Sony MDR-M1 to zdawałoby się duchowy i technologiczny sukcesor recenzowanych przeze mnie dosłownie przed chwilą MDR-7506. Poprzednik miał specyficznie, ale celowo, zniekształconą na przełomie średnicy i góry charakterystykę tonalną. Grał przez to „na twarz”, świetnie nadawał się do wyłapywania błędów w miksie, ale czynił to przyjemnie dla słuchu realizatora. No i z szacunkiem do wokalu, jak przystało na lata 90-te. Przez dekady panował można powiedzieć niepodzielnie w studiach nagraniowych na całym świecie, współdzieląc status kultowości z takimi tuzami jak np. Beyerdynamic DT770.
M1 mają tu zadanie dosyć ambitne – przenieść japoński standard monitorowania w nową erę. Erę, w której od narzędzia pracy wymaga się już nie tylko ekspozycji wokalu i kontroli nad składem utworu, ale też głębokiego wglądu w sub-bas i przestrzennej holografii. Wszystko to przy zachowaniu akceptowalnego komfortu podczas wielogodzinnych sesji, a więc rzeczy, która nie była mocną stroną MDR-7506, jeśli nie chcieliśmy się bawić w modyfikacje.
Dzięki niezrównanej uprzejmości i cierpliwości p. Dariusza mamy okazję sprawdzić sobie, czy (tudzież gdzie) inżynierowie Sony poszli na ustępstwa, a gdzie faktycznie zdetronizowali własną legendę.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez p. Dariusza, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.

Jakość wykonania Sony MDR-M1
Sony, z tego co wiem, od lat wyznaje w swoich liniach profesjonalnych zasadę ekstremalnego utylitaryzmu. Oczywiście MDR-M1 nie są tu żadnym wyjątkiem. Bardzo jednoznacznie odczujemy w rękach, że są to słuchawki zbudowane z myślą o pracy, a nie o wygrywaniu konkursów piękności czy audiofilskich zlotach.

Królują tu matowe tworzywa sztuczne o wysokiej gęstości, które mają jak sądzę przetrwać rzucanie na konsoletę i przypadkowe upadki w reżyserce. Awarie naturalnie wciąż są możliwe, ale rzeczywiście konstrukcja ma szansę na przeżycie większą, niż gdyby miały to być np. LCD-XC, też przecież predysponowane do zastosowań profesjonalnych. Tylko, że u Sony nie uświadczymy szlachetnego drewna, ani magnezowych ram muszli, ani karbonowych elementów jak w XC – jest czysto, technicznie i do bólu praktycznie. Ale przez to ekstremalnie lekko. Te słuchawki naprawdę ważą tyle, co nic.

Paradoksalnie to właśnie niespecjalnie budzi zaufanie – konstrukcja aż poraża swoją lekkością. Najpierw myślałem, że to skąpstwo producenta i typowy skok na kasę „bo to Sony”. Ale zacząłem analizować, myśleć, zakładać, używać… nie, to nie jest oszczędność. Brak niepotrzebnych, trzeszczących ozdobników zwiastuje długą żywotność w surowych warunkach roboczych.

Niemniej dla typowego użytkownika domowego ta lekkość, niektóre krawędzie ostrzejsze, odlewy przy muszlach przy dyszach górnych czy nawet delikatne klekotanie… Obawiam się, że nie będzie to wyglądać adekwatnie jak na 1000 zł. Bo i za te plastikowe „głośniczki na pałąku” zapłacić nam przyjdzie naprawdę prawie „kafla”. Za słuchawki, w których metalowymi elementami – prócz śrubek – są puszki i mechanizm wysuwania. No cóż, może pod pewnymi względami rzeczywiście jest to „bo to Sony”.
Wygoda i ergonomia
Wiemy już, że Sony MDR-M1 intencjonalnie starają się wpisać w koncepcję ultra-lekkich słuchawek monitorowych. Niby jest to podporządkowane wygodzie, ale producent tym razem zrezygnował z jakiejkolwiek wewnętrznej wyściółki. Pierwotnie odebrałem to jako niekonsekwencję i strzelanie sobie w kolano. Ale sprawdzane podczas wielogodzinnych sesji odsłuchowych o dziwo dawały radę. Jedyne, czego musiałem pilnować, to odpowiedniego kąta nachylenia względem uszu, aby nacisk na moje małżowiny był jak najmniejszy.

Nacisk pałąka jest w tym mocnym sprzymierzeńcem. Dobrano go na tyle rozważnie, aby przy ogólnej delikatności zapewnić stabilność na głowie i odpowiednie przyleganie padów. Nie ma tu mowy o zamienianiu się słuchawek w imadło celem zmiażdżenia czaszki użytkownika. Coś, na co narzekano w początkowych fazach użytkowania np. HD 660S2.

Nauszniki tym razem nie są ceratkowe, a z ze skóry syntetycznej. Są wystarczająco pojemne na typowe ucho, choć w cieplejsze dni zamknięta konstrukcja może dać o sobie znać. Niemniej jest to sprawdzone, klasyczne podejście do ergonomii, które po prostu działa. Ale przede wszystkim izoluje, pozwalając skupić się na analizie materiału dźwiękowego. Dlatego nie można „mieć ciastka i zjeść ciastka”, czyli posiadać zarówno super izolację, jak i wentylację. Albo się odcinamy, albo przewietrzamy. Jeśli to pierwsze, Sony MDR-M1 będą super. Jeśli to drugie, szukać należy innych rozwiązań w tej cenie (np. ATH-R70x).
Izolacja od otoczenia
A skoro już o tym mowa, powiedzmy sobie nieco o tej całej izolacji.

Jako zamknięte narzędzie dedykowane do pracy z osobnym mikrofonem, Sony MDR-M1 przyznam, że mają szansę zdać egzamin bardzo dobrze. Pady świetnie uszczelniają komorę akustyczną – co zresztą zaraz sobie omówimy przy okazji analizy dźwięku. Nie jest to jednak izolacja – mimo wszystko – na poziomie słuchawek dokanałowych lub stricte izolujących.

M1 zapewniają całkiem wysoką izolację pasywną głównie w rejonie wyższych częstotliwości, odcinając nas przede wszystkim od szumu otoczenia. Co jednak ważniejsze w warunkach studyjnych, zapobiegają wyciekaniu click-tracka czy podkładu z powrotem do czułych mikrofonów pojemnościowych. Trzeba jedynie pamiętać, że szczelność ta jest kluczowa dla reprodukcji dołu – każda niedoskonałość w szczelności drastycznie zmieni ich dolną charakterystykę.

Tak więc izolacja od otoczenia, choć korzystna dla nas, jako użytkowników, bardziej powinna w tych słuchawkach być interpretowana w drugą stronę. To nie nas ma ona chronić (choć robi to i tak) przed hałasem, a chronić przed nim mikrofon podczas nagrywania. Jak więc widać temat izolacji od otoczenia może być tak samo źle interpretowaną kwestią, jak koncepcja otwartości i zamkniętości względem wentylacji ucha. Możemy to wykorzystać praktycznie (i często wykorzystujemy), ale bardziej jako naturalny efekt uboczny takiej konstrukcji.
Jakość dźwięku Sony MDR-M1
Słuchawki te można zinterpretować najprościej jako mariaż poprzedniego modelu (MDR-7506) z niektórymi rozwiązaniami konkurencji (LCD-S20). To właśnie względem tych dwóch par będziemy się tu poruszali, a więc ponad dwukrotnie tańszego (430 zł) braciszka i ponad dwukrotnie droższego (2222 zł) konkurenta.
Bas – „wincyj mjensa”
Analiza techniczna: Wykres pasma przenoszenia ukazuje wyraźną przewagę testowanego modelu w najniższych rejestrach. Bardzo dobre, równe ciągnięcie sub-basu jest jest mocną stroną MDR-M1. Sytuacja drastycznie zmienia się jednak wyżej. W okolicach 275 Hz widoczny jest niemal punktowy spadek natężenia o głębokości około 5 dB. Co gorsza, wykres THD obnaża problemy przetwornika w paśmie basowym – zniekształcenia harmoniczne podskakują tu do poziomu maksymalnie ok. 3,4% w rejonie 132 Hz.
Jest więc bardzo „lampowo”, choć i tak wciąż nie tragicznie. Lepiej mieć brud na basie niż jak Hifiman na sopranie, gdzie czułość naszego słuchu jest znacznie wyższa. Sędziwe Sony MDR-7506 zachowują się na tym polu bez porównania stabilniej i czyściej, utrzymując THD grubo poniżej 0,5%.
Subiektywny odsłuch: Z jednej strony otrzymujemy imponujący, równy fundament sub-basowy, którego MDR-7506 mogą MDR-M1 tylko pozazdrościć. Zejście jest świetne i buduje kapitalną podstawę. Z drugiej jednak strony, wspomniana „wyrwa” w 275 Hz powoduje wyczuwalne odchudzenie na przełomie wyższego basu i niższej średnicy. Przekaz traci tam na masie i wypełnieniu, przez co brakuje mu tego specyficznego „mięsa”, które w 7506 bywa z kolei nieco nadmierne i pudełkowate. Wymusza to na słuchaczu pewien kompromis: dostajemy fantastyczne zejście, ale instrumentom operującym w rejonie 200-300 Hz może brakować naturalnego dociążenia.
Tony średnie – już nie tak plastycznie jak u poprzednika
Analiza techniczna: Średnica w testowanym modelu układa się zauważalnie niżej niż w Sony. Poza wspomnianym dołkiem przy 275 Hz, charakterystyka w rejonie 300–800 Hz jest dość wyrównana, ale powyżej 1 kHz następuje wyraźny regres względem MDR-7506. Podczas gdy poprzednik mocno forsuje pasmo 2–4 kHz wbijając się wysoko ponad linię targetu Diffuse Field (co daje im ten charakterystyczny profil monitorowy), testowane słuchawki trzymają się znacznie bliżej krzywej DF. Zapewnia to bardziej stonowany i fizjologicznie łagodniejszy przełom średnicy z górą. Jeśli chodzi o THD w tym zakresie, po zawirowaniach na basie, testowany model na szczęście uspokaja się i wraca do normy, trzymając zniekształcenia w ryzach.
Subiektywny odsłuch: Wokale są podawane z większym dystansem i kulturą. O ile w Sony MDR-7506 mamy nieodparte wrażenie, że wokalista stoi tuż przed nami i mamy z nim bezpośredni kontakt, o tyle tutaj zyskujemy nieco więcej przestrzeni, bez aż takiej plastyczności.
Średnica nie jest w żaden sposób na wskroś analityczna jak np. u Beyerdynamica, co zdecydowanie sprzyja dłuższym sesjom odsłuchowym. To granie o wiele bardziej przystępne i wybaczające dla słabszych realizacji, choć osoby przyzwyczajone do bezwzględnego, ekstremalnego przybliżenia detali z MDR-7506 mogą początkowo odebrać ten zakres jako lekko wycofany.
Sopran – bardziej wyważony pod krzywą DF
Analiza techniczna: Góra pasma to obszar, w którym nowa para skutecznie omija piaszczyste i agresywne zapędy niektórych innych słuchawek studyjnych. Wykres wyraźnie pokazuje, że testowany model unika wypchnięcia w okolicach 4-5 kHz, które w MDR-7506 odpowiadało za ich obecność. Zamiast tego, MDR-M1 akcentują nieco bardziej wyższe zakresy – mamy tu wyraźne, choć dość wąskie, wybicia w rejonie 8,5-9 kHz oraz w najwyższej oktawie w okolicach 14-15 kHz. THD w tym rejonie u obu par zachowuje się poprawnie, bez większych anomalii.
Subiektywny odsłuch: Sopran prezentuje się jako czytelny, detaliczny, ale znacznie bezpieczniejszy niż u japońskiego konkurenta. Unika tej natarczywej piaszczystości i ostrości niższej góry, stawiając raczej na akcenty w wyższych rejonach. Owo podbicie przy 8,5-9 kHz może w specyficznych, gorzej zrealizowanych utworach wywołać lekką skłonność do sybilizacji (podkreślanie głosek syczących), jednak całościowo góra ma bardziej krystaliczny i zwiewny charakter. Szybki roll-off na samym skraju pasma sprawia, że brakuje tu odrobiny „ostatecznego powietrza”, ale z perspektywy narastającego zmęczenia słuchu jest to strojenie znacznie bardziej litościwe niż w 7506.
Wrażenia sceniczne
Dzięki cofnięciu agresywnego przełomu średnicy i lepszemu zbalansowaniu wyższej góry, scena wydaje się nawet obszerniejsza niż w Sony MDR-7506 i bardziej na poziomie LCD-S20. Poprzednik grał bliskim pierwszym planem, kreując dość bezpośrednią przestrzeń przed słuchaczem. M1 zauważalnie otwierają swoją przestrzeń, oferując lepszą holografię i swobodniejsze lokowanie źródeł pozornych. Instrumenty mają więcej miejsca, słuchawki potrafią wyjść poza obrys głowy i zagrać szerzej.
Jak na konstrukcję zamkniętą, efekty przestrzenne stoją na naprawdę wysokim poziomie i robią na mnie ogromne wrażenie. I choć jest to wszystko w ramach psychoakustyki, to zadaje to kłam osobom twierdzącym, że słuchawki otwarte = scena, a zamknięte = klaustrofobia. Tak samo świetnie odbieram scenę zarówno w AD900X, jak i tutaj, mimo że de facto AD900X są bardziej przestrzenne.
Naprawdę, siedzę w tych M1 z rozdziawioną japą, która może służyć za karmnik dla ptaków, jeśli tam ziarna nieco nasypać. Wrażenia są niesamowite i szokują nie tylko same właściwości sceniczne tych słuchawek, ale ich niepozorność. Fakt, że z tak „plastikowych” słuchawek wyciągamy scenę jeszcze bardziej sugestywną, niż z przecież wcale nie ubogich w takie wrażenia A990Z. A bardziej na poziomie LCD-S20.
Sęk w tym, że aby wyciągnąć takie szczyty scenicznych właściwości, z A990Z trzeba trochę pokombinować. Z AD900X trzeba bardzo pokombinować. Ale z MDR-M1 albo LCD-S20? Nic nie trzeba kombinować. My tu mamy wszystko już na gotowo, wprost z pudełka, bez cudowania i szukania godzinami padów u chińczyka, które a nuż okaże się, że dadzą nam to, czego chcemy.
Zgodność z krzywą Diffuse Field i adaptacja słuchu
Parę słów muszę powiedzieć jeszcze o tym, jak wygląda relacja testowanego modelu do krzywej Diffuse Field. Na wykresach jest to szara, przerywana linia. W sumie doskonale tłumaczy ona, dlaczego te słuchawki potrzebują „chwili na głowie”, by w pełni przekonać do siebie słuchacza. W kluczowym dla naszego słuchu zakresie 1-4 kHz wykres M1 podąża co prawda za naturalnym kształtem wzmocnienia małżowiny, ale robi to ze sporym marginesem bezpieczeństwa. Trzyma się wyraźnie poniżej docelowej krzywej DF, omijając szerokim łukiem agresywne, przestrzeliwujące ją zapędy.
Takie zestrojenie uwzględnia ludzką izofonę w sposób wysoce asekuracyjny – nie krzyczy i nie atakuje bębenków. Wymaga to jednak od naszego mózgu krótkiej adaptacji, akomodacji psychoakustycznej. Słychać to zwłaszcza przy bezpośredniej przesiadce z grających bardziej bezpośrednio i mocno angażujących MDR-7506. Z tego samego powodu testowany model wydaje się mniej plastyczny na średnicy, jak już wielokrotnie pisałem. Odsłuchy w pełni pokrywają się z pomiarami, a pomiary z odsłuchami. Czyli – wbrew tendencjom panującym w branży audio – nie ma tu mowy o fantazji, omamach i wymysłach.
Sony MDR-M1 rezygnują z lepkiej, angażującej plastyczności wokali na rzecz większej ilości powietrza, szerokiej sceny i bezpiecznego, fizjologicznego odbioru, który docenia się dopiero po kilku minutach oswajania słuchu z ich sygnaturą.
Całościowa ocena techniczna w porównaniu do MDR-7506
Patrząc krytycznie na pomiary, testowany model ponosi w starciu z poprzednikiem niestety porażkę na polu zniekształceń nieliniowych w obszarze basowym. Wybicie THD do poziomu 3,4% w okolicach 132 Hz to wynik, obok którego nie można do końca przejść obojętnie, a przynajmniej z perspektywy technicznej. Choć ludzki słuch wykazuje mniejszą wrażliwość na zniekształcenia w niskich częstotliwościach, to wartości tego rzędu rzutują już na transparentność i fakturę wyższego basu.

Sony MDR-7506 pod kątem czystości technicznej dołu są tu absolutnym wzorem, trzymając stabilny przebieg poniżej 0,5%. Z kolei niezaprzeczalną przewagą testowanego modelu pozostaje znacznie gładsze, wierniejsze targetowi DF zestrojenie wyższej średnicy, skutecznie unikające agresywności i natarczywości. Dołek w 275 Hz pozostaje jednak techniczną skazą na papierze, zaburzającą idealną liniowość przejścia basu w środek pasma.

Na usprawiedliwienie MDR-M1 mogę dodać jedynie, że słuchawki mają to czym nadrobić. Czynią to ilością tegoż basu i takim autentycznym funem ze słuchania. Autorytarność fundamentu basowego nadgania więc tutaj trochę ułomności techniczne. Poza tym prawda jest taka, że w części słuchawek również teoretycznie dedykowanych do studia, widziałem bas na poziomie ok. 5% THD. Tej granicy MDR-M1 na szczęście nie osiągają.
Najlepsze zastosowania
No dobrze, to w czym te nasze Sony MDR-M1 będą najlepsze?
- Produkcja muzyczna: Rozumie się to samo przez się. Idealne narzędzie do monitorowania najniższego basu (sub-basu) i oceny przestrzeni w miksie, gdzie pudełkowate i płytko schodzące na dole słuchawki po prostu nie wyrabiają. Należy mieć jednak świadomość wycofania w rejonie 200-300 Hz, które będzie modulowało ich barwę.
- Odsłuchy gatunkowe: Nowoczesna elektronika, ambient, mroczna muzyka filmowa. Tam, gdzie liczy się potężny, głęboki fundament i szeroko rozpostarta scena, te słuchawki błyszczą, pozostawiając wiele innych modeli daleko w tyle, nie tylko zamkniętych.
- Montaż audio i długie sesje odsłuchowe: Ze względu na uspokojoną wyższą średnicę, sprawdzą się tam, gdzie priorytetem jest brak zmęczenia słuchu przez wielogodzinną pracę. Bezwzględnie należy jednak unikać mocnej, forsownej korekcji EQ na basie z uwagi na duże zniekształcenia w tym zakresie. Osobom z odstającymi uszami może pomóc wymiana padów na głębsze (duży narzut na akustykę) albo drobne wkładki z gąbki (ten krok bym rekomendował).
Ciekawostka na koniec: starcie z Audeze LCD-S20
Jako dygresję warto jeszcze zestawić sobie recenzowane Sony z innym zamkniętym modelem studyjnym – planarnymi Audeze LCD-S20 (testowanymi dosłownie przed chwilą). Zderzenie technologii dynamicznej z magnetostatyczną przynosi tu kilka interesujących wniosków. Bo choć ogólny zarys i kształt krzywych częstotliwościowych obu par na pierwszy rzut oka wydają się zaskakująco zbieżne, diabeł tkwi w szczegółach.
Audeze legitymują się zauważalnie równiejszym, stabilniejszym przebiegiem na dole pasma i – co kluczowe – całkowicie eliminują problematyczny dołek w 275 Hz, który w modelu Sony odchudza przełom basu i średnicy. W paśmie 2–3 kHz S20 dostarczają nieco więcej energii, co przekłada się na mocniejsze doświetlenie i przybliżenie wokali. Sytuacja odwraca się jednak w najwyższych rejestrach: planarne Audeze notują wyraźny odpust energii w rejonach 7–8 kHz oraz w okolicach 15 kHz. Czyni to ich górę ciemniejszą, gładszą i bezpieczniejszą w porównaniu do wyostrzonych w tych rejonach MDR-M1. Dopełnieniem tego porównania jest dolny wykres THD – planarny przetwornik Audeze prowadzi w basie idealnie płaską, nizinną linię zniekształceń (poniżej 0,2%), bezlitośnie obnażając ponad 3-procentowe problemy z kontrolą najniższych częstotliwości w dynamicznym przetworniku od Sony.
Podsumowanie
Sony MDR-M1 to bezpośrednie uderzenie Sony we własną, wieloletnią spuściznę i próba zdefiniowania na nowo tego, jak powinny brzmieć i mierzyć się współczesne słuchawki studyjne. Wykresy, które tu analizowaliśmy, idealnie obrazują trend odchodzenia od sprawdzonych wzorców z lat 90-tych na rzecz szerszego, schodzącego niżej, choć niepozbawionego pewnych technicznych kompromisów narzędzia.
Surowy pragmatyzm tych słuchawek kontrastuje jednak trochę z ich ceną. O ile MDR-7506 kosztowały te 430 zł, tu przychodzi nam zapłacić niecały 1000 zł. Słuchawki wydają się „tandetnie” lekkie, klekoczące nieco, ale wykonane są poprawnie i przede wszystkim poprawiają wadę swoich poprzedników – wygodę. Można w nich siedzieć znacznie dłużej niż w MDR-7506, a do tego dostajemy mniej „plastyczną” prezentację i zauważalnie mocniejszy bas. Bliżej im pod tym względem do dwukrotnie droższych LCD-S20.
Choć więc na początku miałem wątpliwości za co Sony kasuje tu od nas tyle kasy, im dalej w las, tym coraz bardziej rozumiałem dlaczego. Nie tylko dlatego, że może, ale robi to przez pryzmat atutów tego modelu. To słuchawki, które nie „kupują” swojego użytkownika do startu ich ilością, a bardziej „przekonują”, że nie stracił na zakupie na tle innych modeli. A to już potwierdzają późniejsze bezpośrednie porównania.
Tak więc finalnie – pingwinek w kole, który ratuje ich rekomendację. Niektóre rzeczy robią gorzej od MDR-7506, ale niektóre robią od nich lepiej. I nie wiem, czy w tej cenie całościowo nie skłaniałbym się – mimo wszystko – właśnie w stronę MDR-M1. Na szczęście coraz częściej można je dostać poniżej 900 zł. I tu już zaczyna robić się ciekawie.

Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie wynoszącej ok. 875-1000 zł (sprawdź aktualną cenę i dostępność w sklepach) oraz na polskim Amazonie.
Dane techniczne
Zaczerpnięte z jednej ze stron sklepowych:
- Typ słuchawek: Zamknięte, dynamiczne.
- Przetwornik: 40 mm, z magnesem neodymowym.
- Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 80 kHz (JEITA).
- Czułość: 102 dB/mW.
- Impedancja: 50 Ω przy 1 kHz.
- Długość kabla: Ok. 1,2 m oraz 2,5 m (odłączane).
- Złącza: Złocone, 3,5 mm oraz 6,3 mm (Stereo Unimatch).
- Styl noszenia: Nauszne.
- Waga: 216 g (bez kabla).
Dane pomiarowe
Wszystkie dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć w Laboratorium, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej.

Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-AD900X (zmodyfikowane), Audio-Technica ATH-R30x, Audio-Technica ATH-M50x, Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Sennheiser HD 660S2
- Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.



