Cambridge Melomania P100 SE – 100-godzinny maraton brytyjskiego brzmienia

Cambridge Melomania P100 SE to niemalże nowy gość, prosto ze sklepowej półki, który przyjechał do mnie na błyskawiczne testy w ramach 14-dniowego okienka testowego. Ich właścicielem jest p. Kuba, który stał przed dylematem wyboru między nimi, a Momentum 4 Wireless. Finalnie chyba mimo wszystko padnie na produkt brytyjski, ale to jest już rzecz, o której sam musi zdecydować podług własnego uznania.

My zaś w niniejszej recenzji będziemy pochylać się nad jedną częścią tegoż dylematu, czyli właśnie rzeczonymi P100 SE. Ponieważ chciałbym, aby była to recenzja ze wszech miar kompleksowa, będzie tu sporo dodatkowych pomiarów oraz omówienie tematu EQ. Wszystko po to, abyśmy zrozumieli dokładnie z czym mamy tu do czynienia oraz czy warto wyskakiwać z 1100 zł na ten konkretny model słuchawek.


Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez p. Kubę, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary

 

Jakość wykonania i konstrukcja Cambridge Melomania P100 SE

Wizualnie Cambridge Melomania P100 SE to taki trochę mariaż elementów podpatrzonych u Bowersa z typową konsekwencją konstrukcji wireless.

Można dyskutować, czy to powiew klasycznej, brytyjskiej powściągliwości i czy jest to rzecz, która nudzi lub nie. Ale tak, jak dyskutuje się często o dźwięku, tak samo o kwestiach wizualnych już w ogóle nie śmiałbym sporów toczyć. Zwłaszcza, że w dźwięku możemy podeprzeć się wymiernymi danymi, a w ocenie estetyki… no właśnie.

Konstrukcja Cambridge Melomania P100 SE wydaje się bardzo zwarta, a spasowanie elementów nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. W sumie przyznam, że byłem zaskoczony faktem, iż nic tu nie trzeszczy pod naciskiem. Myślę, że w tej klasie cenowej (okolice 1100 zł) powinno być to standardem, ale jak wiemy z rynkowych realiów, bywa z tym różnie.

Tworzywa sztuczne użyte do produkcji są matowe, przyjemne w dotyku, choć niespecjalnie odporne na zbieranie odcisków palców. Nie jestem w stanie ustalić, czy pałąk wzmocniono metalowym rdzeniem, czy jest tam zwykły plastik. W efekcie nie mogę zaręczyć, że gwarantuje on odpowiednią trwałość mechaniczną. Wspominam o tym, gdyż podobno początkowe serie miały z tym problem i coś tam pękało. W podesłanym egzemplarzu natomiast nie widzę nic takiego, co mogłoby się zepsuć w tej materii.

Duży plus należy się za mechanizm regulacji – działa z należytym oporem i wyraźną płynnością po obu stronach. Słuchawki nie gubią wybranego rozmiaru podczas zakładania, a ilość siły konieczna do nastawu jest idealnie taka sama tak z lewej, jak i z prawej.

Generalnie można powiedzieć, że na tym etapie wizualnie i materiałowo P100 SE sprawiają wrażenie produktu premium. Czy z powodzeniem rywalizując pod tym względem z droższą konkurencją? Na pewno inspirują się Bowersem, czyli również marką brytyjską. Może to próba ustalenia jakiegoś kontynentalnego konsensusu?

 

Wyposażenie i akcesoria

W pudełku znajdziemy standardowy, ale bardzo solidnie zrealizowany pakiet. Głównym punktem programu jest usztywniane etui podróżne. Jest stosunkowo płaskie i dobrze wyprofilowane, dzięki czemu skutecznie chroni słuchawki, nie zajmując przy tym połowy plecaka.

W zestawie producent dorzuca również okablowanie: przewód USB-C do ładowania oraz dedykowany kabel USB-jack, co pozwala na tradycyjne, pasywne połączenie z analogowymi źródłami dźwięku nie mającymi BT. Wymóg jest jednak taki, że słuchawki muszą być uruchomione, aby połączenie analogowe było utrzymane.

Jakość samych przewodów jest poprawna – są w miarę elastyczne i nie wykazują nadmiernego efektu mikrofonowego, choć zastosowano tu dosyć ciasno nałożone oploty.

 

Ergonomia oraz wygoda

Pod względem wygody Melomania P100 SE plasuje się w bezpiecznej, wyższej klasie średniej. Nauszniki zostały obszyte miękką ekoskórą i wypełnione prawdopodobnie pianką memory foam. Głębokość padów jest wystarczająca, choć osoby o anatomicznie większych małżowinach mogą po kilku godzinach poczuć krawędź wewnętrznej maskownicy przetwornika. Na tę okoliczność Cambridge zastosowało miękkie wyściółki wewnątrz muszli, które naturalnie amortyzują małżowinę. Bardzo fajny ruch.

Poduszka pałąka jest natomiast materiałowa i to chyba największe nawiązanie do rozwiązań Bowersa, o których mówiłem.

Siła docisku pałąka do głowy została zbalansowana w sposób typowo użytkowy – słuchawki trzymają się pewnie podczas chodzenia czy szybszych ruchów na outdoorze. Nie ma tu efektu imadła, więc geometria naszej czaszki nie jest zagrożona.

 

Obsługa Cambridge Melomania P100 SE

Zamiast modnych, ale często zawodnych paneli dotykowych (tu znów prztyczek w stronę Momentum 4 Wireless), Cambridge postawiło na klasyczne, fizyczne przyciski rozmieszczone na krawędziach muszli. Z perspektywy recenzenta i użytkownika jest to ukłon w stronę przewidywalnej ergonomii i praktyczności bez konieczności patrzenia w instrukcję obsługi. Przyciski mają wyraźny, wyczuwalny skok i łatwo zlokalizować je pod palcem. Słuchawki znów mają nieco dziwny sposób pracy systemu auto-pause, któremu zdarza się problem pauzowania muzyki przy mocnym poprawianiu słuchawek na głowie (odrywanie muszli od ucha).

Fizyczny przełącznik trybów ANC/NORMAL/TRANSPARENCY pozwala na zmianę trybu pracy bez potrzeby wyciągania telefonu i przeklikiwania się przez bezimienne suwaki w aplikacji. Chciałem pochwalić je za błyskawiczną reakcję, ale przejście z trybu transparentnego na normalny trwa kilka sekund progresywnego wyłączania się.

Być może poprawione to zostanie w przyszłości, jako że słuchawki pracują pod aplikacją Melomania.

Tam możemy sobie poustawiać kilka dodatkowych rzeczy, ale przede wszystkim dokopać się do bardzo prostego equalizera. Będzie on miał swoje 5 minut jeszcze w dalszej części tekstu, jako że wspólnie omawialiśmy jego działanie z Właścicielem. Jest to nie tylko z mojej strony pomoc, aby skutecznie mógł dostroić sobie słuchawki sam, bez mojej aparatury, ale też innym użytkownikom. Zostawiłem mu też kilka ustawień własnych dla jego własnego wyboru i rozrywki.

 

Nowy król czasu pracy – aż 100 godzin bez ANC

No właśnie, tak jak nagłówek wskazuje, Cambridge Melomania P100 SE właśnie zdetronizowały moje ATH-S300BT pod względem czasu pracy na baterii. O ile S300BT wykręcają naprawdę genialne 90 godzin w trybie BT, tak P100 SE podbijają stawkę na 100 godzin. Może to nawet oczko puszczone w stronę nazwy?

Daje to nam ultra-komfortowe słuchanie przez bardzo długi czas bez konieczności ładowania, ale też piekielnie wolne nabijanie cykli na ogniwo. W efekcie mamy szansę na sprzęt wireless z ogromnie długą datą przydatności do spożycia, że tak to ujmę. W tym miejscu Cambridge Melomania P100 SE notują zatem u mnie bardzo duży plus, obok którego nie mogę przejść obojętnie.

Oczywiście jak zawsze jest w tym pewien haczyk. Producent deklaruje, że 100 godzin wykręcimy w trybie ANC OFF. Gdy ANC zostanie aktywowane, mamy już tylko (a może aż) 60 godzin. A to już mniej więcej tyle, ile wykręcają wspomniane S300BT. Czyli wciąż jest bardzo dobrze.

 

Jakość dźwięku Cambridge Melomania P100 SE

Na dzień dobry wita nas monumentalne wręcz basowo brzmienie na planie „V”, które uzupełnione jest o specyficzny dołek gdzieś w sopranie. Bez problemu można to wykryć na słuch, choć trudno jest jednoznacznie wskazać idealne miejsce, gdzie słuchawki dają odpust SPL. Na oko typowałem gdzieś zakres 3-5 kHz, stawiając na bliższą wartość. W rzeczywistości okazało się, że trochę przestrzeliłem, ale może po kolei…

 

Bas

Analiza techniczna: Wykres FR wykazuje naprawdę potężne wzmocnienie w najniższych rejestrach. Serio, takiego wygaru nie miały chyba nawet moje Soundcore, ale nie chce mi się ich resetować i ponownie ustawiać. Sorry, lenistwo, przyznaję się nieprofesjonalnie bez bicia.

Słuchawki legitymują się wyraźnym, szerokim punktem szczytowym przesuniętym w stronę sub-basu (okolice 40-50 Hz), gdzie poziom osiąga nawet ok. 109 dB SPL. Zejście jest bezbłędne i liniowe aż do 20 Hz. Wyraźne uspokojenie i spadek natężenia następuje dopiero na przełomie mid-basu i niskiej średnicy, z lokalnym dołkiem w punkcie 260 Hz. Wykres THD+N w pasmie basowym pozostaje na bardzo niskim, bezpiecznym poziomie (poniżej 0,2%), co świadczy o wysokiej wydajności przetwornika w kontrolowaniu tak dużego ciśnienia akustycznego.

Subiektywny odsłuch: Dolne rejestry mają wybitnie sub-basowy, wręcz kinowy charakter. Bas potrafi zejść potężnie i mięsiście, generując efektowne, niemalże fizyczne wibracje, a dzięki odsunięciu akcentu od wyższego basu, nie powoduje to zjawiska nadmiernego zamulenia przekazu. Oczywiście jeśli odfiltrujemy sobie w głowie całą jego moc. Definitywnie poleciano tu w zadowolenie dla bassheadów, więc obok Soundcore mamy tu już drugiego producenta, który zdecydował się na kokietowanie takiego właśnie klienta. Mi osobiście ilość basu się nie podoba – jest go dla mnie o wiele za dużo. Ale doceniam jego czystość i definicję. Gdybym posiadał P100 SE na własność, zbijanie dołu byłoby moim priorytetem.

 

Tony średnie

Analiza techniczna: Po przełamaniu w 260 Hz, niska średnica miarowo wznosi się w stronę 1 kHz. Kluczowym elementem pasma jest jednak potężna kompensacja w wyższym środku, która kulminuje szerokim, dwuszczytowym płaskowyżem między 3 kHz a 6 kHz (ok. 105 dB SPL). Szczyty rozdzielone są masywnym tąpnięciem w 4,4 kHz (antyrezonans, typowe dla silnych odbić lub fali stojącej wewnątrz muszli).

Na wykresie zniekształceń harmonicznych widać dramatyczną korelację z pasmem przenoszenia – dokładnie od okolic 1 kHz zaczyna się gwałtowny wzrost THD+N (osiągający na szczęście tylko 0,54% przy 4,5 kHz). Główną rolę odgrywa tu podniesiona druga oraz trzecia harmoniczna. Sugeruje to obecność rezonansu własnego w strukturze akustycznej (np. rezonans obudowy/puszki lub komory przetwornika).

Subiektywny odsłuch: Średnica ma dwoistą naturę. Z jednej strony niższe rejestry i wokale męskie są czyste i odpowiednio zdystansowane. Z drugiej – wyższa średnica jest niezwykle drapieżna, bliska i jaskrawa. Rezonans w okolicach 4-5 kHz wprowadza do głosu instrumentów dętych i damskich wokali specyficzną, szklistą manierę oraz techniczną twardość, która przy dłuższym odsłuchu może powodować zmęczenie materiału.

 

Sopran

Analiza techniczna: Po rezonansowym szczycie przy 3-4 kHz i 6 kHz, pasmo gwałtownie opada w rejonie presence (7-8 kHz), po czym następuje ponowne, wyraźne odbicie w strefie brilliance (9-13 kHz). Powyżej 13 kHz następuje ostry spadek sprawności wysokotonowej przetwornika, co jest również potęgowane przez ograniczenia pasma transmisji kodeków Bluetooth. Zakresy te nie mają jednak na szczęście dla nas specjalnego znaczenia. Typowa osoba dorosła jest na granicy słyszalności w tym rejonie. Wykres zniekształceń w całym bezpiecznym paśmie sopranowym stabilizuje się poniżej 0,5%. Delikatnie przekraczamy ten pułap w rzeczonym punkcie 4,2 kHz.

Subiektywny odsłuch: Wysokie tony są wyraźnie słyszalne i mają tendencję do zaatakowania w wyższych rejestrach, co nadaje dźwiękowi detalicznego i dosyć nowoczesnego sznytu. Choć rejon sybilantów (7-8 kHz) został celowo cofnięty, by maskować syczenie, to wyższa góra potrafi ujawnić drobne artefakty kompresji bezprzewodowej i brzmi dość metalicznie.

 

Wrażenia sceniczne

Scena charakteryzuje się bardzo dobrą szerokością. Aczkolwiek jej głębia jest mocno limitowana przez silnie wypchnięty do przodu przełom średnicy i sopranu. Pierwszy plan jest podawany bardzo blisko twarzy słuchacza, co w połączeniu z mocno rozciągniętym sub-basem tworzy intymną, ale trójwymiarową przestrzeń o wyraźnej separacji na osi lewo-prawo.

 

Całościowa ocena techniczna

Od strony czysto inżynierskiej słuchawki radzą sobie świetnie w dole pasma, zachowując wzorową czystość przy potężnym obciążeniu. Największym problemem technicznym konstrukcji jest jednak niedopracowanie akustyczne lub rezonans puszki w okolicach 1-5 kHz, który windowany jest na wykresie THD+N przez 2. i 3. harmoniczną. Ostre załamanie na FR przy 4,4 kHz potwierdza, że fala dźwiękowa wewnątrz muszli napotyka na problem natury fizycznej, z którym elektronika/DSP próbuje walczyć poprzez mocne podbicie tego rejonu, co skutkuje generowaniem dodatkowych zniekształceń. Nie są to rzeczy jakkolwiek jeszcze P100 SE dyskwalifikujące technicznie, ale przy tej cenie jednak są to ujmy.

 

Całościowy odbiór psychoakustyczny

Cambridge Melomania P100 SE grają naprawdę bezkompromisowym, nowoczesnym brzmieniem na planie litery „V”. Owszem, zestrojonym pod współczesne trendy, ale ryzykownym w wyższych rejestrach. Zgodnie z krzywą izofoniczną, przy bardzo cichym słuchaniu potężny bas i jasna góra zrównoważą się, dając o dziwo angażujący i całkiem dynamiczny spektakl. Jednak przy standardowych i wyższych poziomach głośności, wspomniany rezonans w wyższej średnicy zaczyna dominować nad przekazem, wprowadzając do odbioru element nerwowości i agresji. Paradoksalnie pasuje to do równie agresywnych i dynamicznych gatunków, ale sporo osób jednak będzie chciała tu sięgać po EQ.

 

Co się zmienia brzmieniowo w trybie ANC?

Włączenie aktywnej redukcji szumów wprowadza subtelne, ale zauważalne korekty w sygnaturze brzmieniowej, które w większości skupiają się w dolnych rejestrach pasma. W trybie ANC bas ulega lekkiemu uspokojeniu i wyrównaniu – ubywa nieco energii w wyższym i środkowym podzakresie niskich tonów, przez co brzmienie traci swój skrajnie napompowany charakter i staje się odrobinę bardziej zrównoważone.

Co ciekawe, najniższy sub-bas poniżej 40 Hz pozostaje praktycznie nienaruszony, dzięki czemu słuchawki nie tracą swojego potężnego, kinowego zejścia. Delikatnemu odchudzeniu ulega również cała niska średnica, co pozwala na minimalne odseparowanie wokali od basowego fundamentu. Od okolic 1,5 kHz aż do najwyższych oktaw sopranu oba tryby pozostają ze sobą niemal w pełni tożsame. W efekcie drapieżna, bliska wyższa średnica oraz mocny akcent w strefie presence zachowują swój charakter niezależnie od tego, czy korzystamy z systemu ANC, czy nie.

 

Najlepsze zastosowania

  • Muzyka elektroniczna, nowoczesny pop, rap i gatunki opierające się na ciężkich, sub-basowych fundamentach będą tutaj jakby naturalnym materiałem muzycznym dla tych słuchawek. Jeśli takiej właśnie muzyki słuchacie – super, jest szansa, że bardzo się Wam spodobają.
  • Oglądanie filmów i granie w gry na urządzeniach mobilnych też będzie bardzo dobrym zastosowaniem. Świetne efekty kinowe i bliska lokalizacja pozornych źródeł dźwięku zostaną tu należycie zagospodarowane.
  • Odsłuchy w głośnym otoczeniu miejskim, jako że mocny dół i wyrazista góra skutecznie kompensują hałas z zewnątrz. Należy jednak pamiętać, że na dłuższą metę jest to trochę kontr-produktywne. Korzystajcie mocno z ANC ale starajcie się nie nadpisywać otoczenia głośnością. ANC jest właśnie po to, abyśmy nie musieli tego robić (jak w słuchawkach czysto pasywnych).

 

Misja ratunkowa – używamy aplikacji i jej equalizera

Generalnie mam zasadę, że na equalizatorach nie opieram swojej oceny danych słuchawek. Traktuję to jako dodatek, który dziś jest, a jutro może zniknąć. Czemu? Bo producent stwierdzi, że aplikacja coś tam coś tam, albo mu się nie chce jej aktualizować. Poza tym bądźmy wobec siebie też trochę wymagający. Wszak płacimy niemal 1100 zł i chyba mamy prawo żądać dobrze zestrojonego produktu wprost z pudełka, prawda?

W przypadku Cambridge Melomania P100 SE, od samego początku byłem w kontakcie z Właścicielem słuchawek. Ten mocno nastawał na temat equalizacji i w pewnym momencie stało się to naszym wspólnym priorytetem. Dlatego korzystając z użyczenia mi przez niego swojego egzemplarza, przygotowałem kompleksowe badanie jego zachowania.

W aplikacji od Cambridge Melomania P100 SE mamy generalnie siedem suwaków. Producent jest tak leniwy, że nie oznaczył nam żadnej skali. Jedynie gdzie jest bas, środek i góra. Oznacza to, że wszystkie korekcje robimy „na pałę”, kompletnie ślepi. Spróbujmy sobie z tym jakość poradzić wykorzystując fakt, że na AF zajmujemy się tajemnymi obrzędami metrologii, dającej nam optyczny i matematyczny wgląd w dźwięk.

 

Domyślna krzywa FR i wpływ pojedynczych zakresów

Postanowiłem sprawdzić jak opuszczenie maksymalnie w dół każdego suwaka wpłynie na każdy zakres mu odpowiadający, skupiając się tylko i wyłącznie an trybie BT i jednym z kanałów:

Jak widać, wykres zmienia się dosyć mocno (o ok. 8-9 dB), ale robi to w bardzo szerokim zakresie, w ramach sztywno (i szczodrze) ustawionych parametrów naszych nastawów. Nie mamy tu tak naprawdę żadnej kontroli nad precyzją. Toteż marzenia o naprawie np. dołka w 4,4 kHz pozostaną, cóż, nadal marzeniami.

Oznacza to, że bazowy charakter słuchawek musi się nam spodobać, aby dało się dalej z Cambridge Melomania P100 SE pracować i osiągnąć fajne rezultaty korekcyjne.

Prawdopodobne punkty kulminacyjne zakresów suwaków wyglądają następująco:

  • 1 Band = 20 Hz
  • 2 Band = 60 Hz
  • 3 Band = 400 Hz
  • 4 Band = 2 kHz
  • 5 Band = 4 kHz
  • 6 Band = 8 kHz
  • 7 Band = 12 kHz

Oczywiście wszystko to tylko moje przypuszczenia na bazie tego co widzę na wykresach. Czy finalnie jest to 2 kHz, czy 1,5 kHz, tego nie wiemy. Nic tu nie jest opisane, ale przeprowadzając badania pomiarowe mamy jakąkolwiek szansę, aby zakres działania EQ w ogóle opisać. Na słuch absolutnie nie byłoby to możliwe. Nasz słuch nie jest przyrządem pomiarowym, a jego czułość jest śmiesznie mała w porównaniu z normalną aparaturą tego typu.

 

Finalna korekcja

Niemniej zadanie poradzenia sobie w takich okolicznościach i wystrojenie P100 SE jest wciąż możliwe. Przygotowałem Właścicielowi kilka własnych presetów, nazywając je po kolei AF-2, AF-3 i AF-4. Wszystkie wykresy można znaleźć w Danych pomiarowych na końcu recenzji.

Ponieważ aplikacja nie pozwala na nadpisywanie presetów, a tylko ich tworzenie i usuwanie, jedynki nie mogłem dopracować. Najbardziej obiecujący jest moim zdaniem preset AF-4. Koryguje ich wyważenie tonalne w zakresie proporcji, delikatnie zmienia barwę psychoakustycznie, ale też pozostawia sporo oryginalnego charakteru.

Najważniejszą rzeczą jest tu oczywiście zbicie basu, który przestaje dominować. Owszem, jest świetny w pasywnych scenariuszach kompensacyjnych na mieście, a także ucieszy każdego basoluba. Dla mnie było tego jak pisałem stanowczo za dużo. W zakresie punktów odniesienia, służyły mi tu głównie S300BT oraz M50x.

I tu muszę przyznać, że tak wystrojonych Cambridge Melomania P100 SE o dziwo świetnie mi się słuchało. A na pewno znacznie lepiej, niż fabrycznego porządku w nich zastanego. Bas się unormował do poziomu idealnie dobranego pod moje uszy, środek pasma jest pełniejszy, a tembr stał się bardziej naturalny. Zostawiłem Właścicielowi tendencję do mikrodetaliczności i lekko mocniejszą ekspozycję wokali. Niestety nie byłem niestety w stanie naprawić wspomnianego dołka w 4,4 kHz. No cóż, nie można mieć wszystkiego.

Niemniej, gdyby Cambridge Melomania P100 SE przyjechały grające wprost z pudełka tak, jak obecnie grają po wystrojeniu, moja ocena byłaby na starcie znacznie łaskawsza. Ale być może tego akapitu w ogóle by nie było. A my nie dowiedzielibyśmy się jak taki prosty EQ w ogóle wpływa na dźwięk. Nie tylko P100 SE, ale ogólnie.

 

Podsumowanie

Myślę, że tym słuchawkom udaje się sprytnie uciec spod topora na trzech frontach.

Pierwszym jest wykonanie. W tej cenie słuchawkom niczego nie brakuje, wszystko jest wykonane prawidłowo, bez wpadek i wtop. Nie zdiagnozowałem żadnego problemu technicznego, który wprost mógłbym wskazać w nich jako potencjalne źródło problemów. Materiały i ich spasowanie też wyglądają bardzo dobrze i lepiej, niż miało to miejsce przy testowanych niedawno Momentum 4 Wireless.

Drugi front to programowalny korektor. Choć jest prymitywny, możliwość zapisywania własnych presetów i w miarę jeszcze sensowne strojenie własne pozwala na odjęcie im dobra dokładnie tam, gdzie trzeba i dodania w innym miejscu. To miła odmiana względem np. Space One Pro, w których do dziś trochę przyznam walczę z najniższym basem. Cambridge Melomania P100 SE nie stawiają mi takich oporów w subbasie jak SOP, co ujmuje mi ogromnej dawki bólu głowy pod koniec dnia.

Trzeci, a który przemawia do mnie najmocniej, to przerażająco długi czas pracy na baterii w trybie ANC OFF. Sto godzin piechotą nie chodzi, toteż przebijając moje ATH-S300BT, stają się one nowym królem długodystansowości z tego, co testowałem do tej pory. Choć po ANC moje S300BT są już z nimi na równi lub nieco ponad.

Przy cenie 1100 zł płacimy więc tu głównie za mix trzech powyższych w jedną, dosyć dobrze zestrojoną całość. Jest tu nieco uwag technicznych, a gdyby zaimplementowano tu normalny PEQ, byłoby idealnie. Niemniej myślę, że Cambridge Melomania P100 SE ostatecznie kwalifikują się do zarekomendowania jako maratończyk do domu i na outdoor dla wymagających jak najdłuższego czasu pracy z sensownym dźwiękiem. Ale też basolubów, którym kto wie, czy strojenie natywne na mocny bas nie spodoba się najbardziej.


Rekomendacja Audiofanatyka

Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie wynoszącej ok. 1100 zł (sprawdź aktualną cenę i dostępność w sklepach).


Dane techniczne

A w zasadzie cechy produktu, zaczerpnięte z jednej ze stron sklepowych:

  • Korektor pozwalający na głośniejsze odtwarzanie muzyki, mocniejszy bas i wyższą dynamikę
  • Nasza opatentowana technologia DynamEQ zapewnia doskonałą równowagę muzyki, nawet przy niskim poziomie głośności.
  • Nowy niebieski kolor jako stylowa i nowoczesna możliwość obok klasycznych czarnych i białych wykończeń
  • Przeprojektowany pałąk zapewnia wyjątkowy komfort dla każdego kształtu głowy
  • Charakterystyczny dla Cambridge Audio dźwięk reprodukowany przez 40-milimetrowe, 3-warstwowe przetworniki kompozytowe oraz wzmacniacze pracujące w klasie AB.
  • Przyszłościowa technologia odtwarzania aptX Lossless w jakości CD oraz obsługa kodeków SBC, AAC i aptX Adaptive do 24 bitów/96 kHz
  • Żywotność baterii do 60 godzin (100 godzin przy wyłączonym ANC) z szybkim ładowaniem, które zapewnia dodatkowe 2 godziny pracy z obsługą ANC po 5 minutach ładowania.
  • Aktywna redukcja szumów z trybem „przezroczystości” dająca pełną wszechstronność.
  • 7-pasmowa regulacja EQ oraz 6 ustawień wstępnych EQ.
  • Bluetooth 5.3.
  • Tryb gamingowy zapewniający niemal idealną synchronizację ekranu z dźwiękiem, nie tylko do słuchania muzyki.
  • Wymienna bateria i wkładki douszne zapewniają długą żywotność i łatwiejszą konserwację.
  • Możliwość pracy przewodowej przez złącze USB-C na jack 3,5 mm lub USB-C na USB-C (oba kable w zestawie).
  • Łączność wielopunktowa.

 

Dane pomiarowe

Kluczowe dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć również w formie interaktywnej Laboratorium słuchawek pełnowymiarowych, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej.

Poniżej kompleksowe dane pomiarowe wszystkich trybów (BT/ANC), balansu kanałów w obu trybach, wykresy CSD oraz zniekształcenia THD+N tego konkretnego egzemplarza:

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • Interfejsy studyjne: Motu M4
  • DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
  • Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
  • Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-M50xBT2, Audio-Technica ATH-S300BT, Sennheiser Momentum 4 Wireless, Soundcore Space One Pro
  • Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.

Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel portalu Audiofanatyk™ i autor wszystkich ukazujących się na jego łamach publikacji. Pasjonat tematyki audio: słuchawek, głośników, akustyki i samego dźwięku. Z zamiłowania grafik komputerowy oraz fan zdrowego jedzenia i wypraw rowerowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *