Audio-Technica ATH-M50x – czy klasyka studyjna nadal się broni?

Audio-Technica ATH-M50x jest modelem tak znanym, że chyba bardziej się nie da. To klasyka studiów nagraniowych wcale nie mniejsza, niż w przypadku innych legend: Beyerdynamic DT770 PRO czy Sony MDR-7506. A jednak latami obchodziły moje skromne podwoje całkiem skutecznie. Światło dzienne Audio-Technica ATH-M50x ujrzały dawno temu, bo na festiwalu NAMM w styczniu 2007 roku. Oznacza to, że za rok będą z nami już dwie dekady. Choć to też nie do końca tak, bo po 7 latach od premiery – czyli w 2014 roku – wprowadzono testowany tu wariant M50x z wymiennym okablowaniem. Zatem testy będą dotyczyły sprzętu, który obecny jest z nami od 12 lat na rynku. Ale i to jest potężnym kawałem czasu, zwłaszcza teraz, gdy pędzi się za nowościami na złamanie karku.

Postanowiłem więc z nieukrywaną przyjemnością świadomość swą dotyczącą tego modelu poszerzyć. Ale zamiast czekać na okazję, uczyniłem to za pomocą środków prywatnych i słuchawki zakupiłem na własną rękę. W sumie przydałyby mi się jakieś reprezentatywne dla tego segmentu cenowego, typowo studyjne słuchawki zamknięte. Wszystko to też po to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie – czy nadal te słuchawki mają się czym bronić po tych wszystkich latach?


Recenzowany sprzęt został zakupiony ze środków prywatnych. Jeśli pragniecie widzieć więcej takich zakupów specjalnie na poczet recenzji, działalność AF można wesprzeć kupując kable sygnowane moim logo, albo bezpośrednio wpłatami via Ko-Fi oraz Suppi by Patronite. ❤️

 

Słowem wstępu

W sumie okoliczności nabycia tego modelu są bardzo ciekawe, bo była to pomoc z mojej strony dla jednego z zaufanych czytelników AF. Wykosztował się za moją namową na inny model ATH, który doceniłem jakiś czas temu: Audio-Technica WP900. Tak mu się spodobały, że postawił znak zapytania nad wszystkim co do tej pory posiadał. Zabolała go przy tym cena słuchawek, która znacznie przekraczała założenia pierwotne. Bo i rzeczywiście, 2100 zł na słuchawki kompaktowe to nie jest coś, co można przełknąć ot tak.

Zdecydował więc, że wystawi na sprzedaż wszystko, co miał na stanie. To słuszna koncepcja w takich sytuacjach. Pozbyć się kolekcji, aby zostać z czymś, co ma największy sens. Zgłosiłem się więc od razu po jego M50x (praktycznie w tej samej rozmowie telefonicznej). W ten sposób stałem się ich posiadaczem, nabywając je de facto w ciemno w stanie nieznanym. Aczkolwiek finalnie bardzo dobrym, tylko troszkę niekompletnym jak się potem okazało. A przy okazji pomogłem mu choć częściowo zamortyzować nowy zakup. W ten sposób nie tylko łącząc przyjemne z pożytecznym, ale przekazując dobro, którego sam nie raz doświadczyłem od czytelników.

Czy kupowanie słuchawek w ciemno jest ryzykowne? Oczywiście, jakieś ryzyko zawsze jest. Ale dobra passa z modeli M50xBTM50xBT2 dawała mi poczucie, że mniej więcej wiem w co się pakuję. A przynajmniej bardziej, niż podczas poszukiwań egzemplarza Beyerdynamic Custom Studio. Rozważałem je zakupowo, zanim przybyły M50-tki, gdyż wpadły mi mocno w ucho. Ale cóż… M50-tki wpadły w bezpośrednim porównaniu bardziej i ostatecznie ze szkodą dla Custom Studio. Ale o tym za moment.

 

Jakość wykonania i konstrukcja Audio-Technica ATH-M50x

Dostajemy tu konstrukcyjnie praktycznie to samo, co w przypadku M50xBT i M50xBT2. Choć oczywiście prawidłowo byłoby rzec, że to tam dostajemy to, co mamy tutaj.

M50x różnią się od nich oczywiście tym, że to znacznie starszy model rocznikowo, będący na rynku od długiego czasu. Wariant „x” różni się przy tym od starych M50 tym, że posiada wymienny kabel jednostronny, bazujący na standardzie Sennheisera z serii 5. Chociażby w HD 599SE, HD 560S czy HD 620S mieliśmy taki kabelek. I tak, pułapka numeracji Sennheisera wyłania się tu ewidentnie.

Czy różnice są jeszcze jakieś Między M50 a M50x? Nie mam możliwości stwierdzić poza oczywistymi faktami wizualnymi wymienionymi wyżej. Być może są jakieś zmiany w strojeniu, ale na ten moment trzymałbym się teorii, że chodzi tylko o kabelek. Na czas testów operowałem na swoim własnym, prototypowym kablu z serii ACX, który zaprojektowałem specjalnie pod HD 599SE i Hi-X60. Do M50x pasował jak ulał.

Audio-Technica wypuściła też warianty M50xSTS i STS-USB, które posiadają w wersji pierwszej wbudowany mikrofon (coś na wzór moich HSC171). STS mają go via konwencjonalny XLR.

Wygoda, izolacja itd.? Wszystko bez zmian względem wariantów BT i BT2, więc temat ten pominę, aby nie rozmydlać recenzji. Skupię się natomiast na dwóch ciekawych aspektach, które poruszono przy okazji wspomnianych bezprzewodowych braci.

 

Plastikowe wykonanie całej serii M50x

Pod recenzją modelu ATH-M50xBT2 pojawiło się na Facebooku troszkę zarzutów (może też na swój sposób pretensji), że słuchawki te wykonane były strasznie plastikowo i do tego z problematycznymi padami. Te ostatnie okazały się być docelowo tyczące zupełnie innego modelu, być niewymiennymi, ale jakoś prezentując ich zdjęcie już po demontażu. Czyli najwyraźniej są w jakiś sposób wymienne.

W każdym razie, skupiając się na modelu M50x, Audio-Technica nie zmieniła – nawet w modelach z serii BT – ich konstrukcji. Rzeczywiście M50-tki trącały od samego początku plastikiem, choć miały w sobie nieco elementów metalowych. Audio-Technica chciała jednak uzyskać w ten sposób konstrukcję, która jest:

  • tania w produkcji,
  • wysoce naprawialna,
  • nie zdradzająca dużych śladów użytkowania bez przyglądania się dokładnie,
  • lekka i zdatna do użytkowania przez długi czas.

Praktycznie tak samo, jak w przypadku innej legendy studyjnej – Sony MDR-7506. Tam jednak nie słychać takich głosów, co może budzić poczucie pewnej dysproporcji. Z drugiej strony ATH-M50x znają praktycznie wszyscy, więc być może to tu jest logiczne uzasadnienie tego fenomenu.

W każdym razie, wszystko wskazuje na to, że „plastikowość” M50x jest celowa i funkcjonuje tu jako świadoma decyzja, a nie chęć „skubania” klientów lub odcinania kuponów. Tym bardziej, że na jakość tegoż plastiku w swoich M50x nie narzekam i szczerze, bardziej uderzało mnie to w modelach takich, jak Sennheiser HD 620S czy nawet Focal Azurys.

Owszem, są widoczne odlewy tu czy tam, albo ostrzejsze krawędzie, ale naprawdę mi to nie przeszkadza. Mam tylko nadzieję, aby słuchawki wytrzymały mi na głowie lata bez defektów czy pękania – data produkcji wskazuje na 2021 rok, więc testujemy de facto 5-latka.

 

Niekończąca się opowieść o padach…

W przypadku MDR-7506 dochodziły jeszcze pady, które były wykonane ze znacznie gorszego materiału niż w M50x. Ponownie uważam, że wszystko sprowadza się do kosztów i faktu, że słuchawki w studiu są często narzędziem pomocniczym, a nie głównym. Choć obecnie czasy naturalnie nieco się zmieniły. W sumie dawniej to były czasy. Teraz już nie ma czasów.

Pady do Audio-Technica ATH-M50x są na szczęście bez problemu dostępne na rynku zamienników. Sam osobiście zamówiłem kilka par takowych i… niespecjalnie różnią się one od oryginałów pod względem profilu oraz wpływu na dźwięk. Dopiero wszywane w pady filtry są takowymi elementem.

Mało tego, jedna para okazała się mieć tenże wpływ na dźwięk jeszcze lepszy, niż oryginały, po zastosowaniu gąbkowych wkładek DIY. Ale o tym później.

Z tego co widzę, są tu dwa wektory podejścia do ATH-M50x:

  • albo maksymalna wygoda kosztem jakości i wierności dźwięku,
  • albo maksymalna wierność dźwięku kosztem wygody.

W pierwszym przypadku stosuje się grube (25 mm), pojemne pady, które odsuwają ucho od przetwornika. Podejście to ma swoją logikę, bo wygoda – tak jak w MDR-7506, ale i K240 czy T40RP – jest na dłuższą metę nieco dyskusyjna.

Problem w tym, że chcąc naprawić jedną rzecz, psujemy drugą. Pady tego typu kompletnie zmieniają kształt komory odsłuchowej. M50x są w tym względzie jak wspomniane K240 czy 7506 – nie były projektowane pod takie modyfikacje. Tu musi być mimo wszystko płytki pad 15 mm + amortyzacja dla małżowiny.

Dlatego też zabawy z padami o innych profilach niż fabryczne muszą być traktowane przez nas bardziej jako eksperymenty. Nie zaś cudowne rozwiązanie, które na pewno załatwi nam wszystkie tematy z listy.

 

Jakość dźwięku Audio-Technica ATH-M50x

W przypadku Audio-Technica ATH-M50x trudno mówić o filozoficznych poematach i barokowym piórze trącającym staropolskim szlachectwem. Ze względu na niską cenę tych słuchawek (raptem ok. 560 zł), są to słuchawki marketingowo nieopłacalne.

Nie opłaca się bowiem kreować wokół nich narracji o wygrzewaniu sekretnym, synergii przemożnej albo magicznych kablach rozwiązujących wszystkie problemy, zanim te jeszcze się zdążą urodzić w głowie użytkownika. Marża jest za niska, aby gra była warta świeczki. No i grupa docelowa kompletnie odmienna, niż w przypadku słuchawek hi-endowych i audiofilskich.

Znacznie więcej będziemy mówili za to o M50x jako o narzędziu pracy, przedmiocie praktycznym i użytkowym oraz surowych danych, które będą wszystko to podpierały, niczym solidna specyfikacja do przetargu. Będziemy to czynić w kontekście np. krzywej DF (Diffuse Field), do której od początku tego roku się odwołuję jako nowości na rok 2026.

Tym bardziej, że Audio-Technica ATH-M50x to słuchawki, które w świecie audio pełnią rolę „szwajcarskiego scyzoryka”. Nie udają sprzętu klasy hi-end, nie obiecują ezoterycznych uniesień, a po prostu robią swoje, będąc przy tym jednym z najczęściej kopiowanych i najdłużej obecnych na rynku modeli.

W odniesieniu do wspomnianej krzywej DF, ATH-M50x nie wykazują ambicji do bycia „równą kreską” w sensie purystycznym, ale prezentują strojenie, które – o dziwo jak sądzę dla typowego audiofila – jest wysoce przewidywalne i funkcjonalne. I choć moje spotkanie z nimi jest spóźnione o wiele lat, pozwala mi na czystą ocenę bez sentymentów, czy aby Audio-Technica ATH-M50x nadal mają sens w 2026 roku.

 

Bas

Analiza techniczna: Pomiar względem krzywej DF wykazuje wyraźny, ale kontrolowany akcent w dolnym rejestrze. Nie jest to sub-basowy atak znany z innych konstrukcji, jak np. MDR-M1, lecz umiarkowane i całkiem przemyślane podbicie. Zaczyna się łagodnie od okolic 150 Hz i utrzymuje się dość równo aż do progu 50 Hz (tak, idziemy w drugą stronę). Szybkość przetwornika dynamicznego jest tutaj wystarczająca, by uniknąć zlewania się dźwięków, co w tej cenie jest absolutnie akceptowalne.

Świetną informacją będzie natomiast to, że M50x zachowują się tu ekstremalnie czysto pod względem THD – bas jest absolutnie czyściusieńki. Nawet przy 100 Hz jesteśmy poniżej 0,2% THD+N. Jak na słuchawki, które nie są bardzo ubasowione, są to wyniki wprost rewelacyjne. Podobno można M50x odblokowywać i aktywować im jeszcze więcej basu, ale przyznam się, że takie chęci miałem tylko po bezpośrednim starciu z Sony MDR-M1.

Subiektywny odsłuch: Bas w M50x jest umiejętnie „napakowany” energią. Jest szybki, nie za miękki, nie za twardy i bardzo dobrze definiuje rytm. Nie ma tu mowy o rozmyciu czy dudnieniu, które często towarzyszy różnym zamkniętym konstrukcjom w tym segmencie. To bas studyjny – ma być słyszalny i użyteczny, a nie „rozrywkowy” w sposób męczący lub dominujący.

Trochę przyznam brakuje mi go czasami na tle rzeczonych Sony MDR-M1, ale wystarczy, że następnego dnia siadam sobie od rana od razu do M50x i już specjalnie nie czuję tego problemu. Skala tego zjawiska zmniejszyła się jeszcze dodatkowo po tym, gdy zacząłem bawić się padami. Widocznie delikatne zmniejszenie ilości sopranu dało tutaj więcej niż jeden pozytywny efekt.

 

Tony średnie

Analiza techniczna: Tutaj widać efekt typowej sygnatury „V”, choć zrealizowanej w sposób, który nie wycina wokalistów z miksu. Średnica jest nieco cofnięta względem skrajów pasma, ale w rejonach kluczowych dla czytelności głosu (1-3 kHz), przetwornik wykazuje bardzo przyzwoitą liniowość. Nie ma tu dziur, które sprawiałyby, że dźwięk staje się „pudełkowaty”, choć można słuchawki zmusić do takiego zachowania przerośniętymi padami. Kluczem jest zrozumienie, że ta konstrukcja – tak jak np. Sony MDR-7506 – jest stworzona stricte pod pady o takim a nie innym profilu, jak fabryczne.

A więc albo mamy normalny dźwięk i płaskie pady, albo wygodne pady, ale za cenę karykaturalnego brzmienia. Jedno z dwóch. Wiem, że taki wybór nie jest dla nas – konsumentów – komfortowy, ale ma to swoją zaletę. Przy słuchawkach z płaskimi padami zauważyłem, że bardzo mocno rośnie powtarzalność odsłuchów. Słuchawki mają sweet spot bardzo szeroki, do tego zrobiony tak, że błyskawiczne założenie niemal nie wymusza poprawienia słuchawek na głowie. Obsługa jest zatem na bardzo wysokim poziomie, umożliwiając szybki odsłuch w kilka sekund, bez rytuałów, jakie wymuszał na recenzentach np. ZMF. Plus jest to miła odmiana względem ich własnych AD500/700/900X.

Subiektywny odsłuch: Średnica jest bardzo czysta i bardzo poprawna technicznie. Wokale są podane bezpośrednio, choć bez nadmiernego ocieplenia czy romantyzmu. Jeśli szukacie słuchawek, które „upiększą” nagranie, jednak bardziej patrzyłbym w stronę wspomnianych MDR-7506. Mi osobiście podobają się obie prezentacje, ale raczej wolę M50x za to, że „obnażają” to, co w nagraniu siedzi. A co jest kluczowe, jeśli traktujemy je jako narzędzie pracy i chcemy wykorzystać je do krytycznych odsłuchów o charakterze uniwersalnym.

Niestety często – być może w związku z plastikową konstrukcją o której pisałem – są one traktowane jako zabawka do konsumpcji mediów lub sprzęt stricte do mowy/wokalu. To błąd i spore niedoszacowanie ich możliwości moim zdaniem.

 

Sopran

Analiza techniczna: Góra pasma w ATH-M50x to temat rzeka. Wykres w odniesieniu do DF pokazuje wyraźną aktywność w okolicach 6-9 kHz. To tutaj ATH-M50x budują swoją analityczność. Nie ma tu jednak drastycznych wybić, które wykraczałyby poza rozsądek i wprowadzałyby zniekształcenia THD+N na poziomie dyskwalifikującym. Jak na ironię, właśnie takie coś często zdarza się w droższych konstrukcjach często reklamowanych jako „audiofilskie”. Ot wspomnieć niekończącą się sagę z marką Hifiman chociażby, ale jest też mnóstwo innych przykładów. Tymczasem poczciwe M50x robią po prostu swoją robotę i za to należy im się szacunek.

Jedynym technicznym problemem jaki wykryłem jest dziwny dołek na FR idealnie w 6 kHz, ale magicznie daje się go skorygować padami (o tym później).

Subiektywny odsłuch: Sopran jest jasny, szczegółowy i wyraźnie zaznaczony. Nie jest to góra „gładka” czy „aksamitna”, ale daleko M50x do tego, co odstawiają np. Hifimany. Sopran M50x jest celowo tak dobrany – ma pokazać detale, sybilanty (jeśli są w nagraniu) i fakturę talerzy perkusyjnych. Dla osób przyzwyczajonych do ciemnego, ocieplonego grania, M50x mogą wydawać się na początku zbyt ostre. Z perspektywy monitorowania dźwięku, ta jasność jest jednak zbawienna, bo pozwala wychwycić błędy w realizacji, które na słuchawkach „muzykalnych” zostałyby zamaskowane. Ewentualne korekcje – jeśli już są potrzebne – są kwestią wyłącznie de gustibus.

 

Wrażenia sceniczne

Jak na konstrukcję zamkniętą, ATH-M50x nie budują sceny w sposób, który mógłby konkurować z otwartymi modelami klasy hi-end, ale w swojej kategorii są zaskakująco poprawne. A nawet więcej, niż poprawne.

Scena na ogół jest raczej intymna i renderowana „w głowie”, ale bardzo dobrze poukładana. Szerokość jest akceptowalna, głębia ograniczona, ale dzięki dobrej separacji instrumentów nie ma się poczucia ciasnoty czy klaustrofobii. To klasyczna scena monitorowa – mamy dokładnie wiedzieć, co jest w lewo, co w prawo, a co w centrum. I dokładnie to dostajemy.

Aczkolwiek sytuacja zmienia się trochę przy zabawie akustyką. Na zmienionych padach udało mi się wyciągnąć z M50x scenę bardziej wyważoną, z głębią, szerokością i dostateczną holografią, aby nie czuć się jak w słuchawkach „tylko” za 560 zł. A przynajmniej posługując się nomenklaturą audiofilską, która każe wszystko sądzić i ważyć po cenie, a nie rzeczywistych możliwościach.

Na szerokość nieco się zmniejszyło, na głębokość powiększyło, holografia jakkolwiek pozostała przynajmniej na swoim miejscu, tudzież też uległa lekkiemu polepszeniu. To oczywiście wrażenia czysto subiektywne, bo oparte na psychoakustyce. Ale dające się odczytać z pomiarów, jeśli wie się gdzie tego szukać. Dla uproszczenia i ułatwienia – tradycyjnie – opisuję to w formie tekstowej.

 

Całościowy odbiór psychoakustyczny

ATH-M50x to słuchawki po prostu uczciwe. Serio, te słowo pasuje do nich idealnie. Przez większość czasu z nimi spędzonego, nie tłukło mi się w głowie żadne inne określenie.

To sprzęt, który nie próbuje być czymś, czym nie jest. Psychoakustycznie przekaz jest spójny – jeśli w nagraniu jest dużo basu, dostaniesz dużo basu. Jeśli nagranie jest ostre, usłyszysz ostrość. Nie ma tu „czarów”, nie ma próby maskowania braków realizacyjnych jakimś wymyślnym strojeniem. Ot klasyczny, studyjny „wół roboczy”.

Po godzinach odsłuchów nie czuję zmęczenia dźwiękiem, które pojawiało się przy Sundara Closed-Back, a co potwierdza, że odpowiednia implementacja akustyczna zamkniętego dynamika jest czasem lepsza, niż wymuszona walka z naturą przetwornika planarnego w zamkniętej obudowie. Generalnie tylko wygoda czasami stoi pod znakiem zapytania, bo pady zaczynają mnie uwierać w górne części małżowiny. Na szczęście krótka przerwa w odsłuchach załatwia ten temat.

 

Całościowa ocena techniczna

Technicznie ATH-M50x to wzorzec dobrze wydanych pieniędzy w audio – czyli to, co pingwinki lubią najbardziej. Parametry są powtarzalne, konstrukcja jest przewidywalna, da się to naprawić bez większego problemu w razie czego, a pomiary pokrywają się z tym, co słyszymy.

Mamy tu spore osiągnięcia w kwestii THD, a jednocześnie też nie ma żadnych wpadek. To sprzęt rzetelnie zaprojektowany w ramach swoich ograniczeń cenowych i fizycznych. W dobie „audiofilskich” produktów, które kosztują tysiące złotych za ładne opakowanie i niepewny przetwornik, M50x są jak oaza zdrowego rozsądku. I to mi się właśnie w nich najbardziej podoba.

 

Najlepsze zastosowania

  • Gatunki: Wszystkie. M50x nie mają swojego „ulubionego” gatunku, bo nie mają własnej, silnie narzuconej charakterystyki barwowej. Zagrają dobrze zarówno elektronikę (szybki bas), jak i rocka (czytelność średnicy). Odpada więc przekonywanie nas tu czy tam, że mamy wyrzucić połowę swoich albumów, bo słuchawki się z nimi nie lubią.
    Pod tym względem ATH-M50x rzucają potężne wyzwanie wielu słuchawkom „audiofilskim”, takim jak np. Fosi Audio i5 albo Crosszone CZ-1. Obie wymienione pary to ulubieńce takich kręgów, wokół których próbuje się wskrzesić czasami niemalże okultyzm. W rzeczywistości, to M50x są tu punktem odniesienia, a wiele utworów, z którymi audiofile się potem zmagają, było miksowanych właśnie przy udziale M50-tek.
  • Środowisko: Idealne do pracy we domu, w studiu, do montażu wideo, ale również do zwykłego słuchania na spacerze w cichym otoczeniu. To jedne z najbardziej uniwersalnych słuchawek na rynku, jeśli tak na nie spojrzeć. Odpinane kable, składana konstrukcja, jakaś tam izolacja – to wszystko możemy wykorzystać w sensowny sposób w praktyce. Nie pobiją dedykowanych par outdoorowych z ANC, ani dużych i wygodnych „kanapowych” słuchawek, ale da się nimi podjąć oba tematy.
  • Sprzęt: Nie wymagają dedykowanych wzmacniaczy za tysiące złotych. Nie wymagają też kilkudziesięciu watów na wyjściu, bo jak nie to o matko z córko nie zagrajo. Zagrają poprawnie z telefonu, z integry w komputerze, czy z taniego interfejsu audio. Zagrają też z dobrze złożonego wzmacniacza DIY, jak również drogich, audiofilskich klocków. Póki sprzęt źródłowy nie jest naprawdę paździerzem lub jakimś „ulepem” DIFY, a parametry są ponad ich rzeczywistymi możliwościami, wszystko będzie super.

 

Porównania Audio-Technica ATH-M50x z innymi słuchawkami

Dla mnie osobiście model M50x jest o tyle szczególny, że swoje doświadczenia i wiedzę przed zakupami opierałem głównie o testowane wcześniej M50xBT oraz BT2. W obu przypadkach bardzo mi się te słuchawki podobały. Ale porównań wykonałem znacznie więcej…

 

Porównanie z Beyerdynamic Custom Studio

Beyerdynamic Custom Studio zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tak bardzo, że złożyłem nawet na ręce ich Właściciela zapytanie, czy aby nie chciałby się z nimi rozstać (po cichu liczyłem na cenę maksymalnie do 600 zł, aby nie był stratny). Niestety nie było woli sprzedaży, więc pokornie uszanowałem taką a nie inną decyzję.

Ale w sumie chyba dobrze się stało, bo teraz, gdy zakładam je na głowę po M50x, słyszę ich niedostatki, które w pierwszej chwili mi umykały. W sumie tak samo dzieje się na tle MDR-M1, które wciąż są ze mną na użyczeniu. Tak właśnie wygląda recenzowanie słuchawek stricte na słuch bez stosowania punktów odniesienia.

Generalnie wszystko sprowadza się:

  • mniej do samego basu (mocniejszy w M50x vs słabszy w Custom Studio),
  • a bardziej do środka pasma i tembru (lekkie stłumienie w Custom Studio vs pełna otwartość i jasność w M50x).

Ponieważ Custom Studio kupić już nie można, walkowerem wygrały M50x. Szukałem używanego egzemplarza CS-ów, ale jedyne, na co trafiałem, to oparte na nieco innych przetwornikach Custom One PRO. Nie było więc sensu rzucać się na nie w ciemno, skoro w mniej więcej tej samej cenie miałem ofertę na M50-tki.

Ale nawet mimo to, dźwięk ATH-M50x na tle CS-ów jest dla mnie po prostu lepszy. Co to znaczy, że „lepszy”? Bardziej zwarty i kompletny w bezpośrednim porównaniu. Choć pewnie z jednym i drugim modelem byłbym zadowolony, bardzo lubię przeliczać złotówki na zadowolenie. I jak się okazuje, lepiej tacka Audio-Techniki zabrzęczała, gdy rzuciłem na nią sakiewkę z monetami.

 

Krótkie porównanie z Sony MDR-M1 i MDR-7506

Zderzenie z nieco tańszymi oraz niemal dwukrotnie droższymi słuchawkami Sony, które też okrutnie mi się podobają, skutkuje… remisem.

Sony MDR-M1 mają zauważalnie mocniejszy bas od ATH-M50x, którym od startu mnie do siebie na ich tle przekonują. Wygoda też jest od startu lepsza, ponieważ M1 mają bardziej pojemne pady na uszy. Barwa sopranu jest o dziwo zbliżona, choć nierówności M1 są słyszalne mocniej. W efekcie M1 grają miejscami ciemniej od M50x, ale w podobny deseń.

Dopiero modyfikacje M50x odwracają troszkę ten trend, przynajmniej w ramach równości sopranu, ale o nich powiem za moment. Natomiast starcie z MDR-7506 wygląda tak:

Dostajemy nadal nieco mocniej zaakcentowany bas, ale też mocniej zaznaczoną górę i słyszalnie bliższe wokale, które grają w Sony pierwsze skrzypce. Ekscytująca walka nawiązuje się w temacie THD, gdzie M50x i MDR-7506 idą niemalże łeb w łeb na punkcie pomiarowym, ale finalnie to produkt ATH wysuwa się na prowadzenie.

W temacie wygody sytuacja jest również ciekawa. Najmniej wygodne są na dłuższą metę są MDR-7506. Droższe MDR-M1 są świetne w krótkich odsłuchach, ale po czasie ich pady mocniej się zapadają, przez co konieczne są przerwy. M50x wydają się być więc w zakresie wygody modelem pośrednim, ale w dłuższych odsłuchach wydawały mi się równie wygodne, jak nie paradoksalnie wygodniejsze, niż MDR-M1.

 

Porównanie z M50xBT i M50xBT2

To z kolei bardzo ciekawy pojedynek z tego względu, że pierwotnie obstawiałem na słuch bardzo dużą zbieżność z tymi modelami. Rzeczywistość ujawniła jednak brutalnie, że pamięć słuchowa jest bardzo cienkim lodem. Tak też upada kolejny mit dotyczący naszej ludzkiej audio-doskonałości.

O ile więc można powiedzieć, że M50xBT2 to tak naprawdę M50xBT z lżejszym basem, tak M50x są basowo pomiędzy nimi, zaś sopranowo najbardziej podkreślone. Nawet próbując wyrównać się poziomami z M50xBT2, otrzymamy i tak różnice w całym paśmie + dodatkowy sopran.

Co do moich własnych spostrzeżeń w przypadku tych słuchawek – niestety myliłem się. Nie jest to identycznie to samo. I obawiam się, że wiele będą tutaj robiły nam właśnie pady.

 

Czy czegoś fabrycznym Audio-Technica ATH-M50x brakuje?

Zaskoczę nieco, ale tak, a przynajmniej jak pisałem fabrycznie.

W kontekście moich własnych preferencji, tych bardziej odsłuchowych, nie pogardziłbym basem takim, jak w S300BT lub nawet MDR-M1, a także delikatnie mniej zaznaczoną górą. Są to jednak rzeczy czysto preferencyjne i subiektywne, które spowodowałyby (np. w przypadku basu) kompletne przesunięcie ich środka ciężkości i właściwości w inną stronę.

Sam osobiście jednak nie poprzestałem na badaniach, czy rzeczywiście tak by się stało. Nie chodzi tu tylko o bas, a przede wszystkim strojenie i barwę góry. W ATH-M50x jest świetnie pod tym względem, ale mogło być jeszcze lepiej, jeśli użytkowanie przesunąć ze studyjnego i produkcyjnego na mieszane (studio + codzienny odsłuch).

I jak się okazuje, również trafiłem tu w dziesiątkę ze swoim przeczuciem…

 

Na ratunek modyfikacje (pady + wkładki)

Postanowiłem na tym etapie wstrzymać się z recenzją i przede wszystkim słuchawki uzupełnić. Zamówiłem finalnie:

  • brakujące kabelki (58 zł),
  • pady sheepskin 15 mm (60 zł).

W zasadzie tyle wystarczyło, aby słuchawki mieć dokompletowane „jakby” oryginalnymi akcesoriami i jednocześnie zmodyfikowane. Wariant sheepskin jest chyba najbliższy temu, co fabrycznie mają ATH-M50x na sobie, ale wersje ze skóry proteinowej są zauważyłem znacznie tańsze (nawet dwukrotnie). Dlatego później domówiłem sobie jeszcze:

  • 2x zestaw zapasowych padów PU 15 mm + zapasowe obicie pałąka (60 zł),
  • twarde etui do przechowywania (ok. 100 zł, aktualnie czekam na przesyłkę).

Są to jednak rzeczy nieobowiązkowe i jedynie w celu nie wydawania potem niepotrzebnie pieniędzy na wysyłki.

Tak jak pisałem, do samych padów można podejść dwojako i sam zdecydowałem się na maksymalną wierność względem padów fabrycznych. Minęły dwa tygodnie, paczka przyszła i już pierwsza para padów (+ wkładki gąbkowe rzecz jasna, które mi się walały po domu) okazała się dosłownie perfekcją:

Nie dość, że nie zmieniłem drastycznie sygnatury dźwiękowej M50x, to jeszcze udało mi się wyrównać je lokalnie. Nadal nie ma tu basu jak w MDR-M1, ale i tak jestem okrutnie zadowolony z efektów.

 

Co się zmieniło i jak teraz grają moje Audio-Technica ATH-M50x?

Dźwięk stał się po modyfikacjach bardziej wyrównany. Udało się uniknąć efektu pudełka, a jednocześnie zrobić to, na czym mi zależało najbardziej – zredukować delikatnie sopran. Dosłownie delikatnie, aby słuchawek nie zamulić, ale na tyle wyraźnie, aby moje uszy czuły się jak w domu.

I czują. Ale nas generalnie odczucia nie interesują tak bardzo, jak namacalne dowody, że te odczucia mają swoje rzeczywiste podstawy.

Nie wydałem specjalnie dużo pieniędzy, a uzyskałem parę praktycznie genialną do monitoringu, pod naukę gry na keyboardzie i jako sensowny punkt odniesienia w testach. Na tyle sensowny, że odkąd wykonałem ich modyfikację, jest to – obok ATH-S300BT – jedna z moich ulubionych par zamkniętych, które są stale pod ręką.

W efekcie z obu korzystam nie tylko w recenzjach, ale i na co dzień w normalnych odsłuchach oraz podczas pracy. Można powiedzieć, że M50x stały się moimi „daily” obok S300BT.

 

To czemu jednak nie iść w M50xBT2?

Oczywiście, że można i ma to sporo sensu. W moim przypadku odpowiedź będzie jednak dosyć interesująca.

Zacznijmy od tego, że mam już S300BT i obecnie M50x. A za mną jest cała szafka słuchawek, chyba coś koło 30 par. Choć mnożę je dalej, staram się, aby były to modele użyteczne przede wszystkim Wam – czytelnikom. Są tutaj pary, które odratowywałem, otrzymałem w częściach lub do naprawy na własny użytek, jak również te, które zakupiłem z własnych środków.

Koronnym argumentem jest dla mnie czas pracy. M50xBT2 przede wszystkim działają krócej na baterii od S300BT. A to jednak rzecz, na którą zwracam na co dzień uwagę. Ogniwa w takich słuchawkach są zawsze elementem degradującym się z czasem. Tak, da się to naprawić, ale im mniej cykli ładowania, tym większa żywotność samego sprzętu.

Po drugie, nie mają ANC i Hear-Through. Jak się okazuje, na spacerach uwielbiam z nich korzystać i czasami nawet wyłączam muzykę, aby posłuchać to, co dzieje się dookoła mnie. Taki fetysz, że robię to w słuchawkach.

Do tego, aby nie mieć problemów z latencją w Bitwig Studio, musiałbym i tak przełączać się na tryb kablowy. Po to m.in. kupiłem interfejs Motu, aby móc pracować bez problemu z tym właśnie oprogramowaniem.

Choć więc słuchawki teoretycznie połączyłyby mi M50x z S300BT i hołdowały mojej życiowej maksymie less is more, mimo wszystko wykorzystuję już atuty S300BT i ich naprawdę fajny dźwięk, który po prostu lubię. Gdybym ich nie miał – wtedy można byłoby myśleć. Gdyby się zepsuły, a mi nie chciałoby się ich naprawiać – wtedy można byłoby myśleć. A tak nie opłaca mi się nawet myśleć.

 

Wartościowy punkt odniesienia w kontekście sprzętu audio

Tak, jak S300BT chwaliłem, tak Audio-Technica ATH-M50x mają w sobie wiele cech czyniących je słuchawkami niemalże idealnymi do zadań, które przed nimi będę stawiał jako „daily”. Nie kosztują fortuny, świetnie dają się modyfikować, a do tego są całkiem równe i bardzo czyste, co potwierdzają pomiary FR i THD. Mają jednak w tym wszystkim jeszcze jedną cechę.

W dysputach na temat recenzji takiej czy innej, czasami można spotkać krytykę pod adresem sprzętu, jaki wykorzystany został w testach. Najczęściej pada zarzut, że jest on rażąco za tani, aby pokazać pełnię możliwości danego urządzenia. Klasyka, można rzec.

W kontekście testów wzmacniaczy operacyjnych, tudzież kabli słuchawkowych, sam notorycznie wykorzystywałem np. planarne Audeze LCD-XC. Model również studyjny, predysponowany do zadań profesjonalnych. Natomiast przyznam się bez bicia – nie chciało mi się ich używać podczas odsłuchów z racji ich dosyć odważnej wagi. I w tym miejscu wchodzą właśnie M50x, stając się wygodnym punktem odniesienia w tym sensie, że podręcznym, lekkim i łatwym w obsłudze.

Stosowałem przeto ATH-M50x np. z Luxsin X8 podczas jego testów. Było to tak naprawdę parowanie słuchawek za 560 zł z zaawansowaną integrą słuchawkową za 3000 zł. Po co więc producent tak zacnego sprzętu umieszczałby w bazie urządzenia profile dla „tanich” M50x?

To pokazuje, że nawet producenci high-endowych urządzeń uznają M50x za standard, do którego warto kalibrować swoje urządzenia.

 

Słuchawkowy święty spokój

Swego czasu dostałem zapytanie od jednego z czytelników, chyba w komentarzach albo w mailu, na czym polega świadome słuchanie muzyki. Jedną z części odpowiedzi jest dobór odpowiednich słuchawek lub głośników. I mam nieodparte wrażenie, że Audio-Technica ATH-M50x są tutaj świetnym przykładem.

Zgłębiając latami tematykę audio, na pewnym etapie tak naprawdę stajemy przed trzema drogami:

  1. Pójściem dalej w audiofilskie odmęty i pchać się w coraz droższy (tj. lepszy) sprzęt.
  2. Stanięciem w miejscu stwierdzając, że wszystko już osiągnęliśmy (bardzo rzadko ma to miejsce).
  3. Cofnięciem się o krok i zastanowieniem co w tym wszystkim rzeczywiście ma sens i słyszalny wpływ na dźwięk.

Prawda jest taka, że nie sztuką jest wydać krocie na sprzęt z najwyższej półki i udawać eksperta od wszechrzeczy audio. Ale tak to się najczęściej odbywa. Pokutuje tu stereotypowe podejście, że posiadanie drogiego sprzętu automatycznie daje uprawnienia i kompetencje.

To tak nie działa.

Sztuką jest bowiem wydać dokładnie tyle, ile trzeba, żeby było dobrze. A kiedy jest „dobrze”? Gdy liczby na wykresie się zgadzają, a jednocześnie noga sama chodzi pod stołem od muzyki.

Słuchawki takie, jak M50x, są więc najlepszym, co może się w takiej sytuacji przydarzyć. Ich największym walorem jest bowiem stosunek ceny do możliwości. Przecież tak tanie słuchawki nie mają prawa zagrać dobrze i mierzyć się tak dobrze, prawda? Tak by było, jeśli klasyfikować sprzęt wyłącznie po cenie. A jednak tak się właśnie dzieje, tu i teraz. I nie kosztowało to fortuny.

OK, jest plastikowo trochę, jest mniej wygodnie niż w jakichś pluszowych, olbrzymich słuchawkach, ale doskonała świadomość, że wiemy co tu dostajemy, jak to gra, że jest czysto i opłacalnie, to rekompensuje. Dlatego odsłuchy w M50x są… spokojne. Emocje płyną z muzyki, z dźwięku, a nie z wyrzutów sumienia za drogim zakupem. To naprawdę fantastycznie odświeżające uczucie w dzisiejszych czasach.

 

Opłacalność (tego egzemplarza)

Skoro już mówimy o pieniądzach…

Każda rozsądna i zdrowo myśląca osoba już wie (albo właśnie się dowiedziała), że w audio liczy się faktyczny (czyli zmierzony) poziom jakościowy. Nie wyimaginowane pozycjonowanie względem cennika i klasyfikowanie wszystkiego empirycznie tym właśnie sposobem. W zasadzie sam empiryzm jakoby z definicji wyklucza obiektywność takiej oceny, bo im droższy sprzęt tym lepiej powinien grać.

W rzeczywistości poziom jakościowy (czystość) M50x lawiruje sobie gdzieś w okolicach legendarnych Sennheiser HD 800 (!). Czyli słuchawek, które wypadały z rynku przy cenie wynoszącej 5000 zł (i problemach z malowaniem plastików).

Dalej, spójrzmy sobie też na to, jak M50x wypadają na tle np. Fosi Audio i5:

dziwnym trafem nagle mających ostatnio miejsce promocjach są one dostępne za 1600 zł, zamiast wywoławczych 2600 zł (najtaniej 1950 zł w trakcie pisania ich recenzji). Wykresy pokazują jednoznacznie natomiast, że M50-tki biją je okrutnie, zarówno na FR jak i THD.

Dalej, Hifiman Ananda Nano:

Podobne pieniądze, bo aktualnie 1540 zł, a w promocjach za 1392 zł. Ulubione słuchawki forów audio obok Edition XS (te same przetworniki). I co? Pogrom. Znów nie ma czego zbierać.

W obu parach jedyne, co można wyłuskać na plus, to wygoda, która rzeczywiście będzie lepsza od M50x i to trzeba przyznać uczciwie. Ale matematyka jest bezwzględna (a wraz z nią – ekonomia): swój egzemplarz M50x odkupiłem za 400 zł i wydałem ok. 120 zł na pady i brakujące akcesoria. Łączny koszt: 520 zł – minimalnie mniej niż w sklepie za nową parę. Za to pomogłem czytelnikowi, samemu zyskując poziom godny dawnych królów słuchawkowego świata. A także konkurenta dla modeli uznawanych współcześnie za rzekome wzorce dla porządnych słuchawek audiofilskich.

 

Podsumowanie

I tak z tymże błogim spokojem oraz satysfakcją dojechaliśmy do końca recenzji. Fakt nabycia Audio-Technica ATH-M50x nie wpływa tu na wydanie o nich takiej czy innej oceny. To po prostu dobre słuchawki, które po dziś dzień mają się czym bronić. Zresztą, skoro robiły to przez lata, to czemu nagle teraz miałyby przestać?

W testach okazały się całkiem równe, ale przede wszystkim bardzo czyste i podatne na proste dopieszczenie wymianą materiałów eksploatacyjnych. Nawet kable udało się dokompletować, jako że zestaw od startu był mi przysłany tylko z jednym (reszta zaginęła). A jeśli do tego są praktyczne i nie kosztują kroci? Toż to słuchawki niemalże idealne.

Niemalże, ponieważ takie konstrukcje rzadko uznaje się w metodyce empirycznej jako „wykwintne” punkty odniesienia. A i sama wygoda też nie jest idealnie tym, czego oczekuje się od słuchawek hi-end. Za to parametry ATH-M50x są paradoksalnie jak w słuchawkach takiej właśnie klasy.

Dlatego też pragnę wyróżnić je w pełni zasłużonym znaczkiem Rekomendacji jako słuchawki rzeczywiście profesjonalne i autentycznie dobrze zaprojektowane. Bez sztucznego nadęcia i udawanych zachwytów. Do tego z genialnym wręcz współczynnikiem ceny do możliwości, który przekroczył tu moje oczekiwania. Zakup w ciemno okazał się więc udany, a dokupienie padów i zabawa wynikowym FR już w ogóle prawdziwy strzał w dziesiątkę.


Rekomendacja Audiofanatyka

Produkt na dzień pisania i publikacji recenzji można nabyć w cenie ok. 560-600 zł (sprawdź aktualną cenę i dostępność w sklepach) oraz ok. 542 zł na polskim Amazonie.


Dane techniczne

Zaczerpnięte z jednej ze stron sklepowych:

  • Konstrukcja nauszna zamknięta
  • Dynamiczne przetworniki elektroakustyczne o średnicy 45 mm
  • Impedancja (Ω): 38
  • Pasmo przenoszenia (Hz): 15 – 28,000
  • Czułość (dB/V): 99 dB/mW
  • Złącze: Jack (6.3mm) / Mini Jack (3.5mm)
  • Odłączany przewód: Tak
  • Składane: Tak
  • Futerał: Tak
  • Waga kg: 0.285

 

Dane pomiarowe

Wszystkie dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć w Laboratorium słuchawek pełnowymiarowych, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej.

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • Interfejsy studyjne: Motu M4
  • DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
  • Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
  • Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-S300BT, Beyerdynamic Custom Studio, Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Sennheiser HD 660S2, Sony MDR-7506, Sony MDR-M1
  • Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum i ACX
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.

 

Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel portalu Audiofanatyk™ i autor wszystkich ukazujących się na jego łamach publikacji. Pasjonat tematyki audio: słuchawek, głośników, akustyki i samego dźwięku. Z zamiłowania grafik komputerowy oraz fan zdrowego jedzenia i wypraw rowerowych.

Jeden komentarz

  1. Świetna recenzja, podpisuję się obiema rękami pod wnioskami o opłacalności!
    Sam poszedłem podobną drogą – upolowałem na rynku wtórnym używane M50x w limitowanej edycji Dark Green. Można powiedzieć nawet, że całkowicie za darmo, gdyż ze względu na drastyczne zużycie padów i obszycia pałąka oraz brak pudełka i woreczka (kabelki były i mała niespodzianka, o której za chwilę) sprzedawca dodał je w pakiecie (jako gratis) do prawie nowych białych M50x, które de facto kupowałem. Po odnowieniu (zamienne pady i obszycie pałąka Soulwit) postanowiłem właśnie je zatrzymać, a białe sprzedać.

    Moje wrażenia z użytkowania:
    Uniwersalność: Potwierdzam, te słuchawki kapitalnie radzą sobie z każdym gatunkiem muzycznym – na każdym sprzęcie. Dodatkowo są to najwygodniejsze słuchawki jakie kiedykolwiek miałem na głowie.
    Zastosowania studyjne: Do czystej pracy z dźwiękiem wolę jednak bardziej liniowe M40x lub klasyczne Sony MDR-7506 (posiadam oba warianty). M50x wykorzystuję w 99% procentach do słuchania muzyki.
    Mobilność: Problem bezprzewodowości rozwiązałem u siebie genialnym adapterem FiiO BTA10 (to właśnie ta niespodzianka – sprzedawca dołączył również taki adapter, o którym zapomniał wspomnieć) – Pomino krótkiej pracy na baterii polecam takie połączenie!
    Opłacalność: Atrakcyjna cena nowych, całkiem spora liczba dostępnych egzemplarzy używanych w niskich cenach, duża liczba cześci zamiennych dobrej jakości w przystępnych cenach – to wszystko czyni, że słuchawkami ATH M50x możemy cieszyć się przez długie lata bez rujnowania budżetu.
    Współczynnik ceny do możliwości po odświeżeniu używek jest po prostu bezkonkurencyjny.

    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *