DCA Ether Flow 1.1 – recenzja następcy wielkiego nieobecnego

Tak jak zapowiadałem, chronologia nakazywała najpierw wypuścić MrSpeakers Ether Flow, aby móc teraz odkryć ich następcę, czyli DCA Ether Flow 1.1. Słuchawki już po cudzie rebrandingu, przyjmując zaszczytne inicjały założyciela i właściciela firmy. Użyczone przez bardzo serdecznego i wyrozumiałego właściciela, który zastrzegł całkowitą anonimowość.

Z tego względu nie mogę mu podziękować z imienia i nazwiska, mimo że bardzo chciałbym to zrobić. Ale to dokładnie ten sam użytkownik, który podesłał kabel Arini Audio Individual. Nie wnikając w powody, choć się ich wciąż domyślając, oczywiście zamierzam bezwzględnie jego życzenie uszanować. Zaś sam produkt ocenić korzystając z nadarzającej się ku temu okazji, dodając je z przyjemnością do bazy pomiarowej.


Recenzja dotyczy prywatnego egzemplarza należącego do jednego z moich czytelników, który pragnie zachować anonimowość. Serdecznie dziękuję mu za możliwość przeprowadzenia testów. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary

Jakość wykonania i materiały DCA Ether Flow 1.1

Konstrukcja DCA Ether Flow 1.1 generalnie się nie zmieniła w swoim rdzeniu i wciąż jest do bólu pragmatyczna. Jeśli ktoś chciałby rzecz, że w wersji 1.0 była surowa, to nastąpiła eskalacja. Wciąż brak tu biżuteryjnego blichtru, do którego przyzwyczaili nas niektórzy producenci hi-endu. Wręcz powiedzieć można, że DCA Ether Flow 1.1 zostały względem wersji pierwszej uproszczone.

Konstrukcja nadal opiera się na pałąku z dwóch prętów ze stopu niklu i tytanu. Pałąk jest jeszcze lżejszy, tak samo sprężysty i w praktyce zachowuje się podobnie. Sama regulacja opaski to wciąż ten sam prosty mechanizm oparty na metalowych suwakach i plastikowych klockach. Może i wygląda to mało luksusowo, ale raczej bez perspektywy popsucia się. Co najwyżej poocierać na tymże plastiku (vide zdjęcia).

Dziwić może, że zniknęły dodatkowe bloczki metalowe, które wspomagały konstrukcję i blokowały frywolny ruch suwaków. Zrezygnowano też z asymetrycznego mocowania obrotowego widełek na rzecz prostszego mechanizmu – jednoczęściowych widełek pozbawionych możliwości obrotu.

No i tu właśnie cała zagadka się rozwiązuje. Wszystko po to, aby to teraz pałąk przejmował na siebie deformację imitującą kąt nachylenia. Pady również są asymetryczne, więc wszystko to układa się w jedną całość. Ot sprytne oszczędności i uproszczenia w jednym, które nie licują trochę z nadal ogromną ceną SRP.

Muszle niezmiennie są spasowane poprawnie, pokryte tym samym lakierem o głębokim, ciemnoniebieskim odcieniu. Tu więc nic się nie zmieniło względem wersji pierwszej i użyto dokładnie tych samych części.

Bez zmian pozostały też wtyki Hirose. Z jednej strony ich użycie drastycznie ogranicza wybór gotowych kabli na rynku i zmusza do szukania dedykowanych rozwiązań lub lutowania na zamówienie (np. u mnie – stąd w ogóle powstanie tej recenzji, o czym powiem później). Z drugiej – mechanicznie to świetne, zatrzaskowe połączenie, które nie ma szans złapać luzów czy przypadkowo wypiąć się podczas ruchu.

 

Zmian jest więcej, ale są niewidoczne

No właśnie. DCA Ether Flow 1.1 posiadają drobne zmiany w tuningu akustycznym, których nie widać gołym okiem. Z tego co udało mi się wyczytać w instrukcji (tak, producent informował jak przekonwertować 1.0 w 1.1 samemu), w grę wchodzi damping i wentylacja. Damping osiągnięto poprzez nakładkę z papieru czerpanego, która zakrywa przetwornik od strony ucha.

DCA Ether Flow 1.1 Upgrade Guide

Wentylacja polega natomiast na modyfikacji dyszy, a dokładniej naklejeniu na nią specjalnej nakładki. Modyfikacja ta ma miejsce jednak tylko w przypadku wariantu zamkniętego:

DCA Ether C Flow 1.1 Upgrade Guide

Czyli tak naprawdę to, co tu robimy, to słynny LCD-3 Kirkland Mod, ale od strony ucha. Modyfikacja polegała na tym, że wycinało się… okrąg z papieru toaletowego i umieszczało pod grillem LCD-3. Nazwa Kirkland pochodzi nie od pomysłodawcy tej modyfikacji, a producenta papieru, jaki został zakupiony i użyty do jej przeprowadzenia.

 

Wygoda i ergonomia

Wygoda to nadal mocny punkt tego modelu, zwłaszcza jeśli punktem odniesienia są ciężkie, pancerne planary pokroju moich LCD-XC. Przesiadka z moich dociążonych i mocno zmodyfikowanych XC-ków na konstrukcję od Dan Clark Audio to przede wszystkim gigantyczna ulga dla karku. Słuchawki są zaskakująco lekkie jak na konstrukcję magnetostatyczną. Szeroki, skórzany pas pod pałąkiem bardzo dobrze spełnia swoje zadanie – masa wciąż rozkłada się równomiernie i całkowicie znika problem punktowego ucisku na czubku głowy.

Tu jedyną zmianą jest szczodra perforacja opaski pałąka. Wcześniej była to jednorodna skóra. Teraz jest to „pajęcza sieć”, która pozwala skórze oddychać. To fajny ukłon w stronę wielogodzinnych odsłuchów, ale sporo osób narzekało teraz na wrażenie tandetności tego elementu.

Słuchawki mimo to na głowie siedzą stabilnie, nie zsuwają się przy pochylaniu, ale też nie generują efektu imadła na żuchwie. Duża w tym zasługa asymetrycznych padów obszytych jagnięcą skórą. Są odpowiednio głębokie i miękkie, dzięki czemu ucho nie obija się o wnętrze muszli. Zresztą, ich obecność jest wymuszana przez uproszczoną konstrukcję obrotową słuchawek. Szkoda, że jak pisałem za tymi wszystkimi uproszczeniami nie poszła też cena, ale tak sobie producent wymyślił i należy się z tym pogodzić (lub nie).

 

Jakość dźwięku DCA Ether Flow 1.1

Pierwsze wrażenie pozostawiają po sobie całkiem pozytywne. A przynajmniej bardziej pozytywne, niż miało to miejsce przy wersji 1.0.

Ogółem dostajemy tu płynne, nieofensywne granie, mające w sobie zarówno fajnie zoptymalizowany bas, jak i umiarkowanie jasną, detaliczną w swojej niższej partii górę. Od razu słychać że jest równiej niż na „jedynkach”, a zmiany w konstrukcji Etherów nie skończyły się tylko na pałąku.

Teraz są to takie trochę „jakby planarne HD 660S2”, które nawet na pomiarach wyglądają podobnie. Choć nie identycznie i to właśnie będzie tu kluczowe. Ale nie uprzedzając faktów…

 

Bas

Analiza techniczna – Linia basowa DCA Ether Flow 1.1 wykazuje wzorową, linearną charakterystykę, z której słynąć powinny planarne przetworniki wysokiej klasy. Zejście do najniższego sub-basu (w przedziale 20-40 Hz) utrzymuje wysoki poziom rzędu 93-95 dB, gwarantując pełną obecność najniższych składowych. W rejonie średniego basu (80-250 Hz) pojawia się delikatne, szerokie i niezwykle płynne uniesienie o charakterze łagodnej fali, osiągające swój wierzchołek (ok. 98 dB) w punkcie ~150 Hz.

Następnie pasmo gładko opada w stronę niskiej średnicy, notując jedynie drobny, lokalny uskok w okolicy 280-300 Hz. Biorąc pod uwagę ludzką izofonę, takie ukształtowanie dołu kompensuje trochę naturalny spadek czułości naszego słuchu na niskie częstotliwości.

Subiektywny odsłuch – W praktyce przekłada się to na dół o należytej kulturze, zwartości i sprężystości. Słuchawki potrafią wygenerować bardzo zrównoważony bas i robią to z nienaganną kontrolą. Nie ma mowy o bezwładnym rozlewaniu się basu czy maskowaniu wyższych rejestrów. Delikatny akcent ulokowany w środkowym basie nadaje instrumentom pożądaną masę i naturalne ciepło. Taki bas nie jest może jednoznacznie kinowy, ale za to bardzo kompleksowy. Wysoce satysfakcjonująca dynamika linii basowej melduje szybkość w ataku i czystość w wygaszaniu.

Wady? Na tle słuchawek współczesnych, ale też np. studyjnych pokroju Sony MDR-M1, przydałoby się nieco więcej ilości. Choć z drugiej strony jednocześnie nie dopuszcza on do przesadnego, karykaturalnego przebasowienia przekazu. Tak więc ostatecznie raczej pozostawię go bez uwag. Do zastosowań, do których te słuchawki są stworzone, będzie pasował idealnie.

 

Tony średnie

Analiza techniczna – Wykres ujawnia niezwykle stabilną i wyrównaną strukturę pasma w dolnej i centralnej średnicy. Od 400 Hz aż do 1,3 kHz linia niemal idealnie trzyma poziom bazowy ok. 95 dB. Przy 1,5 kHz następuje bardzo delikatne, techniczne wgłębienie, po którym następuje dynamiczny wzrost w kierunku wyższej średnicy, formujący wyraźne uniesienie z punktem kulminacyjnym przy 3 kHz (ok. 105 dB). Pamiętając, że pomiary pochodzą z symulatora ludzkiego ucha, wzrost ten reprezentuje pożądaną kompensację wzmocnienia małżowiny (tzw. pinna gain). Jest on jednak zrealizowany dość odważnie (ok. +10 dB względem punktu 1 kHz), co zwiastuje wyraźną ekspozycję partii wokalnych.

Subiektywny odsłuch – Rzeczywiście wszystko to, co notuję na pomiarach, daje się usłyszeć. Średnica DCA Ether Flow 1.1 gra w sposób bezpośredni i czysty, a przez to angażujący. Głosy wokalistów są namacalne, bliskie i świetnie wyciągnięte przed szereg. Co najważniejsze – mimo technicznego podbicia wyższej średnicy na wykresie – słuchawki cudownie zachowują swój ludzki, przyjemny i wciągający charakter.

Unikają agresywnej krzykliwości chińskich planarów spod znaku Hifimana. Unikają też natarczywego rozjazdu charakteru, który odczuwałem w pierwszych Ether Flow. Tu jakby jest to bardziej umiejętnie zamaskowane, a gdy damy im posiedzieć trochę na głowie – już w ogóle nie czuć żadnego maskowania. Dźwięk staje się płynny i spójny. To jest właśnie to, czego mi brakowało w poprzedniej iteracji.

 

Sopran

Analiza techniczna – Analiza najwyższego pasma na wykresie ujawnia urozmaicony i energetyczny przebieg. Po lokalnym uspokojeniu w punkcie 4 kHz (100 dB) następuje zauważalny wyrzut energii w rejonie 5,5–6 kHz, wchodzący na poziom aż 107 dB. To kluczowe dla charakteru tych słuchawek podbicie strefy presence. Następnie sopran gwałtownie opada, by w okolicy 10 kHz zaliczyć głęboki, bardzo ostry antyrezonans (dostajemy zjazd do poziomu 80 dB).

Powyżej tej granicy następuje jeszcze jedno, mniejsze uniesienie w rejonie 11–12 kHz (ok. 90 dB). Czyni to jednak znacznie łagodniej niż miało to miejsce w wersji 1.0. Później pasmo sukcesywnie wygasza się w stronę najwyższych rejestrów.

Subiektywny odsłuch – Wysokie tony stawiają tutaj tak samo, jak pierwsze Flow, na detal, powietrze i doświetlenie mikrostruktur nagrania. Nadal mamy wyrazisty szczyt przy 6 kHz, który wyciąga na wierzch mnóstwo informacji. Wciąż nadaje talerzom perkusyjnym czy partiom smyczkowym blasku i wigoru. Ale nie robi tego już tak selektywnie i arbitralnie względem sąsiednich zakresów pasma, jak było to poprzednio.

 

Kluczowa różnica w charakterze sopranu względem Ether Flow 1.0

Myślę, że jest to na tyle tutaj ważne, aby poświęcić temu osobny akapit.

Najważniejszy jest tu bowiem zabieg psychoakustyczny: głęboki dół w punkcie 10 kHz działa jak swoisty bezpiecznik. Dzięki niemu góra, w pierwszym wrażeniu wydająca się jasna i bogata w detale, w rzeczywistości bardzo szybko odkrywa przed nami bezpieczeństwo i swoisty roll-off na najwyższych rejestrach. W efekcie słuchawki unikają przegrzania góry i pozbawienia światła, a jednocześnie pozwalają na wielogodzinne sesje bez uczucia zmęczenia. Nie miałem też wrażenia jak z pierwszych Etherów, że sopran mi się czasami odkleja od reszty.

W pierwszym kontakcie z tak skonstruowaną górą użytkownik może poczuć się niemalże jak w domu. Niemniej punkt zawieszenia sopranu jest w Ether Flow 1.1 dość specyficzny. Dla części osób sopran może wydać się całościowo zbyt ciepły, może nawet lekko kluchowaty. Z drugiej strony w moim przypadku konfrontacja z np. HEDD D1 ujawnia wspomniany roll-off.

Tak więc o ile na początku odsłuchów było dobrze, to im dalej w las, tym bardziej brakowało mi tego ostatecznego światełka w tunelu na najwyższym sopranie. Za to pod koniec dnia odsłuchowego, gdy organizm był już zmęczony, wszystko wydawało się bardzo fajne i płynne. Wydaje mi się, że wówczas zadziałał właśnie wspomniany bezpiecznik. Przy pierwszych Flow, choć testy były ultra-krótkie nie z mojej winy, takiego wrażenia nie było. Góra potrafiła barwowo mieć swoje własne zdanie. Nie ofensywnie, a po prostu grymasząc i łamiąc delikatnie szyk, jakby trochę na złość. Tutaj trzymała się grzecznie szeregu. Niby drobna zmiana, a jednak potrafiąca zmienić końcową opinię o słuchawkach.

 

Wrażenia sceniczne

Specyfika strojenia z bliskim wokalem oraz doświetloną strefą 6 kHz bezpośrednio definiuje architekturę tutejszej sceny. Ether Flow 1.1 budują przestrzeń w sposób subiektywnie trójwymiarowy i poukładany. Szerokość sceny stoi na w pełni satysfakcjonującym poziomie, ale to głębia, precyzja lokalizacji źródeł pozornych oraz dodatkowy plus do holografii robią tu robotę. Wokale są bliskie i intymne, podczas gdy plany dalsze i efekty tła rozchodzą się promieniście wokół głowy, tworząc bardzo immersyjny obraz muzyczny.

 

Całościowy odbiór psychoakustyczny

Z perspektywy psychoakustycznej DCA Ether Flow 1.1 to całkiem sprawny mariaż technicznej rzetelności akustycznej z czystą, płynącą z muzyki przyjemnością. Choć surowa analiza wykresu mogłaby sugerować zauważalną jasność w wyższych rejestrach, ludzki aparat słuchu adaptuje te kaprysy niezwykle łagodnie ze względu na ich punktowe umiejscowienie oraz zbawienny spadek przy 10 kHz. Słuchawki brzmią spójnie, przyjemnie i z zaangażowaniem. Audiofile zapewne opisaliby ich granie jako pełne życia, całkowicie pozbawione cyfrowej szorstkości, suchości czy nudy, o które tak łatwo w segmencie hi-end. I chyba właśnie o tę nudę tutaj chodzi.

W starciu z np. HEDD D1, które uważam za wysoce uniwersalne słuchawki o neutralnej naturze, wychodzi to jak na dłoni. Technicznie HEDDy postawiłbym wyżej, a przynajmniej ponad DCA Ether Flow 1.1, ale w kategoriach czystej przyjemności, obie pary nie mają się czego wstydzić. Wręcz idą łeb w łeb. Przyjemność bowiem można czerpać zarówno z owej technicznej poprawności, jak i przechylenia w stronę rozsądnej muzykalności. Więcej basu i cieplejsza barwa Ether Flow robią tutaj swoje.

I tu jeszcze raz zastrzeżenie co do ich jasności, a raczej konstrukcji sopranu. Spotkałem się z opiniami na temat tego, że są to słuchawki zbyt ciepłe, kluchowate, plastyczne. Patrząc po wykresie, rzeczywiście mogą takowymi być, ale świadczy to wówczas o tym, że użytkownik może już mieć problem ze słyszeniem zakresów, w których emanują one energią. Jeśli ktoś nie wykonał sobie audiogramu, a ma już rozwinięty mocny ubytek w 6 kHz, słuchawki mu tego nie nadrobią.

Nie znaczy to automatycznie, że recenzent kłamie, bo słyszymy dźwięk inaczej niż wskazuje opis. Znaczy to jedynie to, że subiektywny sposób odbioru się różni i jest ku temu jakaś podstawa. Pomiar pokazuje jak DCA Ether Flow 1.1 grają obiektywnie. Jedyną niewiadomą pozostaje wówczas tylko nasz słuch.

 

Całościowa ocena techniczna

Pod kątem czysto technicznym chciałoby się rzecz, że to absolutna, ponadczasowa ekstraklasa, która bez najmniejszego problemu deklasuje wiele nowszych propozycji rynkowych.

W rzeczywistości ich autorskie przetworniki planarne to trochę powtórka z tego, co widzieliśmy w DCA Aeon Noire X. Charakteryzują się wybitną szybkością reakcji na impuls oraz minimalnymi zniekształceniami nieliniowymi. Jak każde dobre planary z definicji, jeśli rzeczywistość nie mówi inaczej.

Ale jednocześnie zauważyć można duże dysproporcje w THD+N między kanałami. Nie w charakterze, bo ten jest spójny, a w skali. Różnice produkcyjne są widoczne gołym okiem, nawet biorąc poprawkę na pady. Przy cenie katalogowej wynoszącej bodajże 9900 zł, troszkę można byłoby tu już wymagać.

Na szczęście zniekształcenia same w sobie nie są duże. Nadal można pochwalić je za dobre zdolności rozdzielcze i precyzję. Sugeruje to dlaczego model ten cieszył się tak wielkim uznaniem w czasach swojej świetności.

 

Najlepsze zastosowania

Ether Flow 1.1 to konstrukcja naprawdę uniwersalna, ale swoje najwspanialsze oblicze ukazuje w gatunkach wymagających długiego wsłuchiwania się, naturalnej barwy oraz należytej gradacji planów. Jazz, muzyka klasyczna, kameralne realizacje akustyczne, a także zaawansowana muzyka elektroniczna brzmią na nich w sposób porywający. Ze względu na wzorowo linearny dół oraz bliską, czytelną średnicę, słuchawki te – poza dawaniem czystej rozkoszy z odsłuchu – mogą służyć jako skuteczne narzędzie dla audiofilów szukających względnej prawdy o nagraniu. Względnej, bo podanej jednak w ludzkiej i strawnej formie, stawiając naturalność i płynność przekazu na pierwszym miejscu.

 

Osobisty akcent – customowy kabel Audionum

Bardzo łatwo można rozpoznać to, czy komuś dane słuchawki się naprawdę podobają. Wystarczy zwrócić uwagę, czy są doinwestowane. W przypadku DCA Ether Flow 1.1 tak właśnie się stało, a dokładniej za pomocą okablowania. Do oryginalnego kabla Vivo właściciel zakupił kabel Arini Audio Individual Ultimate, który był przeze mnie testowany w osobnej recenzji. Obietnice stojące za tym produktem były przepotężne, więc i do testów podszedłem w pełnym wymiarze. W efekcie z krótkiej notki, jaką planowałem zawrzeć w tej recenzji, zrobiła się obszerna, osobna publikacja.

Być może właściciel również podzielał moje uwagi odnośnie ergonomii kabla, toteż padła przy okazji prośba o dorobienie mojego okablowania. A że do jego przygotowania potrzebne były słuchawki, tak oto przyjechał cały komplet.

Kabel miał być dopasowany do słuchawek pod względem wizualnym i ergonomicznym. Stąd prośba o dopasowanie oplotów kolorystycznie pod lakier Etherów. No i chyba się udało:

Jak pisałem w recenzji Airini Audio, ergonomicznie nie dało się go używać. Stockowy kabel już prędzej, ale też szału nie było. Audionum był jedynym kablem, który nie rozpraszał mnie podczas korzystania z Etherów, czyniąc nieporównywalnie większy hołd ich bajecznej wygodzie. Być może dlatego, że moje podejście do kabli jest obecnie znacznie bardziej zdroworozsądkowe. Zamiast wbijać przewody w ciasny oplot, albo kręcić kabel jak od spawarki, ma to wówczas ręce i nogi.

W sumie nawet polubiłem standard wtyków MrSpeakers/DCA. Jedynie z zaznaczeniem kanału jest problem, ale stosuję taki patent, że logo na splitterze wskazuje zawsze orientację kanałową. Jeśli będąc pod brodą jest widoczne, orientacja kanałów za każdym razem będzie prawidłowa.

A dźwięk? Ten, a dokładniej prąd, przez kabel nadal płynie. Dokładnie taki, jaki powinien. Czyni to wzorowo i wzorcowo. Wszystko jest zresztą pomierzone w również osobnej recenzji Audionum.

 

Potknięcia i przygody z kablem OpenHeart

W przypadku DCA Ether Flow 1.1, jeśli oryginalnym kablem rzeczywiście był w standardzie rzeczony Vivo, wymiana okablowania ma faktycznie ogromny sens. Cokolwiek, byle tylko było dobrze zaprojektowane ergonomicznie i nie miało „dziwnego” pinoutu. Łatwo bowiem o dziwo o to przy wtykach Hirose i konfiguracji pod MrSpeakers/DCA.

Do testów miałem bowiem jeszcze kabelek chińskiej produkcji marki OpenHeart.

To bardzo tanie, zaplatane kabelki, które kuszą właśnie tym połączeniem – zaplatania i niskiej ceny. Sztuka, którą posiadałem, miała defekty zaplatania (różne oczka, zmienna grubość, niejednorodny naciąg) oraz odwrócony pinout na każdej drugiej parze pinów. W efekcie kabel robił mi spore problemy podczas testów, jako że adapter AD1 miałem polutowany zgodnie z intencją producenta pod kable fabryczne. W nich wykorzystywana jest w praktyce tylko jedna para pinów. Arini Audio poprawnie wydedukowało, aby drugą parę pinów, jeśli już obsadzić, to symetrycznie, a nie krzyżowo. Tymczasem Chińczyk zrobił tak jak rozumiał i tyle, mając wywalone na resztę.

Generalnie w kablach słuchawkowych zawsze na pierwszym miejscu liczy się trwałość i ergonomia. Wpływ na dźwięk winien zaś ograniczać się do przekazywania sygnału w najbardziej możliwie niezmienionej postaci. Aby było inaczej, trzeba albo umieścić w nim elementy dyskretne i przekonwertować na pasywny filtr RLC, albo poddać się całkowicie zjawisku placebo. Temu ostatniemu podlegamy w mniejszym bądź większym stopniu wszyscy, ze mną włącznie. I tutaj ratują nas albo ślepe testy, albo rzetelnie zebrane dane pomiarowe. A te wykazały, że kabelek OpenHeart, jeśli już zmusić go do działania, to również nie zmienia dźwięku.

Finalnie, o ile wszystkie testy pomiarowe w tej recenzji były wykonywane na kablach Vivo i Audionum, tak odsłuchy wykonywałem już tylko na swoim własnym kablu dla największej wygody i elementarnego poczucia pewności. Może Audionum nie są tak tanie jak OpenHeart, ale przynajmniej nie robione po pijaku (cydr się nie liczy).

 

Szybkie porównania DCA Ether Flow 1.1 z innymi słuchawkami

Skoro już wspomniałem o roli pomiarów w tym wszystkim oraz danych historycznych, to właśnie na podstawie nich – mając do wyboru ich własne DCA Aeon Noire X oraz DCA Ether Flow 1.1 – bez wahania wybrałbym Ethery. Słuchawki po prostu grają lepiej, po ludzku, przyjemniej. Noire X to kompletnie inna bestia, słuchawki stylem grania i naturą doszczętnie odmienne od Flow. Gdyby nie logo producenta, naprawdę przysiągłbym, że oba modele robiły dwie różne firmy. Tak więc Noire X uznałbym za przeciwny kierunek dla Ether Flow.

Cofając się do tyłu w stronę tańszych rozwiązań, mamy np. Beyerdynamic DT 270 Pro. Co jakiś czas wracają one w testach, przywoływane ostatnio chociażby przy recenzji DT 30 IE. Ether Flow 1.1 uważam za droższe, ale i wygodniejsze wydanie DT 270 PRO. Słuchawek moim zdaniem niedocenianych, bo tańszych i mniejszych. Bardzo podobały mi się jednak podczas testów i styczność z Etherami od razu przywołała tamte wspomnienia.

Zderzenie z HEDD D1 było dla mojej oceny Etherów odświeżające. Dosłownie. HEDDy są bowiem swoistą antytezą dla Ether Flow – mniej basu, więcej góry, zauważalnie bardziej neutralne. To na ich tle słychać jak płynnie i muzykalnie strojone są Flow 1.1. Niestety też jednocześnie pokazują ile tracimy na ich bezpiecznym roll-offie na sopranie. Z drugiej strony – również ile zyskujemy na basie i przyjemniejszym strojeniu jako takim.

Wątpliwości pojawiły się dopiero, gdy na warsztat wjechały Sennheiser HD 660S2. Wg wszelkich audiofilskich prawideł rynkowych, 1800 zł nie ma prawa rywalizować z 9900 zł, nie mówiąc o możliwości ich przebicia. A jednak. Sennheiser HD 660S2 robią wszystko to samo, co DCA Ether Flow 1.1, ale lepiej. Doświetlają tam, gdzie trzeba, cieniują gdy jest to wskazane. Mniej wygodne, nie z tak równym basem, owszem, ale znacznie tańsze i dające ten idealny, perfekcyjny wręcz punkt odniesienia między światem analitycznej neutralności, a przemożnej muzykalności.

 

Ocena opłacalności z perspektywy powyższych modeli

Nie da się niestety jednoznacznie ocenić tych słuchawek patrząc na ceny rynkowe, ponieważ nie wiadomo tak naprawdę ile one w tym momencie kosztują. Tudzież ile powinny. Właściciel dał za nie 7200 zł w 2023 roku i jest to na pewno lepsza oferta, niż pełne 9900 zł.

Czy są to słuchawki w ogóle warte 10 tysięcy złotych? Niestety mam tu sporo wątpliwości. Są fajne, muzykalne, przyjemne, dają sporo radości. Gdybym miał jednak osobiście wybierać spośród wszystkich modeli, które wymieniłem i nie wymieniłem, miałbym spory dylemat.

Zakładając, że cena nie jest kryterium kluczowym, a wskaźnikiem wobec możliwości słuchawek i ich strojenia, są dla nich alternatywy. Pierwsze w kolejce jako zastępstwo wskazałbym HEDD D1, mimo iż nie są to słuchawki stricte z tej samej strony dźwiękowego frontu. Po modyfikacjach padami i wkładkami mogą jednak być potężną alternatywą za raptem 2800 zł. To ogromny współczynnik opłacalności w tym momencie.

Drugim moim wyborem byłyby Audeze LCD-XC. Za 6000 zł mam bowiem zamknięte słuchawki, które łączą w sobie cechy zarówno Ether Flow 1.1, jak i HEDDów. Do tego jest taniej nawet od oferty, którą otrzymał właściciel.

Jestem za to szczerze zdumiony, jak blisko nich się plasują akustycznie Sennheisery HD 660S2. Jak bardzo podobne jest to granie kierunkowo. A także jak wiele rzeczy robią względem nich na tyle dobrze, aby DCA Ether Flow 1.1 nie kusiły już tak wzroku i portfela. Bo wszystko to da się załatwić za 1800 zł, choć można i taniej, jeśli się dobrze poszuka.

Być może właśnie to spowodowało, że DCA Ether Flow 1.1 finalnie z rynku wyleciały? Trudno powiedzieć. Wiem natomiast, że głód ich dźwięku 660-tki zaspokajają aż z nawiązką. Przy całym szacunku do grania Flow-ów i na całe szczęście moje, jako posiadacza S2.

 

Czy to znaczy że DCA Ether Flow 1.1 są bez sensu?

Absolutnie nie. Cały czas bowiem mamy tu do czynienia z konstrukcją magnetostatyczną, która ma swoje obiektywne walory i atuty. Po prostu pech (tudzież traf) tak chciał, że jako TOP2 co do wielkości portal audio na polskim rynku wg Ahrefs, trochę sprzętu na zapleczu mam. To gotowe punkty odniesienia, możliwe do wyciągnięcia z pudełka, założenia, przetestowania i skonfrontowania łeb w łeb. To równie cenna rzecz, jak możliwość posiadania interaktywnego laboratorium pomiarowego.

Pomiary przewidywały, że będzie to granie bardzo zbliżone kierunkiem i rzeczywiście nie myliły się. Nie znaczy to jednak, że każdy posiadacz Ether Flow 1.1 się pomylił, nabywając je. Należy pamiętać, że ja też szukam w dźwięku „swoich” elementów, atutów, cech i właściwości, które lubię, preferuję i cenię. Jestem jednak na tyle elastyczny i tolerancyjny, żeby uwzględnić czyjąś inność i indywidualne preferencje. Oczywiście w granicach rozsądku i przy poszanowaniu również i moich własnych, szeroko pojętych, granic.

Jeśli więc np. potrzebowałbym dodatkowego zastrzyku muzykalności, ale bez robienia z tego „ciapy”, to względem HD 660S2 myślałbym nad HD 58X albo nawet HD 6XX, chociażby z ciekawości (nie testowałem XX-ów). Ale równie dobrze odpowiedzią na to są właśnie DCA Ether Flow 1.1. Po co kombinować, eksperymentować, skoro mamy już gotową odpowiedź i to znacznie wygodniejszą ergonomicznie. Flow nie muszą się wyrabiać, nie cisną od nowości. Po prostu zakłada się je i lecimy z tematem (muzyką).

I być może właśnie za to się tu płaci. A być może za to, że teraz MrSpeakers-DCA ma środki na rozwój kolejnych modeli. DCA Ether Flow 1.1 są bowiem tzw. produktem wysokomarżowym – na nich świetnie się zarabia. A nikt w tej branży nie uprawia przecież wolontariatu.

Dlatego też takie widoki nie dziwią:

Słuchawki mocno straciły na wartości, ale paradoksalnie to jest właśnie dobry czas na ich zakup.

 

Podsumowanie

MrSpeakers/DCA Ether Flow 1.1 okazały się bardzo ciekawymi słuchawkami i chyba pierwszymi z portfolio tego producenta, które mogę pochwalić. Choć ich cena nigdy nie była specjalnie niska, pod wieloma względami są to słuchawki noszące cechy modelu idealnego do konkretnych zastosowań. Obecnie mając status EOL, opłaca się szukać ich używek w dobrych cenach, właśnie coś koło 2500-3500 zł.

Tym bardziej szkoda, że nie trafiły do mnie na warsztat na pełnowymiarową recenzję w czasach swojej bytności na rynku. Ale nie ręczę że otrzymałyby Rekomendację, ponieważ cały czas rozbijamy się o kwestię ceny. Z jednej strony są bardzo fajne i sprawdzają się jako naprawdę przyjemne w odsłuchu słuchawki w stylu DT 270 PRO. Z drugiej im taniej je nabędziemy, tym uczciwiej względem ich rzeczywistych możliwości i konstrukcji.

Finalnie więc ponownie mogę dać im pingwinka-wędkarza, zachęcającego do wyruszenia na połowy w poszukiwaniu szczęścia. Zwłaszcza jeśli z jakiegoś powodu nie chce się spojrzeć w stronę HD 660S2 – ich obecnie najpoważniejszego i znacznie tańszego rywala. Paradoks polega na tym jednak, że doświadczenia w porównaniach zdobywa się progresywnie i bez alternatyw w postaci rzeczonych DT 270 PRO i HD 660S2, Ether Flow miałyby sporo unikalnych atutów brzmieniowych.

Płynie z tego ciekawe doświadczenie oraz nauka, że izolowanie sprzętu od neutralnych mediów na dłuższą metę nie ma sensu i zamiast być pałką na niepokornych, tudzież ochroną płynności sprzedaży, staje się finalnie mieczem obosiecznym. A kabelek Audionum? Niech wiernie służy odtąd tym słuchawkom i ich przemiłemu właścicielowi.


Słuchawki w stanie całkowicie nowym kosztowały z tego co widziałem 9900 zł. Obecnie są dostępne sporadycznie tylko na rynku wtórnym.


Dane techniczne

Jeszcze bardziej skąpe, ale to wszystko co znalazłem:

  • Czułość: 96dB/mW
  • Impedancja: 23Ω
  • Waga: 385 g

 

Dane pomiarowe

Dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć w formie interaktywnej w Laboratorium słuchawek pełnowymiarowych, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej.

Pomiar FR, balans kanałów, CSD:

Czystość na wykresach THD+N:

Porównania pomiarowe do Noire X i pierwszej wersji Flow:

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • Interfejsy studyjne: Motu M4
  • DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro, Luxsin X8
  • Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-M50x, Sennheiser HD 660S2, Audeze LCD-XC, HEDD D1 (gościnnie), Sony MDR-M1 (gościnnie)
  • Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1, Beyerdynamic DT 30 IE
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.

Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel portalu Audiofanatyk™ i autor wszystkich ukazujących się na jego łamach publikacji. Pasjonat tematyki audio: słuchawek, głośników, akustyki i samego dźwięku. Z zamiłowania grafik komputerowy oraz fan zdrowego jedzenia i wypraw rowerowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *