Loewe Leo – najdroższe słuchawki wireless jakie (dotąd) testowałem

Loewe Leo to najdroższe słuchawki wireless, jakie miałem zaszczyt gościć do tej pory na swoich cichych i spokojnych stronach. Słuchawki tak znakomicie się zapowiadały, że zmusiły mnie do upieczenia chleba i wysprzątania salonu, abym godnie miał gdzie je ugościć. Takiego bowiem bezprzewodowego gościa za takie pieniądze jeszcze u mnie nie było.

W głowie kołatały się natomiast pytania natury wprost egzystencjalnej. Cóż takiego przynoszą ze sobą? Co reprezentują? Jakie pryncypia przyświecały ich powstaniu? Na co inżynierowie się tu zdecydowali, że aż taką cenę zaśpiewali? Czy słuchawki poszerzyły wreszcie moje skromne empiryczne horyzonty? Czy mój sprzęt okazał się na tyle czuły, że tym razem niczego nie uśrednił? Wychwycił wszystkie niuanse stojącej za nimi mechaniki kwantowej tak samo dobrze, jak niezawodne audiofilskie ucho? Tego dowiemy się z niniejszej recenzji.


Recenzja jest owocem płatnej współpracy z marką Loewe za pośrednictwem sieci salonów Top HiFi, która podesłała niniejszy sprzęt celem wykonania niezależnych, rzeczywistych testów użytkowych i pomiarów.

 

Jakość wykonania i konstrukcja Loewe Leo

Co tu dużo mówić – nawet w tak sporej cenie jestem właściwie usatysfakcjonowany. Pakowanie jest tu pierwszej próby. Wszystko zapakowano i przygotowano tak, jakbyśmy byli klientem pierwszego sortu. Nawet karton sprawia wrażenie specjalnie wyselekcjonowanego, a nie pierwszego lepszego w stylu „eko”.

Wyposażenie jest bajeczne, przemyślane i sprawiające również dobre wrażenie. Zwłaszcza etui magnetyczne, którego materiał etui budzi skojarzenia z przemysłowymi filcami wygłuszającymi, co w tej cenie może zaskakiwać.

W środku znajdziemy też „małżę”, którą pieszczotliwie tak sobie nazwałem, a w której zmieścić można kabelki maści wszelakiej.

Osobnym tematem są oczywiście same słuchawki. To luksusowe dobro o pięknym stylu, zaklęte w formie, którą docenią nawet najbardziej wybredni amatorzy arcydzieł wzorniczego hi-endu i filozofii, że sprzęt gra tak dobrze, jak wygląda (i kosztuje). Wykorzystano tu jedynie najbardziej szlachetne materiały, głównie aluminium, a potem złożono to wszystko z dochowaniem iście zegarmistrzowskiej precyzji. Niczym w starym warsztacie dawnych mistrzów rzemiosła, przekazywanego z dziada pradziada.

Nawet pady są tu przemyślanym tematem i nawiązują do klasycznych Bowersów P7 Wireless, a więc magnetyczne i ze zintegrowanymi sitkami (już nie metalowymi). Drivery również osłonięto maskownicami metalowymi, wykonanymi tak dokładnie, jakby oceniać miała je Najwyższa Izba Kontroli. I to pod mikroskopem elektronowym oraz z opcjonalnym plutonem egzekucyjnym w tle, gdyby coś było „nie ten teges”.

Co chcę przez to powiedzieć – cały ten projekt dosłownie ocieka dokładnością i precyzją złożenia, jakby się od ich niedochowania jutro ziemia zapaść miała. Nie natrafiłem tutaj na żadne problemy ze spasowaniem, niedoskonałości, skazy czy cokolwiek „niegodnego” kwoty 5700 zł. Bo tyle przychodzi nam za Loewe Leo zapłacić. Oj tak, nie są to typowe „plasticzki” i muszę stwierdzić, że wszystkie moje słuchawki wireless zostały wprost zawstydzone. Te przyjezdne również.

 

Nie byle jaki ambasador Loewe Leo

Trudno się temu dziwić – Loewe Leo są słuchawkami od początku do końca designerskimi i do szpiku kości audiofilskimi. Widać tu troszkę inspirację słuchawkami Apple, ale też poszukiwaniem w tym wszystkim swojego własnego jestestwa i stylu.

O tym, że kierowane są do użytkownika „premium-lifestyle” niech świadczy fakt, że pozazdroszczono Bowersowi współpracy z byłym piłkarzem Davidem Beckhamem albo Beatsom z najsłynniejszym lekarzem świata – Dr Dre. Tu wizerunku tym słuchawkom dostarczył nikt inny jak sam Kylian Mbappe, a więc współczesna ikona świata piłkarskiego sportu.

To właśnie jego szacowna postać została tu ambasadorem. Jeśli nie marki, to przynajmniej tego konkretnego produktu. Już samo to powoduje, że te słuchawki nie mogą być tanie. W cenie 5700 zł z pewnością zawarty jest więc koszt potężnej, globalnej kampanii marketingowej z udziałem gwiazdy takiego formatu. Konsument musi mieć świadomość, że płaci tu nie tylko za komponenty, ale i za status lifestyle’owy, jaki ta marka ze sobą niesie.

 

Nietuzinkowa obsługa

Muszę przyznać, że bardzo ciekawie wygląda też warstwa obsługi tych słuchawek. Loewe Leo posiadają po obu stronach po jednym pierścieniu wokół logo oraz przycisku fizycznym. Nie są one niczym oznaczone, więc bez instrukcji będzie trzeba podchodzić do nich metodą prób i błędów.

Prawy przycisk to włącznik/wyłącznik oraz ogólnie przycisk wielofunkcyjny (odbieranie rozmów, pauza/odtwarzanie). Pokrętło nad nim to luźna regulacja głośności – obraca się swobodnie w jedną lub drugą stronę, zmniejszając lub zwiększając natężenie dźwięku.

Lewe pokrętło jest już skokowym „jog-iem”, który pełni dwie różne funkcje, w zależności od tego jak sobie owe pokrętło zdefiniujemy. Czynimy to za pomocą – a jakże – też przycisku, który symetrycznie odpowiada włącznikowi po prawej stronie.

Zawiaduje ono funkcją sterującą pokrętła – albo przeskakiwaniem między utworami (poprzedni/następny), albo ustawieniami ANC. Mamy tu kilka poziomów ANC + brak tłumienia aktywnego + tryb Hear-Through. Wszystkie komendy są wydawane tonowo, co uczy nas systematycznie poznawania zachowania tych słuchawek.

Przyznam jednak, że jeszcze z tak rozwiązanym sterowaniem się nie spotkałem i było to dla mnie całkiem ciekawe doświadczenie.

 

Specyficzne zachowanie się systemu ANC i detekcji założenia

Choć opisuję Loewe Leo głównie pozytywnie, jest w tym wszystkim coś, co mnie zastanawia. To właśnie wspomniany system ANC, którego sposób działania jest dosyć, że tak to ujmę, specyficzny.

Słuchawki prezentują bowiem bardzo specyficzny (często będę używał tego słowa w tej recenzji) sposób pracy z ANC. W trybie adaptacyjnym troszkę mnie dezorientuje, bo zmienia się w kontekście ruchu ze słuchawkami na głowie, chodzenia, biegania, aktywności wszelakich. Loewe Leo co rusz „resetują się” i wracają do braku trybu ANC przy wykryciu jakiegokolwiek dźwięku od ruchu w środku muszli. Nawet przełykając lub ruszając żuchwą powodujemy, że akustyka się zmienia. Porównać można to do asystenta toru jazdy w aucie. Nie są to przerwy o charakterze binarnym (zero-jedynkowe), a zawsze płynnie odstające od normy w jakimś zakresie i wracające do punktu wyjścia.

Z automatu wpływa to na brzmienie słuchawek. Muzyka płynąca z Loewe Leo jest o dziwo nawet niezła, choć wydaje się przez to – no właśnie – specyficzna. Z tego względu są to słuchawki prawdopodobnie w tym trybie nadają się tylko do domowych zastosowań i to w pozycji nieruchomej (leżącej / siedzącej).

My zaś skupimy się na trybie czystego BT, bo dźwiękowo najbardziej jest on dla nas użyteczny właśnie z tego tytułu.

Jedyną wadą dla mnie tak naprawdę był system wykrywania założenia słuchawek na głowę. Aktywował się on bowiem podczas jedzenia czy mówienia – słowem, ruszania żuchwą. Czynił to tak bardzo, że nawet ziewnięcie powodowało pauzowanie muzyki. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką uczyniłem, było wyłączenie tego mechanizmu.

Algorytm detekcji jest prawdopodobnie zbyt czuły na ruchy stawu skroniowo-żuchwowego, co ogranicza jego zastosowanie podczas codziennego użytkowania (np. mówienia czy jedzenia).

 

Lwie sekrety

Mimo wszystko cały czas nie mogłem pogodzić się z ceną Loewe Leo. W pewnym momencie pomyślałem, że to już chyba nawet moja osobowość po prostu nie jest docelowo kompatybilna z tym produktem. Może nie nadaję się na testowanie takich rzeczy? Może powinienem zostawić je różnej maści zaprawionym w tego typu produktach redakcjom, recenzentom-filozofom i innym znakomitym autorytetom metafizycznego pióra? Nic bardziej mylnego, jak się okazało.

Sekret Loewe Leo tkwi w tym, czego na pierwszy rzut oka nie widać. I nie mówię tu o fantastycznym – jak na dzisiejsze czasy – zaprojektowaniu konstrukcji tak, aby można było samodzielnie wymienić sobie baterię. To już akurat coś, co bardzo mocno z moją osobowością licuję, bo zawsze wolę najpierw naprawiać, potem dopiero wyrzucać/wymieniać. Jak każdy odpowiedzialny dorosły nie mający dwóch lewych rąk.

W każdym razie dostajemy tu całkiem sporo technologii i funkcji, które słuchawki te skrywają w sobie w środku, nie zdradzając nic z zewnątrz. W zasadzie wystarczy zacytować tu sam opis produktu, który odkrywa przed nami wszystkie karty tego modelu przy akompaniamencie aplikacji Loewe:

Cytując materiały marketingowe producenta:

 

Brzmienie Hi-Res z Dolby Atmos

Słuchawki Loewe Leo zostały wyposażone w 50-milimetrowe przetworniki oraz wzmacniacz TI OPA1622 SoundPlus™, gwarantując pełne, dynamiczne i precyzyjne brzmienie. Obsługa Dolby Audio, Dolby Digital Plus i Dolby Atmos Music sprawia, że muzyka, filmy i gry zyskują nowy wymiar przestrzenności. Dzięki aplikacji my Loewe możliwa jest personalizacja dźwięku – regulacja tonów, tryb nocny czy optymalizacja głośności.

 

Inteligentne funkcje i personalizacja brzmienia

Loewe Leo to więcej niż słuchawki – to inteligentne centrum audio. Integrują się z asystentem głosowym Alexa, oferują sterowanie z poziomu aplikacji (iOS i Android), a także wsparcie technologii Mimi Hearing, umożliwiającej indywidualne dopasowanie dźwięku do słuchu użytkownika. Dodatkowo dostępne są funkcje ANC, tryb transparentny i adaptacyjny, a dzięki asystentowi AI (opracowanemu we współpracy z Bragi i OpenAI) oferują inteligentne udogodnienia zwiększające komfort codziennego użytkowania.

 

Tłumaczenie w czasie rzeczywistym

Loewe Leo wspierają funkcję real-time translation, która umożliwia natychmiastowe tłumaczenie rozmów na różne języki. To praktyczne narzędzie w podróży, pracy i przy kontaktach międzynarodowych, które ułatwia komunikację i znacznie wykracza poza standardowe możliwości sprzętu audio.

 

Wydajność i mobilność

Dzięki wbudowanej baterii o pojemności 660 mAh Loewe Leo oferują nawet 65 godzin pracy na jednym ładowaniu. Pełne naładowanie zajmuje około 2 godzin, a szybkie ładowanie zapewnia nawet do 6 godzin odtwarzania po zaledwie 15 minutach ładowania. Słuchawki cechują się klasą odporności IP53, co oznacza ochronę przed kurzem w ograniczonym stopniu oraz odporność na zachlapania i deszcz – idealne rozwiązanie dla osób aktywnych, podróżujących i korzystających ze słuchawek w zmiennych warunkach.

 

Jakość dźwięku Loewe Leo

Jak to się ma do przebiegu testów? Przystępując do nich nie byłem pewien, czy uszy moje godne są słuchawek tak wielkiego formatu. Zapakowane wszak po królewsku, wykonane po cesarsku, z ceną godną najznakomitszych mieszkańców drogich dzielnic Krakowa. Gdzież mi, maluczkiemu, w takim zacnym towarzystwie się poruszać? A jednak jesteśmy tu i teraz, gdzie słuch mój i jestestwo całe rzucone zostało na pożarcie lwu. Na szczęście, gdy już przyjdzie się z tym lwem zaznajomić, wcale taki straszny się nie wydaje. Raz, że weganin, dwa, że wymagający jedynie cierpliwości i przyjęcia złotych rad osób z równie złotym słuchem.

Zasadniczymi są tu odpowiednie wsłuchiwanie się, aby odkryć granice ich potencjału, a także należyte otwarcie umysłu. Tak mi przynajmniej swego czasu doradzono. Brak otwartości umysłu był podobno tym, co przeszkodziło mi w docenieniu lat parę temu przezacnych Crosszone CZ-1. W przypadku lwa, sprawa się dodatkowo jeszcze skomplikowała. Dosłownie przed momentem chwaliłem cudowne w swej opłacalności (i bezczelne w swej plastikowości) ATH-M50x. I tu naszły mnie wątpliwości. Czy będę w stanie umysł swój otworzyć? I to na tyle, by docenić kunszt i sznyt sprzętu z zupełnie jakby przeciwnego im bieguna? Czy skupiając się wyłącznie na dźwięku po czystym BT, bez całej otoczki technologicznej, nie popełniam błędu, lub co gorzej – profanacji?

Takie oto powątpiewania trzęsły mną wewnętrznie. Niczym narcystycznego filozofa audio zderzającego się raz za razem z perfidną dokładnością i skrupulatnością (mojej) analitycznej natury. Ale o dziwo owa analityczna natura wcale nie stanęła mi na drodze, zmuszając do przyjęcia płynniejszej formuły recenzji. Wręcz przeciwnie – naprawdę jest tu co opisywać technicznie. Dało się tu wykonać czysty mariaż poezji ze szkiełkiem i okiem, w proporcjach równych, dokładnie odmierzonych.

 

Bas

Analiza techniczna: W dolnych rejestrach Loewe Leo już na starcie prezentują intrygującą i nietuzinkową architekturę akustyczną. Pomiary ujawniają solidne, wręcz podręcznikowe oparcie w zakresie sub-basu (wzrost do okolic 97–98 dB SPL między 30 a 50 Hz). Po nim następuje precyzyjnie wyliczona, linearna faza przejściowa. Zamiast klasycznego, „rynkowego” podbicia mid-basu, konstruktorzy zdecydowali się na odważne, kunsztowne uspokojenie pasma w przedziale 100–250 Hz, z lokalnym minimum sięgającym okolic 91 dB. Taki zabieg ma na celu bezwzględne odseparowanie potęgi sub-basowej od niższej średnicy, co przy skrajnie niskich zniekształceniach harmonicznych (THD stabilnie poniżej 0,2% w całym paśmie basowym) świadczy o wybitnej czystości intencji inżynieryjnych.

Subiektywny odsłuch: W praktyce odsłuchowej dół Loewe Leo zachowuje się jak rasowy, dystyngowany dżentelmen na barokowym salonie. Czyli idealnie podług swojej grupy docelowej. Nie narzuca się pospolitą, dudniącą obecnością, lecz potrafi uderzyć z nienaganną, czasami niemal tektoniczną powagą, gdy wymaga tego partytura. Odchudzenie wyższego basu nadaje brzmieniu specyficznej, ekskluzywnej lekkości i dystansu. To bas stworzony dla rasowego konesera audiofilskich słuchawek hi-end, który przedkłada precyzyjnie dawkowany podmuch najniższych składowych nad plebejskie, jednostajne łupanie zamknięte w tandetnych plasticzkach okraszonych tanimi padami.

A przynajmniej takie wrażenie starają się Loewe Leo w nas wywołać.

 

Tony średnie

Analiza techniczna: Średnica to bez wątpienia najbardziej autorska i polaryzująca część spektru Loewe Leo. Od 300 do 700 Hz pasmo wznosi się i stabilizuje na poziomie 95–96 dB, tworząc bardzo solidny fundament, po którym następuje klasyczne dla krzywej Diffuse Field (DF) i ludzkiej izofony wzniesienie w kierunku wyższej średnicy. Jednakże, szczyt w okolicach 2,5 kHz osiąga imponujące 109 dB SPL, co w zestawieniu z wcześniejszym cofnięciem mid-basu tworzy wyraźną dysproporcję energetyczną. Co istotne, THD w tym newralgicznym obszarze delikatnie faluje, osiągając lokalne maksima na poziomie około 0,6%, co wciąż mieści się w granicach nienagannej kultury pracy przetwornika.

Wykres w rejonie 300-700 Hz ma jeszcze jedną właściwość, o której warto wspomnieć. Jest sam w sobie bardzo wyrównany i położony wyżej niż mid-bas, co w połączeniu z ogromnym szczytowaniem przy 2,5 kHz (aż 109 dB!) przesuwa środek ciężkości głosów bardzo wysoko. Będzie to bardzo ważne w kontekście tego, co opowiem za moment.

Subiektywny odsłuch: Wokale i instrumenty akustyczne zyskują tu wymiar, który w wyższych sferach audiofilskich określa się mianem „niebywale bezpośredniego”, tudzież „analitycznie napowietrzonego”. To prawda, że specyficzny balans między niższym a wyższym środkiem nadaje pasmu pewien unikalny, momentami „pudełkowy” charakter. To właśnie konsekwencja tego, co pisałem wyżej o położeniu poszczególnych podzakresów pasma względem siebie.

 

Czy to dobrze, czy źle?

No właśnie, dobre pytanie. Na tyle, że aż zdecydowałem się na dodatkowy akapit, by móc trochę więcej o tym powiedzieć. Bo jednak zamiast ganić tę cechę, barokowa estetyka i audiofilskie rzeczy ważenie każe widzieć w niej wyrafinowaną próbę odtworzenia akustyki wnętrz pałacowych, gdzie dźwięk nabiera swoistej, rygorystycznej powagi. Średnica nie umizguje się do słuchacza studyjną intymnością czy przesadną słodyczą. A szkoda, bo obie te rzeczy są tym, co uwielbiam i jako żywo – w swym pospolitym dźwięku postrzeganiu – oceniam jako pozytyw.

Zamiast tego jest dumna, wyrazista i podana z subtelnym, acz arystokratycznym, dystansem. Idealna do wyszukiwania mikrodetali w skomplikowanych fakturach muzycznych i wstrzykiwania dystansu klas tam, gdzie protokół towarzyski tego bezwzględnie wymaga. Choć więc u mnie jest to subiektywnie (i barwowo) najsłabszy element repertuaru Loewe Leo, dla wielu będzie to właśnie ten element, który być może zadecyduje o ich zakupie.

 

Sopran

Analiza techniczna: Przejście w najwyższe rejestry to prawdziwy majstersztyk, który bardzo wiernie podąża za ortodoksyjnymi założeniami krzywej DF, wprowadzając jednocześnie własną interpretację. Po głębokim i celowym uspokojeniu energii w punkcie 4,5 kHz (98 dB), następuje ponowna, widowiskowa kulminacja w rejonie 5,5–6,5 kHz, gdzie poziom wraca do 106 dB. Za tym progiem czeka nas gwałtowny, niemal dramatyczny spadek w okolicy 9 kHz (do 83 dB), by w wyższym sopranie (11–13 kHz) odbić się ku blisko 93 dB. THD w całym pasmie wysokotonowym opada kunsztownie do wartości śladowych, finiszując poniżej 0,05% przy 10 kHz. Brzmi to jak scenariusz na gotowy film, w którym akcja zmienia się tak szybko, jak opinia recenzenta w trakcie intensywnego tygodnia odsłuchowego.

Subiektywny odsłuch: I rzeczywiście poniekąd tak jest. Góra pasma Loewe Leo to spektakl iście audiofilski i takim językiem winien być pisany. Pełen blasku i kontrastów, dedykowany uszom nawykłym do szelestu najdroższych jedwabi. Słuchawki potrafią rzucić snop światła na najwyższe składowe, wyciągając z tła blachy perkusji czy uderzenia smyczków z bezkompromisową, wręcz elitarną rozdzielczością. Obecna w strukturze pasma „jaskinia” w rejonie 9 kHz działa jak genialny filtr anty-sybilacyjny – chroni delikatny słuch arystokracji przed ordynarnym kłuciem, podczas gdy wyższa mikro-detaliczność dba o to, by powietrza w nagraniach nigdy nie zabrakło.

Mamy tu kochani więc sopran wybiórczy, który bezlitośnie oddziela realizacje wybitne od przeciętnych, ale nie zmuszający nas do posiadania wybitnego słuchu. Niemal chirurgiczna precyzja, z jaką wykres Loewe Leo przecina się z krzywą Diffuse Field w punktach 3 kHz oraz 7 kHz, to dowód na to, że mimo wizualnego szaleństwa na wykresie, inżynierowie trzymali się bardzo konkretnych wytycznych psychoakustycznych.

 

Wrażenia sceniczne

Scena kreowana przez Loewe Leo ma w sobie coś z geometrycznego porządku ogrodów wersalskich. Dzięki unikalnemu zestrojeniu wyższej średnicy i odchudzeniu przełomu basu i średnicy, źródła pozorne są rysowane niezwykle ostrą, precyzyjną kreską. Przestrzeń nie jest sztucznie nadmuchana w szerz. Zamiast tego słuchawki oferują niesamowity wgląd w głąb sceny. W efekcie czego pozwalają precyzyjnie ocenić odległość dzielącą nas od pierwszego planu. Zdumiewająco trójwymiarowy, niemal holograficzny teatr cieni i świateł, w którym każdy instrument zna swoje miejsce w hierarchii. Nie powiem, bardzo mi się to podoba i mocno pracuje na pozytywną ocenę Loewe Leo.

 

Całościowy odbiór psychoakustyczny

Z perspektywy psychoakustycznej, Loewe Leo to swoisty manifest odejścia od nudnej, konsumenckiej sygnatury „V” w stronę czegoś innego, audiofilsko ciekawszego.

Dolne rejestry posiadają rzadko spotykaną, snobistyczną wręcz selektywność, rezygnując z taniego ciepła na rzecz bezkompromisowej kontroli. Słuchawki brzmią w sposób niezwykle klarowny, jasny i bezkompromisowo zdyscyplinowany. Ich lekko specyficzna, szlachetnie surowa barwa natychmiast wymusza na słuchaczu zmianę nawyków. Jakiekolwiek by one nie były, nie jest to dźwięk do relaksu przy taniej popowej muzyce. Konstrukcja ta stawia na maksymalną ekspozycję artykulacji. Sprawia to, że ludzki mózg momentalnie przestawia się w tryb analizy i podziwu nad kunsztem produkcyjnym realizatora.

Pozwoliłem sobie nawet na profanację tychże jakże szlachetnie uformowanych cudów wzornictwa i puściłem świeżo co zakupiony album Alphaxone. To klimatyczny, kinowy wręcz, dark ambient, który na Loewe Leo zagrał mi z takim rozmachem, że na plecach ciarki miałem jeszcze przez pół godziny od seansu. Zaprawdę, salonowe wygi z lampkami wina w rękach będą miały przed sobą obiecujący spektakl.

 

Zmiany po wprowadzeniu korekt (akustyka + EQ)

Loewe Leo są bardzo wrażliwe na umiejscowienie na głowie (wąski sweet spot). Dlatego przed przystąpieniem do prac z dopasowaniem dźwięku należy upewnić się co do ich pozycji względem uszu. Gdy to nastąpi, możemy zacząć się bawić.

Słowo to jest tu jak najbardziej na miejscu. Loewe udostępnia nam bardzo intuicyjne, a co za tym idzie – proste, narzędzia do personalizacji. Stosując oba, można „dociągnąć” trochę naszego nagłownego lwa pod swoje preferencje. Nie będzie to profesjonalna korekcja taka, jak za pomocą PEQ, ale nie da się odmówić jej pewnej skuteczności.

Po ich zastosowaniu, słuchawki subtelnie się wyrównują, zachowując swój pierwotny sznyt, ale teraz przykryty warstwą przyjemnej indywidualności. Już sama świadomość, że to dźwięk „o nas i dla nas”, daje poczucie satysfakcji. Loewe prawdopodobnie bardzo celowo nie stosuje tu ultra-zaawansowanych wygibasów, które tylko zdezorientowałyby użytkownika docelowego. O nie, tutaj trzeba prostych rzeczy dla ludzi postury podobnej. Tylko wówczas ma prawo się to przyjąć. A czego producentowi szczerze życzę.

Zaś granie Loewe Leo po tym wszystkim na moje uszy? Uważam, że jest lepsze, miejscami znacznie lepsze. Stało się bardziej bezpośrednie i z mniejszym – bo mi wszak niespecjalnie jeszcze potrzebnym – atakiem. Ale ja to ja, toteż gdyby Loewe słuchało mnie przy strojeniu swoich Leo, wylałoby zapewne sobie dziecko z kąpielą. Ten ich atak jest, bo być musi. Bas też. Wszystko. Takimi prawidłami rządzi się sprzęt z tej półki.

 

Całościowa ocena techniczna i opłacalność

Pod względem inżynieryjnym Loewe Leo to popis przede wszystkim wzorniczej i technologicznej dyscypliny. Przetworniki charakteryzują się niemal wzorową powtarzalnością i tylko na basie w trybie BT widać pewne odchylenia. Mocno zależne od padów, trzeba dodać. Mamy też genialną, ultra-niską strukturą zniekształceń harmonicznych. To w świecie bezprzewodowym jest rzadkością godną najwyższego uznania. Bardzo bliskie pokrewieństwo z tradycyjną krzywą Diffuse Field w kluczowych podzakresach udowadnia, że za tą specyficzną sygnaturą stoi konkretny zamysł, a nie dzieło przypadku.

Czy korespondujący z ceną? To świetne pytanie, na które nie wiem czy umiem odpowiedzieć, jako osoba nieprzyzwyczajona do degustacji takich precjozów. Nie jestem bowiem klientem docelowym w sensie stricte dla tych słuchawek, ale oczy mam, łapami macam, jakość docenić umiem.

Definitywnie nie są to tanie słuchawki, to prawda. Ale przypomina mi się rozmowa telefoniczna, jaką miałem przyjemność odbyć jakiś czas temu. Jakaś osoba do mnie zadzwoniła, szukając porady zakupowej słuchawek dla żony. Generalnie nie udzielam takowych telefonicznie, zwłaszcza po swoich godzinach pracy, ale odebrałem sądząc, że to kurier. Od słowa do słowa wyszło, że rozmawiam z osobą, która stawia ogromny nacisk na nie tylko jakość dźwięku, ale i konstrukcję, wygląd, trwałość itd. Dla niej takie M50x czy S300BT to byłaby plastikowa zniewaga i budżetowa potwarz. Finalnie zdecydowała się na Bowersy Px8 S2, ale gdybym o istnieniu Loewe Leo wiedział wcześniej, poleciłbym właśnie je jako prezent dla małżonki.

Mimo, że jest to pewne ryzyko, bo kobiece serca są – jak się okazuje – dosyć przewrotne, cały czas tamta rozmowa kołacze mi w głowie podczas testów Loewe Leo. Uświadamia przy tym, że moje własne priorytety są też częścią oceny subiektywnej, toteż obiektywność wymaga rzeczywiście pewnego otwarcia się na inne perspektywy.

 

Najlepsze zastosowania

Loewe Leo odnajdą się moim zdaniem idealnie w repertuarze wymagającym wielkich nakładów dynamicznych i precyzji przestrzennej. Wielka symfonika, wyrafinowany jazz oraz skomplikowana i klimatyczna elektronika zyskają na ich unikalnym charakterze. Będą również doskonałym atrybutem dla wymagającego melomana. Takiego, który poszukuje w brzmieniu niebanalnego podpisu autorskiego. Który pragnie celebrować muzykę w zaciszu gabinetu, w otoczeniu dzieł sztuki i luksusowych przedmiotów codziennego użytku. Tam, gdzie styl i elitarna estetyka łączą się w spójną, harmonijną całość.

 

Podsumowanie

Loewe Leo to słuchawki naprawdę bardzo specyficzne i bardzo audiofilsko-designerskie. Wykonane z najwyższą dbałością o detale, które odzwierciedla też i cena, będąca dla audiofila autentycznym wyznacznikiem jakości wszelakiej.

I poniekąd tak też tu się dzieje. To właśnie ona będzie najbardziej kontrowersyjnym elementem ich oceny. 5700 zł za słuchawki wireless (nawet tak nafaszerowanych technologią i oprogramowaniem) może być dla osób przyzwyczajonych do tańszych propozycji powodem do zastanowienia. Obiektywnie są wykonanie bajeczne, wyposażenie to poezja, pakowanie bajka. Samo brzmienie też jest intrygujące – z rozmachem, odwagą, śmiałością i solidną porcją jakości. Oczywiście jeśli pominąć system ANC cierpiący trochę na ADHD. Dla osoby, która nie patrzy tylko na dźwięk, być może właśnie z tego powodu (i ceny) będzie to wciąż za mało. Ale dla audiofila, który szuka nie karykatury dźwiękowej i wyróżniania się na siłę, a bezwzględnej jakości wykonania, stylu i charakteru, za które jest gotów zapłacić konkretny pieniądz – może to być strzał w dziesiątkę.

Patrząc całościowo na sam produkt, uważam, że jego zarekomendowanie jest równie specyficzne, jak on sam. Zwykłym użytkownikom wyjdzie tu zapewne „wiaderko sekretów”. Na dłuższą metę jest to z kolei „łowienie” za ciekawymi cechami i aspektami w „audiofilskiej” cenie. Ale wiele tychże cech rzeczywiście pcha ich rekomendację warunkowo w stronę głównie audiofilów. Takich nie mających problemu z szarpnięciem się na tak drogie słuchawki właśnie dla tej specyficznej mieszanki wykonania, stylowości i charakternego brzmienia o monumentalnym formacie z zacięciem „tech”. Tym bardziej, że w dzisiejszym świecie słuchawek udających wyjątkowość poprzez wymuszoną „inność”, tego typu wyrafinowane brzmienie zaczyna samo w sobie być specyfiką i wybijaniem się na niepodległość.


Sprzęt można zakupić bezpośrednio w sieci sklepów Top Hi-Fi w cenie na dzień pisania i publikacji recenzji wynoszącej ok. 5700 zł (sprawdź najniższą cenę i dostępność).


Dane techniczne

Zaczerpnięte z jednego z opisów sklepowych:

  • Pasmo przenoszenia (Hz): 20 – 20.000
  • Złącze: USB-C
  • Odłączany przewód: Tak
  • Składane: Tak
  • Sterowanie + mikrofon: Tak
  • Aktywna redukcja szumów: Tak
  • Futerał: Tak
  • Waga kg: 0,360
  • Inne: Active Noise Cancellation; BT 5.3; USB-C; przetworniki 2 x 50 mm OCE – olefin composite elastomer, dynamiczne; czas pracy 65 godz.
  • Kod producenta: 614641J10

 

Dane pomiarowe

Kluczowe pomiary w wersji interaktywnej można znaleźć bezpośrednio w Laboratorium. Pasmo przenoszenia i balans kanałów:

Wykresy czystości THD+N:

Wykresy CSD:

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • Interfejsy studyjne: Motu M4
  • DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
  • Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
  • Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-S300BT, ATH-M50x, Sennheiser HD 660S2, Soundcore Space One Pro
  • Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.

Serdeczne podziękowania dla sieci salonów Top Hi-Fi & Video Design za użyczenie Audiofanatykowi sprzętu do testów.

Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel portalu Audiofanatyk™ i autor wszystkich ukazujących się na jego łamach publikacji. Pasjonat tematyki audio: słuchawek, głośników, akustyki i samego dźwięku. Z zamiłowania grafik komputerowy oraz fan zdrowego jedzenia i wypraw rowerowych.

Jeden komentarz

  1. Dzień dobry, jak zwykle świetna recenzja (kawał dobrej roboty, co tym bardziej cenne w przypadku płatnej współpracy). W czasach postprawd i usilnego kreowania rzeczywistości na przekór pomiarom Szanowny Audiofanatyk stanowi ostoję logicznego podejścia, co niezmiennie cieszy (mnie na pewno 😊).
    Teraz pytanie – jak się ma jakość wykonania, zastosowane materiały itp. przedmiarowych słuchawek do Bowers & Wilkins Px8 (zarówno wersja pierwsza jak i S2) lub NAD VISO HP70. Wszystkie trzy modele maiłem możliwość, obejrzeć, testować i sprawiły (oczywiście mówimy tu jedynie o jakości wykonania) znakomite wrażenie.
    Pozdrawiam X.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *