Sash Matrix to flagowy model słuchawek planarnych firmy Sash Audio. Problem w tym, że tylko flagowość się tu zgadza. Ale już nie Sash Audio tylko DSH Studio, nie Matrix tylko Onyx Planar i nie firmy, bo takowej chyba nawet nie ma. A przynajmniej nie ma żadnych rzeczy, które pozwoliłyby na spokojne ustalenie tego poza wszelakimi wątpliwościami. Tak oto prezentują się realia drugiej ukraińskiej manufaktury słuchawkowej. Choć i tak jest lepiej, bo pierwsza – Verum Audio – popisywała się onegdaj rasistowskimi i agresywnymi wypowiedziami wobec klientów. Tu na szczęście takich scen nie ma.
Jedyne więc na co możemy narzekać, to wspomniany kryzys tożsamości. Zatem jak prezentuje się cudo, które Sash Audio, aka DSH Studio, stworzyło? I jak wypada ono na tle poprzedniego modelu, czyli Sash Tres SE, aka DSH Amber Planar?
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez p. Jerzego, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.

Jakość wykonania i konstrukcja Sash Matrix
Ponieważ sprzęt dostałem do testów jeszcze gdy nosił on inną nazwę, pozostanę wierny póki co oryginalnemu nazewnictwu. Tak naprawdę dostajemy tu dokładnie to samo, co w przypadku Sash Tres SE. Mam tu na myśli konstrukcję, zamysł, elementy obudowy… no po prostu wszystko. Wykonanie dokładnie takie same, jak Sash Tres SE. Nadal miejscami trochę siermiężne, ale widać staranność i solidność.



Dużym problemem dla Sash jest to, że Tres SE i Sash Matrix są właściwie identyczne konstrukcyjnie i wizualnie nie sposób je odróżnić. Mamy tu muszle ponownie z drewna Palisander, więc nawet masa się wyczuwalnie nie zmieniła. Dopiero zdjęcie padów ujawnia, że jest to taki a nie inny model. Widać kompletnie inaczej poprowadzone ścieżki oraz napis Matrix. Ten pochodzi od ułożenia magnesów, które jest bardzo ciekawe i ułożone w matrycę punktową. To naprawdę pomysłowe i bardzo interesujące rozwiązanie.



Tak jak pisałem w aktualizacji do recenzji Tres SE, wspomniane pady są obrotowe, zdejmowalne, na pierścieniach w których za zaczepy robią… łebki śrub wkręconych w obudowę słuchawek. No cóż, najważniejsze że działa, towarzysze. Eta charoszaja rabota! Wot się nakręca? Ano się nakręca. Po co drążyć temat.
Okablowanie i ergonomia
Też bez zmian. Jest to te same odpinane okablowanie w standardzie Audeze na 2x mXLR 4-pin, ale nie dostałem go w zestawie (użyłem do zdjęć kabla z Tres SE, które jeszcze ze mną wtedy były). Na szczęście, z racji bycia „kablarzem”, dla mnie jest to bez problemu, bo mogę stworzyć sobie takowy z serii Audionum praktycznie od ręki. No, może nie tak od ręki, bo zawsze na pierwszym miejscu stawiam zamówienia klientów, a swoje własne potrzeby są na samiuśkim dole. A że niemal zawsze mam kompletną kolejkę kabli do roboty, czuję się jak w tym przysłowiu, gdzie szewc w dziurawych butach chodzi.
To też mówiąc, bez zmian jest niestety w zakresie ergonomii. Po raz kolejny mamy bardzo ciężko pracujące widełki, wymagające ogromnej siły, aby słuchawki obrócić względem głowy. W praktyce i tak sprowadzać się to będzie do poluzowania śrub mocujących.
Wspomniane kontrowersje wokół strony, nazwy, konfiguracji itd.
Słuchawki kosztowały 560 € w wersji, w której je otrzymałem. Obecnie cena wynosi dokładnie tyle samo, ale zmieniło się wszystko:
- marka nie jest już Sash Audio, tylko DSH Studio (Deep Sound Headphone – Studio),
- miejsce działalności nie jest już znane – nie ma żadnego adresu ani na Ukrainę, ani Rumunię,
- profil działalności nie jest już „usługą w formie słuchawek”, tylko wrócono do normalnej produkcji sprzętu,
- porzucono jakieś dziwne anonse optymalizacji sprzętu komputerowego czy akustyki pomieszczenia, a skupiono się na samych słuchawkach (i dobrze),
- model nie jest już Sash Matrix, tylko DSH Onyx z driverami Matrix (analogicznie Tres i Tres SE to teraz Amber),
- maskownice stały się już konfiguracją do wyboru (testowany model ma maskownicę Honeycomb).
Producent poza tym szykuje się ewidentnie na przyszłość, bo datę na dole strony wpisał jako 2035 r. Być może jest to data graniczna co do produkcji słuchawek? Kto wie.

Wiem natomiast, że cokolwiek by nie było, takie lawirowanie nie wygląda specjalnie poważnie. Ok, rozumiem, wojna i w ogóle, warunki są jakie są. Ale przykro mi to mówić – jako klientów nas to średnio obchodzi. Każdy taki zakup jest ogromnym zaufaniem ze strony konsumenta wobec producenta. Zwłaszcza takiego, który nie podaje nawet nazwy firmy, lokalizacji czy jakiegokolwiek regulaminu. Nawet przycisk Recenzje nie prowadzi do konkretnych recenzji, tylko do strony modelu Onyx.
Ponad wszystko, zapomniano też o jednej rzeczy: rodzaj maskownic ma wpływ na dźwięk w takich konstrukcjach. Zupełnie tak, jakby Sash Audio, przy całej swojej wiedzy, potraktował to jako wyłącznie element ozdobny, zamiast aktywnie uczestniczący w akustyce.
Co taka sytuacja oznacza dla nas, konsumentów?
Teoretycznie można cały czas podchodzić tu do tematu z perspektywy kredytu zaufania. Z tego co mi wiadomo od Właściciela słuchawek, autor projektu jest bardzo uczynny, miły i jest z nim stały kontakt.
Niestety sam jestem osobą, która przez lata mocno przejechała się na kredycie zaufania dawanemu zbyt często i zbyt obficie. Gdyby go przekuć na pieniądze, byłbym dzisiaj prawdopodobnie miliarderem. Stąd mój sceptycyzm, który bije z treści. Każdy z Was dokonuje tu zakupów samodzielnie, a wszelkie działania podejmowane są wyłącznie na własne ryzyko. Jak duże ono jest – oceńcie sami.
Może przesadzam, może szukam dziury w całym, ale – jako formalista – lubię mieć podkład prawny przy każdym zakupie. Choć audiofilscy redaktorzy i konstruktorzy już próbowali mnie przekobywać że sprzęt elektroniczny nie potrzebuje żadnych certyfikatów, a robienie go można sprowadzić do pracy „na słuch”, bez uprawnień, bez działalności, na częściach z Aliexpress, śmiejąc się ludziom w twarz. Czuję się w takich okolicznościach, jakbym zakupu dokonywał na straganie od wstawionych cyganów na bałuckim rynku. Na gębę, piękne oczka i nadzieję, że sprzęt przeżyje u mnie lata trzymając się kupy siłą socjalizmu. Albo nie zabije po drodze. Na szczęście tu jest mowa tylko o słuchawkach, a nie sprzęcie stricte elektrycznym. Niemniej jeszcze całkiem niedawno Hifiman Edition XV kopały mnie prądem po uszach. Kazano mi wówczas… uziemić sobie fotel.
Jeśli mógłbym więc coś doradzić producentowi, to po prostu ustabilizowanie marki, nazewnictwa, dopracowanie formalności i ogólnie swojej strony. Przydałby się widoczny i czytelny sposób komunikacji z klientami oraz niezależnymi recenzentami. Bez konieczności szukania informacji na siłę, bezpośrednio lub operowania na domysłach. Inaczej będzie to wyglądało tak, jak w niniejszej recenzji.
Tym samym przejdźmy może płynnie do jej przedmiotu od strony dźwiękowej.
Jakość dźwięku Sash Matrix
Analiza dźwięku słuchawek Sash Matrix nie może odbywać się bez uwzględnienia różnic pomiarowych w stosunku do Sash Tres SE. Zwłaszcza, że Matrixy naprawiają to, na co zwracałem uwagę przy tańszym wariancie. Czynią to przez doskonałe wyniki pomiarów zniekształceń harmonicznych (THD). Jest też krok w tył w zakresie cofniętej tym razem średnicy. Ale może po kolei…
Bas
Analiza techniczna: Wykres wykazuje niemal wzorcową, liniową charakterystykę w całym zakresie 20–200 Hz. W porównaniu do modelu Tres SE, Matrix oferuje równiejszy i solidniejszy fundament. Zachowują przy tym ekstremalną czystość – THD w całym pasmie niskotonowym utrzymuje się na stałym, bardzo niskim poziomie (ok. 0,2%), co przy konstrukcji planarnej świadczy o wybitnej stabilności membrany i układu magnetycznego. A przypomnę, że nie mówimy o konstrukcji robionej w dużej fabryce, tylko ręcznej manufakturze!
Subiektywny odsłuch: Niskie tony są solidne, rzetelne i trzymane w wojskowym uścisku. Matrix oferuje więcej masy na dole i lepsze zejście niż Tres SE, nie tracąc przy tym nic z szybkości. Cały czas kołatała mi w głowie myśl, że jest to bas optymalny i jednocześnie techniczny. Zamiast taniego efekciarstwa serwuje wgląd w detale instrumentów operujących na dole pasma, stanowiąc stabilny i nieskazitelnie czysty fundament całego dźwięku.
Fakt, że może być w tym trochę mimo wszystko sugerowania się pomiarami, bo była to wyjątkowo pierwsza rzecz, którą zrobiłem w kolejności, ale cóż. To trochę jak z tą „ciepłą miedzią” i „analitycznym srebrem”. Ale z tą różnicą, że tu opieramy się na faktach, a nie skojarzeniach.
Tony średnie
Analiza techniczna: Średnica jest tym razem obszarem największych kontrowersji. Model Matrix wykazuje wyraźny spadek energii w rejonie 1–3 kHz (nawet o 5 dB względem Tres SE). Jednocześnie wykres THD w tym zakresie jest wręcz imponujący – zniekształcenia spadają do poziomu 0,1%, co czyni Matrixy jednymi z najczystszych słuchawek w tym podzakresie. I znów: dla słuchawek robionych ręcznie, to jest jak zbudowanie wojskowego ZIŁa w garażu przy użyciu młotka i zapasu puszek po napojach wyskokowych.
Subiektywny odsłuch: To właśnie tutaj techniczna perfekcja spotyka się z subiektywnym niedosytem, niestety. Dzięki rekordowo niskim zniekształceniom średnica jest krystalicznie czysta, ale przez ubytek energii w 1-3 kHz staje się bardziej wycofana i zdystansowana niż w Sash Tres SE. W bezpośrednim starciu z nimi, wariant Matrix może wydawać się dźwiękiem trochę bardziej „dziwnym”, a przynajmniej bez tej duszy i energii co w tańszym modelu. Wokale są poprawne i czyste, owszem, to mocne strony Matrixa, ale brakuje im tej bezpośredniości i bliskości, która w tańszym modelu buduje emocje.
Na szczęście jest duża szansa na to, że da się to skorygować padami. Przypomnę, że w tym modelu były inne niż w Tres SE.
Sopran
Analiza techniczna: Powyżej 5 kHz Matrix prowadzi pasmo dojrzalej niż model niższy. Wykres THD pokazuje lekkie wybicie w okolicy 3-6 kHz, ale nadal pozostaje ono w bezpiecznych granicach (poniżej 0,5%), co w połączeniu z brakiem gwałtownych szpilek na wykresie FR powyżej 10 kHz sugeruje wysoką kulturę pracy. Sash ewidentnie bardziej się postarał przy produkcji, choć powoli zaczynam myśleć, czy aby po prostu poprzedni egzemplarz Tres-ów nie był „lekko kopnięty” pod tym względem.
Subiektywny odsłuch: Góra jest klarowna, rozdzielcza i przede wszystkim – wyjątkowo czysta. Matrix wyciąga mnóstwo mikrodetali, ale robi to w sposób dystyngowany. Brak tu szklistości czy nerwowości, ale też tego specyficznego zmęczenia, które gnębiło mnie np. w Hifimanach. Sopran jest tu serio wysokiej próby, który dzięki niskim zniekształceniom pozwala na wyłapanie niuansów realizacji bez ryzyka zmęczenia sybilantami.
Wrażenia sceniczne
Wycofanie wyższej średnicy w połączeniu z bardzo niskimi zniekształceniami tworzy specyficzne wrażenie ogromnej, ale ułożonej i czystej przestrzeni. Scena jest budowana z dużym dystansem od pierwszego planu, co potęguje napowietrzenie. Separacja instrumentów jest chirurgiczna – każdy dźwięk ma swoje precyzyjnie określone miejsce na czarnym tle, choć dla fanów bliskiego kontaktu z muzyką ta prezentacja może być zbyt introwertyczna.

Po zmianie padów scena robi się natomiast nieco inna – pojawia się więcej skupienia na środku, a całość zaczyna układać się jak w Tres SE. Rzekłbym, że to scena bardziej wówczas konwencjonalna i przewidywalna. Ale żebyśmy mieli jasność, że w „pierwszej wersji” nie było to coś na wzór Fosi i5. Bardziej bym powiedział, że szło to w stronę FiiO FT7. A to też całkiem spory komplement.
Wpływ alternatywnych padów (pady od Sash Tres SE)
Analiza techniczna: Założenie padów od modelu Tres SE wyraźnie modyfikuje charakterystykę Matrixów, przybliżając je przynajmniej częściowo do sygnatury tańszego brata. Najważniejszą zmianą jest znaczące podbicie pasma w zakresie 2–4 kHz (tzw. ear gain), co skutecznie niweluje wcześniejszy ubytek energii w tym rejonie. Dodatkowo odnotowujemy przesunięcie energii w najwyższej oktawie – pojawia się wyraźny wystrzał w okolicy 6 kHz, przy jednoczesnym mocniejszym wygaszeniu pasma powyżej 10 kHz.
Subiektywny odsłuch: Ta modyfikacja to bardzo ciekawy zwrot akcji dla osób, którym brakowało w Matrixach życia. Słuchawki stają się bardziej bezpośrednie, wokale wychodzą z cienia i lądują bliżej słuchacza, odzyskując utracony wcześniej blask i pazur. Jest to jednak transakcja wiązana: zyskujemy na emocjach i „obecności”, ale tracimy tę unikalną, krystaliczną sterylność i głębię sceny standardowego wydania. Wybicie przy 6 kHz może też sprawić, że góra stanie się dla wrażliwych uszu nieco bardziej nerwowa, upodabniając Matrixy do „charakternego” stylu Tres SE, ale przy zachowaniu lepszej czystości technicznej samego przetwornika Matrixów.
Całościowy odbiór psychoakustyczny
Sash Matrix to słuchawki grające w sposób jednocześnie sterylnie czysty i optymalnie-zdystansowany. Ich charakter to muzykalna analityczność podana na bardzo czystym tle. W porównaniu do Tres SE, Matrixy są produktem dojrzalszym technicznie, ale przez wycofanie średnicy tracą na żywiołowości. Jeśli zdecydujecie się na pady, które Właściciel słuchawek wybrał tutaj sobie jako docelowe, będzie to dźwięk dla osób przedkładających techniczną perfekcję i głębię sceny nad bezpośredniość i energię wokali.
Ja natomiast raczej wybrałbym pady te same, co w Tres SE, albo zamówił o-ringi pozwalające na DIY-kowanie sobie do woli z innymi padami. Ideałem byłoby pewnie zrobienie sobie talerzy pozwalających na montaż dowolnych padów (kołnierze), ale wówczas istnieje spora szansa na klapnięcie całej linii basowej (szczelność).
Całościowa ocena techniczna
Inżynieryjnie Matrixy biją Tres SE na głowę i nie ma co do tego wątpliwości. Wystarczy spojrzeć na liczby. Liniowość basu połączona z wybitnie niskim THD (zwłaszcza w newralgicznym zakresie średniotonowym) stawia te słuchawki w ścisłej czołówce konstrukcji planarnych. I to nie w klasie DIY, a ogólnie w czołówce światowej. Sash Audio, czy tam DSH Studio, wyczarował tu naprawdę świetny poziom techniczny, który jedyne, czego potrzebuje w tym zakresie, to rozsądnego podejścia do padów i dopieszczenia tego pod ludzką izofonę.
Decyzja o strojeniu z dołkiem w 1-3 kHz jest bowiem ryzykowna dla tych konkretnych padów. Technicznie może i mamy do czynienia z majstersztykiem, ale tonalnie rezygnujemy z dużej części realizmu średnicy na rzecz głębi i sztucznego bezpieczeństwa odsłuchu. Osobiście nie bałbym się tu iść w śmiałe rozwiązania, które budowałyby charakter – na tle tego, co pokazywały Tres SE, byłoby to kierunkiem moim zdaniem wysoce logicznym i spodziewanym. Nawet, jeśli oznaczałoby to rezygnację z wyboru grillów czy padów, kluczowym aspektem jest (a przynajmniej powinna być) powtarzalność. Ale to już taka moja rada na boku dla samego twórcy słuchawek. Czy mnie posłucha czy nie, jest to już jego sprawa.
Podsumowanie
Mimo wszystko bardzo trudno jest mi zawyrokować jednoznacznie za tymi słuchawkami.
Z jednej strony mamy ewidentny skok w czystości między Sash Matrix a Tres SE. Słuchawki są technicznie o lata świetlne lepsze od tego, co oferował tańszy model, choć różnica w cenie nie była wcale kosmiczna. Do tego pady dają tu sporo. Właściwości techniczne są wysoko ponad tym, co oferuje np. Hifiman czy Quad, jeśli chodzi o rzeczywistą jakość dźwięku.
Z drugiej, wizualnie i konstrukcyjnie nie dostajemy tu nic nowego ponad Tres SE, tonalnie trochę lepiej wypadały Tres SE (zmiana padów pomaga), a producent mota się w nazewnictwie, formie i metodach sprzedaży. Jego strona internetowa zmieniała się już trzykrotnie na przestrzeni raptem dwóch miesięcy. Przypomina to rejs sowieckim statkiem, na którym kapitan i załoga kłócą się o to, w którą stronę płyną, podczas gdy pasażerowie sami muszą wiosłować i nie wiedzą, czy w ogóle powinni.
Dlatego mam osobiście rezerwę do takich projektów i szkoda trochę, że Sash Audio nie komunikuje czytelnie tego, co się u niego dzieje. Ja w niniejszej recenzji tego czynić nie będę, bo tak, jak kocham audio i poświęcam się mu jako hobbysta, nie jestem niczyją tubą informacyjną i nie będę wyręczał producentów (lub wytwórców) w tym zadaniu. Zresztą, był już taki jeden redaktor audio, który świecił oczami do upadłego za pewien kondycjoner prądowy, który okazał się… cóż, powiedzmy że nie tym, czym był w rzeczywistości.
Zatem czy kupować Sash Matrix, czy nie – wybór pozostawiam Wam moi drodzy. Kwota 560 € piechotą nie chodzi i choć pod tym wiaderkiem jest teoretycznie sporo dobra, jest też wszystko to, co przychodzi wraz z takimi zakupami.
Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie 560 € w wersji Palisander bezpośrednio na stronie producenta.
Dane techniczne
Zaczerpnięte ze strony producenta w dniu otrzymania słuchawek na testy, pisownia oryginalna:
- Planar magnetic drivers for better dynamics and frequency response
- Style: over-ear, opened-back
- Double-sided magnetic structure
- Magnetic structure: proprietary matrix magnet array
- Magnet type: Neodymium N52
- Transducer size: 100 mm
- Maximum power handling: 5W RMS
- Frequency response: 10Hz – 20kHz
- THD: < 0.1% 100dB
- Impedance: 18 ohms
- Sensitivity: 97 dB/1mw (at Drum Reference Point)
Dane pomiarowe
Wszystkie dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć w Laboratorium, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej. Poniżej porównanie zarówno dźwięku na różnych padach, jak i do Sash Tres SE.


Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-M50x, Audeze LCD-XC, Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Hifiman HE400se V2, Sennheiser HD 660S2
- Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.



