MrSpeakers Ether Flow 1.0 – recenzja wielkiego nieobecnego

MrSpeakers Ether Flow to już w zasadzie historia. Słuchawki należą do grona tych, które omijały szerokim łukiem moją niepokorną głowę. W zasadzie to do dziś omijają i cokolwiek spod znaku MrS/DCA gości na łamach AF niezwykle rzadko. Tak rzadko, że pojawiają się w momencie, gdy są już produktem ze statusem EOL. Ale cóż, staram się dbać o kręgosłup i bardzo nie lubię się schylać.

Często spotykam się jednak z pytaniami: panie Jakubie, no to po co to testować, skoro już nie można ich kupić? Nie szkoda na to czasu? Z perspektywy typowych recenzji branżowych rzeczywiście jest to pytanie wysoce zasadne. Ponieważ nie pisze się tam recenzji złych, promowanie (tj. jedyna słuszna funkcja takich recenzji) jest pozbawione sensu. Ale co w sytuacji, gdy słuchawki trafiają na hobbystę-entuzjastę, który nie ma mentalności słupa reklamowego? I dla którego spotkanie z takim sprzętem samo w sobie jest ciekawą przygodą? O właśnie. I tu zaczyna się nasza podróż.


Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez jednego z dawnych czytelników. Mimo jego błyskawicznej prośby o zwrot sprzętu w 24h, bardzo pięknie dziękuję mu za jakąkolwiek możliwość przeprowadzenia testów. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary

 

Jakość wykonania i materiały

Konstrukcja MrSpeakers (obecnie DCA) Ether Flow to podręcznikowy przykład tego, jak powinien wyglądać przemyślany inżynieryjnie produkt słuchawkowy. Zamiast epatować odpustowym błyskiem, zbędnymi ozdobnikami czy przesadną masą, producent postawił na minimalizm i proste materiały.

Kluczowym elementem „rusztowania” jest bardzo lekki (może aż nazbyt), podwójny pałąk wykonany ze stopu nitinolu (NiTi). To metal z pamięcią kształtu, który jest praktycznie nie do odkształcenia, a jednocześnie zapewnia optymalną elastyczność. Czytajcie: dwa druty na których znajduje się skórzany pas z prostą, może nawet miejscami zbyt prostą, regulacją na plastikowych suwakach.

Muszle, pokryte charakterystycznym, głębokim lakierem zmieniającym odcień w zależności od światła, spasowano o dziwo z dużą precyzją. Nic tu nie skrzypi, nie trzeszczy i nie wykazuje luzów. Stąd tak wysoka cena, która towarzyszyła tym słuchawkom od samego początku.

Całość spina charakterystyczny dla tej marki standard gniazd – wtyki typu Hirose. Choć rynek audio kocha unifikację i wielu wolałoby tu klasyczne mini-XLR czy jacki 3,5 mm, to z perspektywy czasu polubiłem to rozwiązanie. Złącza te trzymają jak zamurowane, a ich wypinanie i wpinanie wiąże się z pewnym, technicznym kliknięciem, które daje poczucie obcowania ze sprzętem wyższej klasy.

 

Wygoda i ergonomia

Wygoda MrSpeakers Ether Flow jest naprawdę dobra. Dla kogoś, kto często operuje na tak ciężkich i potężnych słuchawkach jak moje mocno doinwestowane Audeze LCD-XC, założenie Etherów na głowę jest naprawdę miłym doznaniem.

Słuchawki prawidłowo rozkładają swój wspomniany relatywnie niewielki (jak na konstrukcję planarną) ciężar na głowie. Dzięki czemu nie występuje tu nacisk punktowy. Aż przypominają mi się perypetie z Q701, gdzie słynne „bumpsy” powodowały dosłownie fizyczny ból.

Siła docisku bocznego została dobrana również w punkt. Słuchawki leżą na głowie pewnie, nie wykazują tendencji do zsuwania się przy gwałtowniejszych ruchach, ale jednocześnie nie generują efektu imadła. Ogromna w tym zasługa głębokich, asymetrycznych i profilowanych padów ze skóry jagnięcej. Idealnie okalają one małżowinę, zapewniając uszczelnienie akustyczne. Bez niego żaden planar nie zagra poprawnego basu (a w zasadzie to żadne słuchawki tego nie uczynią, poza K1000).

Niestety nie mogę powiedzieć nic o fabrycznym okablowaniu, gdyż przysłany został mi egzemplarz z kablem niestandardowym. Kabel jest nieznanego producenta. Przypomina trochę FAW, ale jest bez brandingu, więc to raczej nie to.

Nie wiem przyznam czemu posiadacze Etherów wymieniają w nich okablowanie, ale się domyślam – jak mawiał klasyk. W sumie jeśli połączymy Ether Flow z takim kablem, który nie ciągnie muszli w dół, komfort będzie na naprawdę niezmąconym poziomie podczas wielogodzinnych, krytycznych sesji odsłuchowych. Pod względem ergonomii więc pozostawiają po sobie pozytywne wrażenie.

 

Jakość dźwięku MrSpeakers Ether Flow

Moje pierwsze wrażenie było takie, że MrSpeakers Ether Flow grają jak „stłumione Hifimany”. Jest w tym trochę wydźwięku pozytywnego (wygładzenie sopranu), jak i negatywnego (nierówność własna). W sumie tak to też przedstawiłem właścicielowi słuchawek, który poprosił mnie o przekazanie mu pierwszych wrażeń. Uczyniłem to jeszcze tego samego dnia, ale spowodowało to jedynie natychmiastową polemikę odnośnie moich odczuć. Jednym tchem padło też następujące zdanie, cyt.:

„Skoro słuchawki przetestowane to czekam na kuriera. Proszę o wysyłkę.”

Być może stwierdzenie, że słuchawki grają jak „stłumione Hifimany”, zostało odebrane pejoratywnie. Ale zaręczam, że nie było to moją intencją. Zwłaszcza, że nie miałem wówczas o Hifimanach tak krytycznego zdania, jak obecnie. Efektem tej sytuacji były dwie rzeczy:

  • Konieczność odesłania sprzętu w dosłownie 24 godziny.
  • Nauczka, żeby swoimi pierwszymi wrażeniami dzielić się w recenzji, a nie bezpośrednio w korespondencji.

Ponieważ staram się zawsze iść na rękę i spełniać prośby właścicieli sprzętu, uczyniłem wszystko zgodnie jego życzeniem. Nie było przez to nawet szansy na zrobienie specjalnie rozbudowanych notatek. Zdążyłem jedynie zrobić jakieś zdjęcia, szybkie pomiary, coś tam posłuchać. Cóż, serce audiofila nie czeka i nie wybacza.

Ale jak widać, nawet w takiej sytuacji byłem w stanie sobie poradzić. A czego dowodem jest poniższa analiza i w ogóle fakt pisania tej recenzji. Leżała przez długi czas w szufladzie, aż w końcu nadarzyła się okazja na jej opracowanie tu i teraz. Zatem…

 

Bas

Analiza techniczna – Choć do subbasu można mieć pewne zastrzeżenia, wykres pomiarowy ujawnia ładnie wyrównany przebieg pasma basu właściwego. W sumie podręcznikowy dla technologii planarnej. Od okolic 50 Hz aż do 200 Hz linia basu trzyma się stałego poziomu około 97-98 dB. Przechodzi bardzo płynnie i bez zbędnych podbić w zakres niskiej średnicy.

Dopiero w tym najniższym podzakresie (sub-bass, poniżej 45 Hz) widoczne jest minimalne telepanie pasmem i kilkudecybelowe zejście w dół. Stabilizuje się to na poziomie około 93-94 dB przy 20 Hz. Jest to jednak bardziej uwaga stricte techniczna – stąd nazwa tego kawałka akapitu. A także celowe jego oddzielanie przeze mnie już od pewnego czasu od subiektywnego odsłuchu.

Warto tu zauważyć brak jakichkolwiek lokalnych rezonansów czy mocnych podbić na przełomie sub-basu i mid-basu. Zdradza to dobrą sprawność mechaniczną przetwornika i prognozuje znikome zniekształcenia nieliniowe w tym rejonie.

Subiektywny odsłuch – W praktyce odsłuchowej, tudzież „obrzędach empirycznych”, jak chyba nazywa się to u typowych branżowych recenzentów audio, dół Ether Flow odzywa się w sposób należycie kulturalny jak na słuchawki za takie pieniądze. Odniesienie tego przebiegu do ludzkiej izofony sprawia jednak, że bas – choć technicznie kompletny i dobrze kontrolowany – może w pierwszej chwili wydawać się nieco zbyt powściągliwy pod względem uderzenia i czystej masy. I w sumie tak też MrSpeakers Ether Flow odebrałem.

Ale to poprawne skądinąd zachowanie. Słuchawki nie pompują niskich tonów tam, gdzie ich nie ma. W zamian oferują fantastyczną szybkość, natychmiastowe wygaszanie impulsów oraz możliwość śledzenia drobnych niuansów partii gitary basowej czy instrumentów perkusyjnych. Osoby liczące na efektowny, kinowy pomruk, niestety obejdą się smakiem. Myślę, że nadal będą patrzeć w stronę np. starych LCD-3, które przy całej swojej ciemnocie, miały bas jak do piekła. Ech, sentymenty.

 

Tony średnie

Analiza techniczna – Średnica wykazuje powierzchownie tylko pogryzione, ale co do swojego clou stabilne prowadzenie od 400 Hz do 1 kHz (na poziomie ok. 94-95 dB), po czym od okolic 2 kHz rozpoczyna wyraźne, sukcesywne wzniesienie. Kluczowy dla percepcji wokali i instrumentów dętych zakres upper mid-range osiąga swoje lokalne wybicia maksymalne w punkcie 2,8 kHz oraz 3,3 kHz, wspinając się do poziomu ok. 103-104 dB. Taka kompensacja na wykresie z symulatora ucha odpowiada za bardzo mocne doświetlenie wyższej średnicy i przesunięcie punktu ciężkości pasma ku górze.

Subiektywny odsłuch – Pytanie zatem jak ma się to w praktyce do odbioru subiektywnego? Otóż przekłada się to na bardzo bezpośredni, jasny i niesłychanie czytelny charakter wokali. Średnica nie jest wycofana, a wręcz przeciwnie – głosy wykonawców (szczególnie damskie) oraz instrumenty operujące w wyższym rejonie średniotonowym są podawane blisko, z wyraźnym konturem.

Sęk w tym, że ze względu na wzniesienie w wyższej średnicy, brzmienie traci nieco intymnego ciepła i tkanki w średnicy dolnej. To właśnie tutaj zaczyna się subtelny, acz znamienny moment, w którym zacząłem doszukiwać się analogii do Hifimanów. Generalizując oczywiście. Chodzi o to, że z jednej strony słuchawki miejscami próbują być muzykalne, przyjemne, gładkie, ale wystarczy drobne przesunięcie energii i mamy granie na analityczność oraz wgląd w fakturę nagrania.

Głosy są napowietrzone i bardzo świeże, choć przy gorzej zrealizowanych realizacjach mogą balansować na granicy lekkiej natarczywości, aby za moment przesunąć się w innym utworze nieco bardziej w cień. Nie są to jednak mocne wrażenia, a bardziej subtelności, które od czasu do czasu rozpraszają przekaz muzyczny.

 

Sopran

Analiza techniczna – Przejście ze średnicy w sopran następuje poprzez niewielkie uspokojenie w rejonie 3,5-5 kHz (zejście do 100 dB). Potem wykres gwałtownie strzela w górę, osiągając potężny, dominujący wystrzał energii w punkcie dokładnie 6,12 kHz (blisko 108 dB). To jest też od razu najwyższy punkt na całej charakterystyce częstotliwościowej. Za tym rezonansem następuje strome odfiltrowanie energii i głęboki antyrezonans w okolicy 9,5 kHz (spadek do 82 dB). Wyższy sopran melduje się ponownym, szerokim wzmocnieniem z wierzchołkiem przy 11,8 kHz (97 dB), po czym pasmo łagodnie wygasza się w stronę 20 kHz.

Subiektywny odsłuch – Góra Ether Flow definiuje moim zdaniem cały charakter tych słuchawek. Odkleja się trochę od reszty, jako jasna, detaliczna i trochę też przenikliwa. Wspomniany wyrzut energii w punkcie 6,2 kHz zauważalnie podkreśla transjenty, nadając blachom perkusyjnym, szarpnięciom strun gitary oraz sybilantom wokalnym dużą dozę energii. Staram się unikać określenia, że i ostrości, bo słuchawki nie są jednoznacznie ostre, ale czasami na tym spokojniejszym tle przebiegu FR, syczenie zgłosek oraz błędy kompresji audio dają o sobie znać przy większych głośnościach.

Paradoksalnie to przez to, że potężny uskok przy 9,5 kHz pełni tu funkcję ratunkową – chroni słuch przed całkowitym zmęczeniem szklistością. Odcina co bardziej kłujące składowe harmoniczne, podczas gdy następujące po nim podbicie przy 11,8 kHz przywraca nagraniom pożądane powietrze, blask i mikrodetale.

 

Wrażenia sceniczne

Konstrukcja sceny jest bezpośrednią pochodną zaprezentowanego strojenia. Poprzez bliską i jasną wyższą średnicę, pierwszy plan jest renderowany stosunkowo blisko słuchacza, z silnym skupieniem w punkcie centralnym. Jednak za sprawą świetnego rozciągnięcia skrajów pasma oraz dużej ilości powietrza w sekcji wyższego sopranu, scena popisuje się szerokością na osi lewo-prawo.

Gradacja planów i głębia stoją na dobrym poziomie, choć dominacja wysokich tonów sprawia, że uwaga słuchacza jest mocniej przyciągana przez detale rozmieszczone po bokach, niż przez budowanie głębokiej perspektywy w przód. Napowietrzenie i separacja źródeł pozornych są – jak na przetwornik magnetostatyczny (tak, lubię te określenie) – bardzo dobre. Mimo uwag do pasma przenoszenia z akapitów wyżej, instrumenty nigdy się na siebie nie nakładały.

 

Całościowy odbiór psychoakustyczny

Psychoakustycznie pierwsze MrSpeakers Ether Flow odbierać można jako słuchawki o sygnaturze mieszanej.

Z jednej strony jasnej, tendencyjnie analitycznej i technicznej, zorientowanej na monitorowanie nagrania. Z perspektywy ludzkiej izofony, niedobór energii na przełomie sub-basu i niskiego basu w połączeniu z mocno wyeksponowanym rejonem 3 kHz oraz 6 kHz przesuwa balans tonalny w stronę chłodniejszą i lżejszą. Dźwięk potrafi być pozbawiony jakichkolwiek śladów zamulenia czy kocyka.

Z drugiej strony nierówność będzie powodowała, że w innym miejscu może pojawić się strzał naturalnego dociążenia, pierwiastka muzykalności czy intymnego ciepła. Te właśnie strzały będą powodowały, że między jedną a drugą wizją prezentacji dźwięku zajdzie czasami konflikt.

Dlatego też opisałem je na początku właścicielowi jako „stłumione Hifimany”. Co bardziej rozciągnięte w czasie sesje z ostrzej zrealizowaną muzyką mogą okazać się dla odbiorcy angażujące, ale na dłuższą metę męczące. Tak samo zmieniający się trochę charakter słuchawek raz w jedną, raz w drugą stronę.

 

Całościowa ocena techniczna

Pod względem czysto warsztatowym i technologicznym Ether Flow to pokaz wysokiej sprawności planarnej. Przetwornik reaguje na impulsy błyskawicznie, wykazując się doskonałą rozdzielczością. A także należną w tej cenie synchronizacją kanałów.

Brak zafalowań i rezonansów w dolnych rejestrach świadczy o świetnym opanowaniu fali wstecznej przez technologię Flow (wkładki akustyczne optymalizujące przepływ powietrza). Słuchawki wyciągną z nagrań sporą ilość informacji. Jedynym minusem technicznym jest trudny do opanowania wkładkami punkt 6,2 kHz. Następujące po nim ostre załamanie pasma, co będzie powodowało, że redukując dampingiem 6 kHz, będziemy jednocześnie psuć sobie pozostałe podzakresy.

Na tym w sumie polega cały dramat tych słuchawek. Mimo starań producenta i dołożenia do zestawu własnych materiałów oraz filców, nie da się tego zestroić w 100% idealnie. A przynajmniej nie bez ingerencji EQ, który pozwoli na selektywne ich naprostowanie.

Oczywiście zawsze istnieje szansa, że produkt nie był w formie fabrycznej i coś było „grzebane”. Ale taki jest urok wypożyczania sprzętu od osób prywatnych. Poza tym naprawdę trudno mieć pretensje do właścicieli słuchawek, że dopasowują go sobie np. padami (nie pamiętam czy przypadkiem nie były tu pady od modelu Voce). To tak, jakby pożyczyć od kogoś auto i mieć pretensje za wybór konkretnej choinki zapachowej pod lusterkiem. A i sam fotel oraz lusterka też są ustawione pod innego kierowcę.

To też najbardziej rzutuje tutaj na mojej ocenie tych słuchawek (obok ceny rzecz jasna).

 

Podsumowanie

MrSpeakers Ether Flow pierwszej generacji pozostawiły po sobie troszkę mieszane uczucia. Z jednej strony wiele rzeczy robią naprawdę dobrze, poczynając od konstrukcji a na cechach technicznych kończąc. Z drugiej strony cierpią z powodu zauważalnego wybicia w 6,2 kHz i lokalnych nierówności tonalnych.

Dlatego najlepiej sprawdzą się w moim skromnym odczuciu w gatunkach opartych na instrumentach żywych i mikrodetalach. Doskonale odnajdą się w klasycznym jazzie, gęstej muzyce symfonicznej, kameralistyce oraz wymagającej elektronice ambientowej.

Finalnie jednak pomagać im będzie drobne EQ zaaplikowane w odpowiednich miejscach. Tu kłaniać będą się zarówno rozwiązania programowe, jak i sprzęt audio pokroju od tanich rozwiązań pokroju CrinEar Protocol MAX, po droższe sprzęty w stylu Luxsin X8. Pod względem napędu, mam wrażenie, że spokojnie każdy z nich da sobie z nimi radę.

Ostatecznie jednak z całej tej przygody płynie jedno, cenne przypomnienie: czasami lepiej dać sobie czas i nie afiszować się niepotrzebnie. Rzetelna recenzja ma opisywać stan faktyczny i być niezawisłą opinią jej autora. Jeśli nie, ostatecznie będzie to oszukiwanie nas samych i wypaczenie oceny sprzętu przed również jego właścielem. Tudzież dowód na kompletną uległość i pisanie pod czyjeś oczekiwania, czyjekolwiek by one nie były.

Z mojej strony wlatuje więc pingwinek łowiący w przeręblu za dobrymi okazjami za tym modelem. Ale takimi naprawdę dobrymi. Właścicielowi się podobały, ale każdy sam musi ocenić, czy takie strojenie oraz ułożenie górek i dołków na sopranie nie będzie mu się rzucało w uszy. Jeśli nie, a cena będzie przy tym spoko – super. Jeśli tak i do tego cena nie dopisze – raczej więcej szczęścia byłoby z późniejszą wersją 1.1.


Słuchawki w momencie wchodzenia na rynek kosztowały 3000 $ (SRP). U nas w kraju ok. 8000-10000 zł (stan na 2017 rok). Obecnie są dostępne (o ile w ogóle są) tylko na rynku wtórnym.


Dane techniczne

Skąpe, ale zawsze:

  • Czułość: 96dB/mW
  • Impedancja: 23Ω
  • Waga: 370 g
  • Kabel fabryczny: 1,8m, końcowy wtyk jack 6,3mm

 

Dane pomiarowe

Dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć w formie interaktywnej w Laboratorium słuchawek pełnowymiarowych, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej.

Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel portalu Audiofanatyk™ i autor wszystkich ukazujących się na jego łamach publikacji. Pasjonat tematyki audio: słuchawek, głośników, akustyki i samego dźwięku. Z zamiłowania grafik komputerowy oraz fan zdrowego jedzenia i wypraw rowerowych.

2 komentarze

    • Tak. Dlatego w pierwszej kolejności wyciągnięcie z szuflady zaległej recenzji wersji 1.0.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *