060C to konstrukcja wokółuszna o budowie zamkniętej, oparta na przetwornikach planarnych. Obecna na rynku już od dłuższego czasu, zaskarbiła sobie wierne grono zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Jedni chwalili je za świetny stosunek ceny do strojenia i jakości dźwięku. Inni piętnowali za dyskusyjną jakość wykonania, trwałość oraz ewidentne ścinanie zakrętów.
Być może to właśnie było powodem, dla którego produkty tej marki oficjalnie nigdy nie zawędrowały na moje łamy. Zresztą, trudno się dziwić. Z perspektywy biznesowej jest to logiczne i uzasadnione. Po co wysyłać taki sprzęt na pomiary i dosypywać soli do ran?
W sumie tak było z innymi planarami – Fosi i5 – które dzięki uprzejmości dwóch innych czytelników trafiły do mnie na recenzję. Czemu aż dwukrotnie? To już opisuje druga recenzja na ich temat. W przypadku Monolith M1060C mamy natomiast w rękach zamknięte planary, wyglądające jak mariaż konstrukcji LCD-XC z pałąkiem od Arya Organic, kosztujące w tym momencie tyle, co Ananda Nano, czyli 1400 zł. Pokusa więc to wciąż ogromna, ale czy warta grzechu? O tym przekonamy się dzięki dobroci jednego z czytelników, p. Marcina, do którego testowany tutaj egzemplarz należy.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez p. Marcina, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.

Jakość wykonania, konstrukcja, wygoda
Wizualnie słuchawki prezentują się intrygująco dzięki zastosowaniu naturalnego drewna na zewnętrznych dekielkach muszli, co z automatu przywodzi na myśl Audeze LCD-XC. Prawdopodobnie zresztą na nich się tu wzorowano (tak sam jak M300 vs iSine).
Przetworniki osadzono w masywnych korpusach, a całość zawieszono na metalowym pałąku ze skóropodobnym paskiem, który ma za zadanie redukować odczuwalną masę konstrukcji. Zrobiono tu jednak to samo, co na FiiO FT1 i FT1 PRO, czyli dano wypustki powodujące nacisk punktowy na głowę. Osoby wyczulone na takie rzeczy mogą nie być z tego faktu zadowolone.



Pady są grube, miękkie i dobrze leżą na głowie nie generując specjalnie docisku, co w teorii zapewnia wysoki komfort nawet podczas dłuższych sesji.
Niestety, bliższe oględziny ujawniają, że pod estetyczną warstwą kryją się bardzo daleko posunięte oszczędności materiałowe. Elementy regulacyjne oraz mocowania widełek wykonano z przeciętnej jakości tworzywa sztucznego (o tym za moment), a spasowanie niektórych detali mechanicznych pozostawia spory niedosyt. Sam pałąk sprawia wrażenie absolutnie tandetnego, z cieniutkiej blaszki dającej się wyginać pod palcami. Do tego regulacja jest skromna (ustawienie na max to dla mnie dosłownie na styk).



W ogólnym rozrachunku jakość wykonania okazuje się niestety dość niska i budzi uzasadnione obawy o realną żywotność całego szkieletu przy intensywnej, codziennej eksploatacji. Przywodzi to na myśl najlepsze wzorce wyciągnięte z Hifimana i nie zdziwiłbym się, gdyby Monoprice miało właśnie takie aspiracje. No ale cóż, jeśli się uczyć, to od najlepszych. A nie ma myślę drugiego takiego ewenementu na świecie, jak Hifiman pod względem traktowania kontroli jakości jako sugestii.
Zastrzeżenia budzą też gniazda w standardzie 2,5 mm. Dość powiedzieć, że jeden z kabli, jakie otrzymałem, miał zgięty wtyk. Defekt użytkowy, jasna sprawa, ale 2,5 mm jest na to podatne. Na pocieszenie zostaje jednak duże etui (i cena).
Poprawka na stan używany
Oczywiście należy brać poprawkę na fakt, że słuchawki pochodzą od użytkownika i były w pełnym użyciu. Dlatego na zdjęciach widać różnego rodzaju ślady zużycia od wiernej służby.
Poza ubytkami farby na pałąku, najbardziej w oczy rzucić się mogą dwie rzeczy:
- kleistość bloczków z tworzywa (podejrzewam że to było takie a’la zmatowione wykończenie),
- świecące się otarcia na puszkach drewnianych.
Pady są w stanie perfekcyjnym, ale zauważyłem, że największy, środkowy wypustek na opasce jest już częściowo ugnieciony. Może to korzystnie wpływać na redukcję mojego wrażenia nacisku punktowego na głowę.



Bloczki wystarczy potraktować izopropanolem, ale ja tego kochani robić oczywiście nie będę, bo to nie moje słuchawki są. Nie mam prawa tego tknąć bez wiedzy i zgody właściciela, tak więc na zdjęciach zostaje się tak, jak jest.
Jakość dźwięku Monolith M1060C
Tradycyjnie rozbijmy to sobie na poszczególne aspekty dźwiękowe od strony tak odsłuchowej, jak i technicznej w oparciu uzyskane dane pomiarowe.


Bas
Analiza techniczna: Liniowe podbicie w rejonie subbasu i basu. Bardzo stabilnie i bez nagłych spadków aż do granicy 200-250 Hz. Zniekształcenia harmoniczne są wzorowe, utrzymując się na poziomie poniżej 0,1%. Sugeruje to zdolności do wysokiej kontroli przetwornika. Balans kanałów w dolnych rejestrach wykazuje jedynie minimalne, niemal pomijalne rozbieżności. Przyznam jestem tu pozytywnie zaskoczony. Spodziewałem się mocniejszego rozjazdu z racji zarzutów o niską jakość wykonania. A tu proszę – sparowanie na super poziomie.
Subiektywny odsłuch: Dół pasma został wyraźnie, ale i ze smakiem podkreślony. Stanowi on przyjemny dla ucha fundament brzmieniowy, który daje o sobie znać w każdym utworze, nie dominując jednak nad resztą pasma. Bas charakteryzuje się świetnie uchwyconą przy tym konstrukcją oraz wysoką czytelnością. W połączeniu z niskimi zniekształceniami daje to poczucie obcowania z dźwiękiem wyższej klasy, niż sugerowałby ogólnie ten produkt.
Tony średnie
Analiza techniczna: Wykres częstotliwościowy ujawnia widoczny dołek w przedziale 300-1000 Hz względem krzywej Diffuse Field. Powyżej 1 kHz charakterystyka pnie się w górę, dobrze dopasowując się do targetu w wyższej średnicy (1-3 kHz). Wykres zniekształceń THD+N wskazuje w tym rejonie na jedno wyraźniejsze wybicie w okolicach 3,3-3,5 kHz, które jednak bezpiecznie zatrzymuje się w granicach 0,6-0,7%, nie przekraczając krytycznej bariery 1%.
Subiektywny odsłuch: Mimo odnotowywanej w pomiarach recesji na niższej średnicy, ubytek ten w praktyce nie przeszkadza i nie degraduje wrażeń z odsłuchu. Słuch ludzki dobrze adaptuje się do tego typu ubytków, a dźwięk zachowuje pożądaną czytelność. Całość prezentuje się spójnie i naturalnie, bez poczucia dystansu czy zgaszenia w wokalach.
Sopran
Analiza techniczna: Wysokie tony prezentują się dość specyficznie ze względu na zauważalną interakcję i stosunek wybić-do-ubytków. Po widocznym wybiciu w okolicach 5 kHz następuje gwałtowny spadek i głęboki dołek w rejonie 9 kHz. Pamiętając o krzywych izofonicznych i fakcie, że pomiar pochodzi z symulatora ludzkiego ucha, nie należy jednak interpretować tego spadku całkowicie liniowo. Taka anomalia konstrukcyjna powoduje wprawdzie fizyczny odpust energii, ale jest to również naturalna reakcja na maskowanie częstotliwości przez wcześniejsze wybicia oraz realne możliwości tłumienia akustycznego przez ludzki słuch. W wyższych rejestrach (powyżej 8 kHz) widać też nieznacznie większe, choć wciąż akceptowalne rozjazdy w balansie lewego i prawego kanału.
Subiektywny odsłuch: Sopran jest na ogół naturalny, ale wybicie w 5 kHz jest dla mnie osobiście słyszalne. W co bardziej rozbudowanych utworach – nawet bardzo. Na tyle, że skupia moją uwagę i odwraca ją od ogólnego przekazu muzycznego. Nadaje jednocześnie świeżości i czytelności, którą doceni myślę każdy użytkownik tych słuchawek. Jestem naturalnie wyczulony na ten konkretny zakres pasma, ale w ogólnym rozrachunku raczej nie decydowałbym się na jego korygowanie, gdybym był projektantem tych słuchawek.
Strukturalny spadek energii przy 9 kHz jest też czasami wyczuwalny podczas krytycznego odsłuchu, ale znacznie rzadziej niż wspomniane wybicie w 5 kHz. Wpływa to na bardzo lekkie, kontrolowane zgaszenie najwyższych detali. Z drugiej strony skutecznie zapobiega sybilantom, które mogłyby powstać przez wyeksponowanie niższych partii sopranu.
Brzmienie pozostaje uchwycone w całkowicie poprawnej barwie – to najważniejsze. Dla większości osób będzie też absolutnie niemęczące dla ucha, a wciąż jasne i czytelne.
Subiektywne wrażenia sceniczne
Scena kreowana przez M1060C opiera się w dużej mierze na rzetelnym oddaniu wyższej średnicy i doświetleniu niższych partii sopranu. Choć dołek przy 9 kHz może nieco redukować poczucie absolutnego powietrza i bezkresu holografii, słuchawki zapewniają w pełni poprawną stereofonię. Solidny balans obu kanałów na niższych i średnich częstotliwościach bezpośrednio przekłada się na stabilne i poprawne pozycjonowanie źródeł pozornych na scenie.
Całościowy odbiór psychoakustyczny
Odbiór Monolith M1060C jest w pierwszej chwili wysoce satysfakcjonujący. Konstrukcja z wyczuwalnym basowym fundamentem i ogólną czytelnością przekazu świetnie maskuje techniczne niedoskonałości widoczne na wykresach. Słuch ludzki w naturalny sposób kompensuje dołek w niższej średnicy, a spadek na górze skutecznie chroni słuchacza przed przesadną ostrością. Dlatego, choć wydaje się na początku, że obcujemy z brzmieniem na planie „V”, nie jest to dźwięk ofensywny. W zależności od utworu, czasami bardziej dominuje bas, a czasami klarowność sopranu wychodzi przed szereg. Rzadziej słychać „bezpiecznik” na wyższym sopranie, ale to właśnie powoduje, że M1060C aż chce się słuchać.
Jestem przyznam pozytywnie zaskoczony tym, co tu usłyszałem. Być może to przez analogie wizualne, ale miałem wrażenie, że to takie „trochę inne” LCD-XC z bardziej zaznaczonym wygarem od spodu.
Całościowa ocena techniczna
Z technicznego punktu widzenia M1060C wykazują całkiem dobrą zgodność z referencyjną krzywą DF. To mocny atut, który biorę pod uwagę w słuchawkach typowo konsumenckich. Często jest bowiem tak, że recenzenci stosują dokładnie te same kryteria oceny wobec wszystkich konstrukcji. Dzieje się to bez różnicowania ich na słuchawki uniwersalne, domowe, przenośne czy specjalistyczne. Tu mamy do czynienia z kombinacją dwóch pierwszych.



Poziom zniekształceń THD+N utrzymany jest w normie, z zaledwie jednym wybiciem nieprzekraczającym 1%. Balans przetworników wypada przez ogromną część spektrum bardziej, niż zadowalająco. Główne wady skupiają się więc wokół wspomnianej strukturalnej anomalii akustycznej w rejonie 9 kHz.
Napędzenie i najlepsze zastosowania
Słuchawki, delikatnie mówiąc, nie wykazują ekstremalnych wymagań prądowych czy obostrzeń napędowych. To tylko 18 Ω i to z bardzo dużym SPL-em. Z uwagi na specyfikę przetwornika, rzetelne źródło z po prostu adekwatnym zapasem mocy zapewni optymalną kontrolę basu i dynamikę. Żadnych tam lamp czy innego cudowania z wysoką impedancją wyjściową.
Pod kątem korekcji EQ, selektywne sprzętowe lub programowe podbicie rejonu 9 kHz może przynieść realne korzyści, jeśli chcemy im dodatkowo otworzyć górę. Korekta dołka 300-1000 Hz nie jest bezwzględnie wymagana, gdyż słuchawki doskonale bronią się fabrycznym strojeniem.
Z kolei to, co ja sam bym dla siebie tu widział, to delikatny damping do środka muszli, który pozwoli na korektę idealnie 5 kHz. Oczywiście moje uszy to moja sprawa i gust determinowany przez moją własną izofonę jest wyłącznie moim problemem. Fakt faktem jednak, że te 5 kHz czasami w bardziej skomplikowanych utworach daje mi się we znaki.
Generalnie jest to wysoce pragmatyczny sprzęt do codziennych, relaksacyjnych odsłuchów, wymagający jednak ostrożności w eksploatacji z uwagi na przeciętną jakość wykonania.
Beczka miodu, wiadro dziegciu – czyli znane problemy Monolithów u użytkowników
Jak pisałem w recenzji A70 Pro, moje podejście do recenzowanych na łamach AF urządzeń zawiera się w koncepcji perspektywy szerokiej. A więc to, co mogę ustalić „tu i teraz” + informacje, jakie udaje się znaleźć na temat testowanego sprzętu. Własnej decyzji zostawiam wówczas to, czy brać to pod uwagę, czy może jednak rzeczywiście pochylić się tylko nad tym, co mam w rękach.
Faktem jest, że sprzęt przyszedł do mnie w pełni sprawny. Używany, oczywiście, ale sprawny. Z tego co jednak widzę, użytkownicy Monoprice Monolith M1060C (oraz ich otwartego bliźniaka M1060) również często narzekają na jakość wykonania, ale też ergonomię czy powtarzalność konstrukcyjną. Choć brzmieniowo te słuchawki zbierają mnóstwo pochwał za stosunek ceny do jakości, to lista grzechów mechanicznych jest długa i to właśnie ona odpowiada za ich złą sławę w sieci.
1. Problemy z pałąkiem i mechanizmem regulacji
- Pękanie i łamanie się elementów: Najbardziej newralgicznym punktem są plastikowe części i metalowe widełki łączące muszle z pałąkiem. Śrubki potrafią się wyrwać z mocowań, a sam mechanizm regulacji potrafi pęknąć w pół podczas normalnego zakładania słuchawek na głowę.
- Wysuwający się pasek: Skóropodobny pasek, który opiera się na czubku głowy, ma tendencję do wysuwania się z nitów oraz mocowań przy mocniejszym naciągu.
- Nacisk punktowy na dłuższą metę: Pałąk kiepsko rozkłada sporą wagę słuchawek (konstrukcja planarna waży swoje). Użytkownicy często narzekają na punktowy ucisk na czubku głowy, przez co popularną praktyką stała się całkowita wymiana pałąka na zamienniki z AliExpress lub kompletna adaptacja pałąków od innych słuchawek.
2. Konstrukcja muszli i pękające drewno
Wersja zamknięta (M1060C) posiada drewniane dekielki. Drewno użyte przez Monoprice bywa kapryśne – reaguje na zmiany wilgotności i temperatury otoczenia. Wielu użytkowników zgłaszało, że wokół krawędzi lub w miejscach montażu śrub po kilku miesiącach pojawiają się samoistne, głębokie pęknięcia strukturalne.
3. Odklejające się pady
Kołnierze nauszników są montowane na ordynarny klej w postaci taśmy dwustronnej. Pod wpływem ciepła ciała i potu klej potrafi puścić, sprawiając, że pad dosłownie odpada od muszli. Co gorsza, sztuczna skóra na padach z czasem zaczyna się łuszczyć i pękać na szwach szybciej niż u konkurencji.
4. Gniazda i okablowanie
W pierwszych partiach (wersje V1) Monoprice stosowało gniazda MMCX, które były kompletną katastrofą – gubiły kontakt, wyrwały się i przerywały sygnał. Choć w nowszych rewizjach (w tym M1060C) zmieniono je na gniazda jack 2,5 mm, wewnętrzne lutowanie tych gniazd nadal bywa delikatne i potrafi puścić, jeśli zbyt gwałtownie pociągnie się za przewód.
Czyli szmelc?
Monoprice Monolith M1060C to klasyczny przypadek świetnego przetwornika planarnego uwięzionego w taniej, chińskiej obudowie za przeproszeniem z gówna i patyków. Kupując je, trzeba się po prostu liczyć z tym, że traktowanie ich „z buta” szybko skończy się wizytą w serwisie lub wyciąganiem kleju i lutownicy.
Stąd też model M1060C jest absolutną legendą wśród… majsterkowiczów.
Społeczność masowo modyfikuje te słuchawki, zdejmując drewniane dekle, dokupując drukowane w 3D grille i przerabiając je na wersje otwarte, co diametralnie zmienia ich charakterystykę częstotliwościową.
Nie łudźmy się, 1400 zł nie jest wcale taką małą kwotą, a ja sam również jestem wielce daleki od akceptacji „bylejakości”. Dlatego ostatecznie nie do końca przemawiał do mnie np. argument, że w DX5 II nie dostaniemy tak wyposażonego urządzenia z PEQ w tych pieniądzach, więc należy klaskać uszami. Z drugiej strony ale za tak grające planary wydaje się to wciąż racjonalną inwestycją, jeśli brać pod uwagę przestrzeń DIY.
Możliwości modyfikacji to też zresztą jest rzecz, której w recenzjach na ogół w ogóle się nie bierze pod uwagę. Jest to bowiem trochę takie „pochwalenie na kredyt”. A z kredytami jest tak, że nie każdy opłaca się zaciągać. Uważam jednak, że w tej cenie M1060C stanowią nieporównywalnie lepszą bazę do modyfikacji, niż jakiekolwiek Hifimany (gnijące przetworniki) czy Verumy (korodujące magnesy).

Czy są to słuchawki bardziej dopracowane niż LCD-XC? Absolutnie nie. Czy wygodniejsze? Jeśli pozbyć się opaski na rzecz czegoś normalnego – tak. Tu chyba lepszym rywalem byłby dla nich LCD-2 Classic Closed Back. Ale na tle takich np. Fosi i5, brałbym je od razu. „Fosiałke” nadal próbuje się nam wciskać za 2600 zł, licząc na przeważenie pozytywnych recenzji branżowych wodzirejów. Tymczasem „Monole” nie dość, że są tańsze, to jeszcze zamknięte i wielokrotnie lepiej grające. A co mamy udokumentowane pomiarowo.
Świadomy kompromis, nie pochwała bylejakości
Finalnie jest to jeden z tych produktów, które są obiecujące, ale i świadomie kompromisowe. Jest zresztą takie moje powiedzenie „chcesz tanio – płacisz drogo” i tutaj objawia się ono tym, że płacimy dodatkowo naszym czasem. Może też trochę frustracją, że coś się na osi czasu urwało albo zepsuło, więc trzeba samemu pogrzebać i naprawić.
Znów jednak – póki nie są to przetworniki, to jeśli doinwestować je na te powiedzmy lepsze pady i pałąk – nawet 600 zł liczmy – to za łącznie 2000 zł mamy super grające słuchawki. I to takie, w których obok muzyki gra też satysfakcja z własnej zaradności.
Nie może być to jednak wytrychem do usprawiedliwiania takich konstrukcji. Nie ma sprzętu bezawaryjnego. Jeśli nie defekty produkcji i usterki mechaniczne od użytkowania, to prędzej czy później wszystko pożre ząb czasu. Z nami włącznie.
Nie będę pochwalał pójścia Monoprice w tej konstrukcji na skróty. Gdyby producent poprawił ten model i niech nawet podniósł cenę, to póki ma to swoje uzasadnienie – akceptuję to jako konsument. Jako prawdziwy Audiofanatyk, jestem nie tylko zwolennikiem podejścia „płacę – żądam”, ale też rozumienia, że „skoro żądam – dlatego płacę”. Dlatego też wolałbym, aby Monolith M1060C miały swojego następcę, który ma:
- puszki z dobrze wytłumionego tworzywa,
- solidniejszy pałąk i widełki,
- normalną opaskę bez „bumpsów”,
- gniazda 3,5 mm lub cokolwiek z systemem blokowania,
- pady montowane albo solidniej, albo na system zatrzaskowy z uszczelnieniem.
Niech za to kasują więcej, bo będzie miało to swoje usprawiedliwienie. Ile więcej? Nie będę podpowiadał, aby nie było potem na mnie. Ale samo w sobie jest to symbolem tego, jak daleko stratny jest ten model przez swoje aktualne oszczędności ergonomicznie.
Podsumowanie
Monolith M1060C zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie pod względem nie tylko całościowego brzmienia, ale i dobrych właściwości technicznych. Nie potrzebują dużo do szczęścia, ani napędowo, ani w zakresie korekcji. Dodając do tego niezgorszą wygodę noszenia, otrzymujemy słuchawki, z którymi można spędzać długie godziny bez specjalnych oznak zmęczenia.
Niestety, całościowe wrażenie obcowania z produktem psuje tandetne wykonanie i zła sława dotycząca fizycznej żywotności jego elementów. Producent gdzieś jednak musiał coś urwać i urwał. Na szczęście zrobił to wszędzie, poza dźwiękiem, przez co model ten paradoksalnie jest genialny pod własne projekty i modyfikacje.
Ostatecznie zdecydowałem się więc na pingwinka w kole, który uparcie nie daje się zatopić falom cięć kosztów produkcji. Ze względu na dźwięk i mając przed sobą produkt na zasadzie „tu i teraz”, zamierzam zarekomendować go przede wszystkim osobom, które nie boją się samodzielnych patentów, poprawek i napraw. Bo paradoks M1060C polega na tym, że nie są to słuchawki idealne, ale za to idealne pod modyfikacje. A te już z niejednych słuchawek i driverów wycisnęły cuda.

Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie ok. 1400 zł
Dane techniczne
Cytowane wprost z jednej ze stron sklepowych:
- Typ przetwornika: planarny magnetyczny
- Struktura magnetyczna: neodymowa push-pull
- Rodzaj magnesu: wysokiej klasy neodymowy N50
- Rozmiar przetwornika: 106mm
- Maksymalna obsługiwana moc: 5 W (przez 200 ms)
- Maksymalny SPL: > 120dB
- Pasmo przenoszenia: 10 Hz ~ 50 kHz
- Całkowite zniekształcenia harmoniczne: poniżej 1% przy 1mW; 1kHz
- Impedancja: 18 omów
- Wydajność: 90dB / 1mW
- Optymalne zapotrzebowanie mocy: 1 W
- Waga: 483 g
Dane pomiarowe
Kluczowe dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć również w formie interaktywnej w dziale Laboratorium.
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DACi: AF DA500
- Wzmacniacze testowe: AF HA500
- Integry słuchawkowe: Loxjie D40 Pro, Luxsin X8
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audeze LCD-XC, Beyerdynamic DT 990 PRO LE
- Słuchawki testowe typu IEM: Beyerdynamic DT 30 IE
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
- Kondycjonowanie prądu: Acar F5 PRO, APC Back-UPS 1050, Topping HS01
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.



