Będzie to pewnie zaskoczenie dla wielu, ale ZMF Auteur to pierwsze słuchawki tego producenta, jakie mam przyjemność testować z jego portfolio. Choć – zdaje się – nie są one już produkowane i zostały zastąpione modelem ZMF Auteur Classic. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy to dokładnie ten sam dźwięk.
Jak mówiłem, z niczym innym styczności nie miałem poza przelotnym odsłuchem jakiejś pary na AVS 6 lat temu. Doświadczenia te można sobie wsadzić głęboko do kieszeni, bowiem prawda jest taka: pomiar i spokojny odsłuch powiedzą znacznie więcej, niż jakiekolwiek targi i pokazy. Zwłaszcza pokazy drogich, audiofilskich garnków.
Toteż dzięki uprzejmości mojego imiennika, p. Jakuba, mam zaszczyt gościć jego szlachetne słuchawki pod swoim dachem. Czy urzekną mnie tak, jak kiedyś uczyniło to Audeze? Znów „magia hand-made” po raz kolejny przemówi do mnie tak samo mocno? Czy tutejsze stadko saren szukające na ośnieżonych polach pożywienia zwiększy dzięki nim swą liczebność? A może wręcz przeciwnie i recenzując je, na przekór staraniom i intencjom, znów napytam sobie biedy?
Testowany sprzęt został prywatnie użyczony przez Czytelników portalu na potrzeby weryfikacji pomiarowej i odsłuchowej, za co serdecznie dziękuję. Jeśli chcesz widzieć więcej tego typu treści na moim portalu lub sam posiadasz prywatnie sprzęt wart przetestowania, zachęcam do bezpłatnego zgłoszenia go na oficjalne testy.
Działalność Audiofanatyka można wesprzeć nabywając ręcznie wytwarzane przeze mnie kable słuchawkowe lub bezpośrednio za pomocą wirtualnej kawy na buycoffee.to.

Dane techniczne
Są one informacjami uzyskanymi drogą pomiarową, toteż są niezgodne z filozofią producenta. Niemniej jakimś cudem posiadają je, więc postanowiłem je zacytować:
- Przetwornik: dynamiczny, bioceluloza
- Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 25 kHz
- Impedancja: 300 Ω
- Skuteczność: 97 dB/mW
- Ciężar: 470 g
- Pady: Auteur, perforowane Eikon
- Złącza: mini XLR
- Kabel: stockowy ZMF
- Wtyk: Jack 6,35 mm
- Etui: Seahorse SE-430
Doświadczenia z ręcznym rzemiosłem ZMF i nie tylko
Gdy ponad dekadę temu obcowałem z Audeze pierwszy raz, w głowie szumiały mi ideały wyższości słuchawek ręcznie robionych ponad paskudną seryjnością. Z perspektywy czasu nie umiem niestety ocenić, czy był to efekt autentycznego zauroczenia. Być może tak mi po prostu nawkładano wtedy do głowy. Nie ma przecież bowiem nic cenniejszego niż „nakręcony” recenzent z zasięgami.
Dziś myślę, że mam na to wszystko znacznie lepszą perspektywę i dystans. Z niego to spoglądam sobie na ZMF Auteur jako na taki sam obiekt kultu ręcznego rzemiosła, jak Audeze. Jako dawny bywalec niektórych forów audio, pamiętam ileż to uwag i docinek szło pod adresem Audeze za ręczne wykonywanie. Że to chałupnicza robota, manufaktura, druciarstwo, fuszerka i dłubanina. A i o kontuzjach karków co się czytało. O ZMF nie czytałem później w żadnym razie takich uwag. Nie pamiętałem też niczego negatywnego z przelotnego trzymania w rękach zamkniętych ZMF na AVS 2019. No, może poza tym, że rzeczywiście były masywne. Były to prawdopodobnie Eikon albo Atticus, trudno jednoznacznie z pamięci mi już powiedzieć.
Później styczność ze słuchawkach czysto hand-made przeżyłem pod postacią np. Mod House Audio Tungsten. W tym przypadku byłem naprawdę pod wrażeniem. Świetnie się to prezentowało, a projekt – choć drogi – był oparty nawet na autorskich przetwornikach. Wyglądało to naprawdę jak praca pasjonata, mimo iż mocno skupiano się na wykorzystaniu drukarki 3D.
Dlatego też do Auteur podchodziłem z dużą nadzieją, że jak za takie pieniądze, również i tutaj spotkam się z takim produktem. Nie na przelotnym spotkaniu przy jakichś lampowych wzmacniaczach pośród hałasu i pośpiechu, a w domowym zaciszu. Tu, na zasypanych śniegiem bagnach północy, gdzie lisy mówią dzień dobry, a łosie dobranoc, mam ciszę i spokój. Bo nawet pługopiaskarki pojawiają się raz na parę dni, jeśli już. Dobrze że człowiek umie sobie samodzielnie chleb upiec.
Ale wracając, zacznijmy więc od początku…
Skrzynia i pakowanie
Słuchawki otrzymałem w dużej, plastikowej skrzyni przemysłowej. Inspirowanie się Audeze widać już na tym etapie, zanim słuchawki ujrzały światło dzienne. Aby się do wnętrza dostać, należy sforsować zamki, czyli przekręcić dwa pokrętła zabezpieczające. Nie ma to specjalnego zastosowania praktycznego, bo skrzynia zamyka się i bez tego świetnie, ale jest jak jest. Zapewne chodziło o to, aby już sam unboxing był procesem wyjątkowym, swego rodzaju przeżyciem.

Skrzynię otwieram i zaczynam przeżywanie. Dookoła słuchawek jest formatka z gąbki, ale nie jest ona dopasowana idealnie. Już na tym etapie czuć majestatyczność ręcznej roboty. Widać jakby ktoś ją kroił nożem tapicerskim. Zrobił to równo, owszem, ale ewidentnie ręcznie i na piechotę, niczym prawdziwy pasjonat. Doceniam pewną rękę.
Pomny sytuacji z Echo Sound, rozpocząłem poszukiwania dokumentów, takich jak instrukcje, oznaczenia CE oraz inne, wymagane do wprowadzenia produktu legalnie do obrotu. Nic takiego przyznam nie znalazłem, a obejrzałem słuchawki dokładnie z każdej strony. Przepisy mówią jasno, że sprzęt powinien mieć oznaczenia bezpośrednio na sobie, w formie nieusuwalnej.

Brak znaku CE na samym produkcie nie zmienia faktu, że słuchawki muszą być sprawne technicznie. Jeśli jednak Właściciel nabył je jako nowe w sklepie w UE, a nie mają one żadnych oznaczeń (nawet na pudełku), teoretycznie produkt nie powinien zostać dopuszczony do obrotu na rynku unijnym. Dla pewności sprawdziłem wszędzie – nawet pod padami. Ewidentnie więc znów jesteśmy w klimatach butikowego audio. Choć jest też duża szansa, że to sprzęt sprowadzony indywidualnie z USA. Tu jednoznaczną odpowiedź przyniósłby egzemplarz z oficjalnej, europejskiej dystrybucji.

Pomijam przy tym akcesoria znajdujące się w środku. Tymi – prócz okablowania – były tylko metalowe pierścienie maskujące, ale nie wiem do czego służyły. Być może to część jakiegoś pakietu modyfikacji słuchawek. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Interesować nas będą przeto tylko one same i w takiej formie, w jakiej przyjechały.
Suma wszystkich niuansów
W rękach mamy dość masywne dynamiki, wykonane na bazie drewna Zebrano. Pałąk jest wykonany z metalowego paska i aluminiowych bloczków. Pasek jest ze zwykłego metalu, obity obszyciem ze skóry prawdziwej (zewnętrzna warstwa) i sztucznej (wewnętrzna).
Na zewnętrznej warstwie wygrawerowano z jednej strony logo ZMF, z drugiej literkę „a” z małej. Zapewne chodziło o nazwę modelu – Auteur. Obicie jednak nie sięga do końca i wygląda tak, jakby było albo za małe, albo niedoszyte na krawędziach.

Co więcej, martwię się o metal z którego wykonano pasek pałąka. Jest to ten sam materiał, co śruby opaski właściwej. Z doświadczenia – również z Tungstenami – to będzie rdzewieć na potęgę. Osobiście jako konstruktor nie zastosowałbym takiego materiału w tak drogich słuchawkach.
Wszystko to przytwierdzone jest do aluminiowych bloczków bocznych i chyba trzyma się dokładnie na tychże śrubach. Tylko i wyłącznie.

Mechanizm regulacji wysunięcia opiera się o taką samą zasadę, jak w Audeze, ale prostszą, bo bez nacięcia. W efekcie czego każdą muszlę możemy obracać o pełne 360 stopni w pionie. Mechanizm działa przy tym nieregularnie – lewą stronę łatwiej wysunąć niż prawą.
Na blokadę obrotu zdecydowano się dopiero przy osi poziomej, ale tam też zawód – prawa strona wkręcona jest słabiej i ma ostrą krawędź. Czuć ją pod palcami bez żadnego problemu.

Pady montuje się bardzo łatwo w wyżłobionych w drewnie rantach. Sprawiają wrażenie nie pasujących do tego modelu ze względu na zbyt długie kołnierze. Można nimi swobodnie obracać (pady są asymetryczne) ale czuć jak obszycia szarpią o włókna drewna.
Unikatowe cechy ręcznego wykonania
Ogromnym zaskoczeniem było jednak odkrycie, że obie muszle różnią się od siebie geometrią otworów i gniazd. Otwory dyfuzyjne wycięto pod nieco innym kątem obrotu względem drugiej muszli. W innym nieco miejscu znajduje się też gniazdo mXLR lewe i prawe.

Być może jest to jakiś genialny zamysł producenta, do którego poprawnej interpretacji nie dojrzałem? Wszak z krzywiznami to i już Shanlinga EH3 pamiętam (krzywo zamontowana płytka PCB nielicująca z otworami). Tu jednak mamy już egzotykę nad egzotyki, dotykającą chyba istoty audiofilii jako takiej – unikatowość.

Zaryzykuję bowiem stwierdzenie, że nie ma dwóch identycznie scentrowanych słuchawek, z identycznymi przesunięciami otworów i nawiertów. To za każdym razem jest funkcja losowa, prawdziwe unikaty. Śmiano się z Audeze dawniej, że nie ma dwóch takich samych słuchawek. Dziś chwali się za to Hifimana. To i czemu ZMF miałoby nie skorzystać z tak szczodrej akceptacji na rynku?

Ba, my tu właśnie za to płacimy ekstra. Za wyjątkowy klimat hand-made, tak jak u Echo Sound. Nie wymagajmy zatem powtarzalności jak z taśmy. Ktoś może się na to oburzyć, zwłaszcza, że prawdopodobnie zapłacono za te słuchawki 10 tys. zł, bo to wersja z bardziej wyszukanym drewnem. Ale w przypadku firm butikowych, manufaktur, chałupniczej roboty wszelkiej maści takie rzeczy są w normie.

Dam tu pewien przykład: jak się przyjrzeć pod światło, bez problemu widzimy wnętrze słuchawek przez otwory. W środku ZMF zastosował naklejkę z gęstej pianki samoprzylepnej. Skąd wiem? Bo nakleił ją krzywo i zasłonił niektóre otwory. Oczywiście stało się to również losowo między jedną a drugą puszką. Dzięki temu słuchawki są jeszcze bardziej unikalne, bo nawet warunki akustyczne między puszkami się różnią. Toż to unikat teraz jest do kwadratu.
Zrozumienie filozofii ZMF
Paradoksalnie taka właśnie unikatowość, ten specyficzny klimat, jest właśnie tym, co audiofile kupują i uwielbiają. I wydaje mi się, że Zach Mehrbach – założyciel firmy od inicjałów którego wzięła się jej nazwa – doskonale o tym wie. Do tego stopnia, że znane były przypadki osobliwego dość komentowania recenzji jego własnych produktów i zażyłości z określonymi recenzentami.
Fani ZMF, jak i sam właściciel, utrzymują, że „pomiary nie oddają duszy ZMF”. Na tym buduje się specyficzny klimat marki od lat. Oddają ją krzywo wycięte otwory, nierówności, krzywo naklejone wyściółki, różnie pracujący system regulacyjny. Myślę, że każdy audiofil pozytywnie umiejscowi to w ramach własnego systemu wartości. Następnie porówna swoje przemyślenia do ceny słuchawek i jako żywo zrozumie, co tak naprawdę buduje legendę ZMF.
Z tego co widziałem, konstruktor-właściciel w żadnym razie nie jest typem osoby, która ucisza recenzentów siłą lub polemiką. Absolutnie nic takiego nigdy nie miało miejsca…
Niestety w branży audio jest to dosyć powszechne. Tu była to emocjonalna krytyka w odpowiedzi na recenzję (za co później przeproszono). W branży audio bywa to zresztą zjawiskiem powszechnym, gdzie bezkompromisowa rzetelność i trzymanie się faktów bywają wprost utożsamiane z naruszeniem niepisanych zasad współpracy.
Z drugiej strony mamy jednak budowanie wizerunku pasjonata-artysty. Szybkie reagowanie na defekty i wysoka responsywność są zachowaniami wysoce pro-konsumenckim. Ma to też swoją konsekwencję w przypadku recenzentów, jak było widać wyżej. A i recenzentowi potem głupio jest wystawić potem złą ocenę. I co trzeba powiedzieć, rzeczywiście skutecznie sprawdza się to w recenzjach audio ogólnie, jako mechanizm.
W moim przypadku na szczęście takiego problemu nie ma na żadnej płaszczyźnie. Dosłownie żadnej. To jest właśnie ten niesamowity luksus – a może bardziej konsekwencja – pisania swobodnie tego, co się chce, lubi i czuje.
Ale to nie wszystko.
Hand-made a taryfa ulgowa
Jako osoba również parająca się ręczną produkcją, mam do niej ogromny szacunek oraz doskonałe zrozumienie istoty rzeczy. Toteż w tym teście jestem całkowicie neutralnym i bezstronnym.

Wytwarzanie produktów ręcznie zawsze będzie odbijało się na powtarzalności, precyzji i tolerancjach spasowania elementów. To rzecz oczywista, myślę że i dla ZMF. Mylnie jednak potrafi być to interpretowane. Przykładem niech będzie Echo Sound, którego fascynująca walka z otworem na gniazdo IEC była wręcz inspirująca. Sam twórca również wymagał bezwzględnego podziwu dla swego dzieła. No bo przecież nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Ale czasami lepiej, aby w ogóle tego nie robił.

Przy czym Echo Sound było tworem świeżym, istniejącym raptem rok, może dłużej. A nawet trudno powiedzieć, że istniejącym, bo jako marka nie było niczego. Żadnej działalności, papierów, dowodów sprzedaży, zarejestrowanej domeny czy znaku towarowego.
ZMF to z kolei normalna, pełnoprawna manufaktura, która prowadzi w przeciwieństwie do Echo Sound w pełni rozwiniętą działalność. I to nie tylko na rynku USA, ale i poza nim. Dowodem ekspansji i rozwoju jest tu sam fakt istnienia oficjalnego dystrybutora tej marki w postaci znanego na naszym rynku sklepu Audeos. I to mimo ceł oraz dystansu przez Atlantyk.

Czym innym jednak są majestatyczne przesunięcia osiowe o 5-7 mm czy kreatywne przysłanianie otworów dyfuzyjnych. Toż to zupełnie inna kategoria wagowa. Na szczęście, poważni audiofile wykażą się tu ogromnym zrozumieniem. Tak, jak na Echo Sound znalazło się 10 odważnych, tak ZMF tym bardziej da się usprawiedliwić. Chociażby chorobami wieku dziecięcego. To nic, że 10 lat firma egzystuje już na rynku. Taryfa ulgowa winna być aplikowana cały czas, najlepiej i przez kolejne 10 lat. Bo kupujemy tu nie precyzję, a kunszt, pasję i wizję jej autora. Ideę, która fascynuje swą śmiałością i frywolnością formy. Zatem…
Jakość dźwięku ZMF Auteur
Szczegółowe wykresy oraz narzędzia kompensacji dla tego modelu są dostępne w bazie pomiarowej Audiofanatyk™ Lab.
Od razu uderzył mnie tu ten sam audiofilski sznyt, co na Focal Stellia, a więc wrażenie przesunięcia na jeden kanał i „przytkania” dźwięku. Udało się to mocno jednak zminimalizować padami, dzięki czemu odczyty pomiarowe wychodziły bardzo w porządku.
A same słuchawki odsłuchowo?
Tu również było sporo tańczenia na głowie, aby zagrały mi jakkolwiek równo na oba kanały. Myślę, że fundamentalnie odpowiada za to sytuacja z padami i rantami. Zachodzi też pewna zależność od uszu. Dlatego goły fantom radzi sobie lepiej niż żywa tkanka.
Ale co muszę powiedzieć, słuchawki zagrały naprawdę naturalnie i przyjemnie. Rzekłbym, że obok Moondrop Cosmo, są to rzeczywiście jedne z najlepiej strojonych słuchawek wprost z pudełka. Gdybym miał wybierać między nimi a Cosmo tylko z perspektywy dźwięku, brałbym jednak Auteur.
Uszy głaszcze przyjemny i nie za mocny bas, który jest wyczuwalny najbardziej w całym swoim podzakresie poza niskim basem. Zejście samo w sobie jest oczywiście też niczego sobie, ale nie dotrzymuje delikatnie kroku reszcie pod względem ilości. Z drugiej strony, jeśli miałoby to być wielkie „oomph” ale bez równości całościowej, to byłaby to znacznie gorsza sytuacja.
Środek pasma przez swoje wybicie w 1,5 kHz jest bardzo przyjemny, namacalny i obecny. To jest właśnie ten sekret, który do tak wielu osób w słuchawkach ZMF przemawia. Wokaliści brzmią intymnie, ale czysto i klarownie. Nie ma się do czego przyczepić.
Sopran mimo zauważalnego wybicia w 5,5 kHz, prezentuje się klarownie i z należytym atakiem. Trzyma się dobrej barwy, podaje wszystkie niezbędne informacje, mnóstwo detali, ale na szczęście wciąż stroni od przesady. Myślę, że pomagają tu odpusty w energii w 4 kHz i od 7 kHz dalej. No i sam typ przetworników. „Papierzaki” znane są (stereotypowo) z gładkości.
Scenicznie? Solidny standard z elipsą wychyloną zdrowo na boki. Holografia też niczego sobie.
Technikalia, balans i czystość
Jak pisałem, fani ZMF, jak i sam właściciel, utrzymują, że „pomiary nie oddają duszy ZMF”. Być może to tłumaczy wieloletnią nieobecność tych słuchawek w zestawieniach pomiarowych – jakby twarda metrologia nie do końca licowała z mistyczną filozofią marki.
Tu jednak uspokajam – to obawy kompletnie bezpodstawne. Słuchawki mają całkiem dobry balans kanałów na czysto (jeśli przymknąć oko na rzeczone pady i ich ułożenie). Na basie do 3 dB różnicy maksymalnie. Na sopranie do 4 dB w najwyższych partiach przy progu 10 kHz. Przy 10 tysiącach złotych chciałoby się lepiej, ale znów: odpowiedź kryje się w padach. Jeśli lewy na grubość 25 mm, a prawy 27 mm, no to wiemy skąd to wynika. Żadne tam historie o „duszach” nie są potrzebne.
Idziemy dalej – czystość. I co? Tu też mamy bardzo kulturalne zachowanie w całym paśmie. Lewy przetwornik -58 dB, prawy -56 dB. Średnia -57,1 dB. I to mówimy o dynamiku, a nie o planarze. Raptem dwa większe wybicia w 1,8 kHz i 5,5 kHz, oba nie przekraczające 1% THD.
Są to wyniki, którymi spokojnie można byłoby się chwalić. Na szczęście pomiary niczego w przypadku ZMF nie oddają, więc jak sądzę nikt nie będzie tego próbował. Byłoby to zapewne odebrane bardzo dziwnie. Złośliwi mogliby stwierdzić, że „pomiary fuj, ale jak wychodzą dobre to jest git”.
Zgodzić jednak należy się ze stwierdzeniem, że pomiary nie oddają „duszy”. Pomiary oddają rzeczywistość i fakty, które pokrywają się tu z nimi idealnie. Mówiąc więc wprost, producent i jego fani technicznie nie są w błędzie, bo przedmioty martwe duszy nie posiadają. Za wyjątkiem starodawnych żelazek oczywiście.
Jak to wygląda po całokształcie?
Słuchawki ogólnie zrobiły na mnie dźwiękowo zaskakująco dobre wrażenie, choć musiałem z nimi trochę po audiofilsku powalczyć. Właśnie ten jeden aspekt – obok „niepowtarzalności” wykonania – jest w ich przypadku fascynujący. Nie mam nic przeciwko temu, aby zapłacić ekstra za hand-made. Zwłaszcza, gdy płacę nie tylko za sam ten fakt, a realny kunszt twórcy-producenta. Choć kto wie, może to jakiś pracownik wykonał, któremu z racji podeszłego wieku zaczęły zanikać funkcje motoryczne?
Nawet gdy spychałem powyższe przemyślenia w kąt świadomości, ZMF Auteur po ok. godzinie-dwóch dawały już o sobie znać. Słuchawki zaczynałem czuć i miałem ochotę zrobić sobie przerwę. Odwodzić mnie próbował od tego dźwięk, który jest naprawdę niczego sobie, ale na próżno.
I być może właśnie to jest dokładnie ten klient docelowy, który chodził po głowie producentowi od samego początku. A więc:
- Liczy się tylko i wyłącznie dźwięk ponad wszystkim innym.
- Wygoda wystarczy, że będzie akceptowalna, bo dźwięk ma to nadrobić.
- Płacimy sporo za ręczną produkcję jako ideę, ale bez zobowiązań i oczekiwań.
- Wspieramy twórcę-konstruktora w jego działalności, nie oczekując powtarzalności.
- Nie interesują nas pomiary i czyste dane techniczne, bo nie oddają ducha tych słuchawek i tego, co przeżywamy.
- Nie zwracamy uwagi na formalności, oznaczenia, legalność handlową towaru.
Ostatecznie testy odsłuchowe udało się ukończyć, bez rzucania ręcznika na matę.
Hipotetyczna droga do ideału
Jako prosty człek, zadałem sobie po prostu bardzo proste pytanie: a co by było, gdyby…
Tak naprawdę celem każdego produktu hand-made jest osiągnięcie stanu idealnego. By być tak dobrym, aby nie dało się go odróżnić od taśmy. Słuchawki dzielnie bronią się dźwiękowo, więc tutaj nie ma co się o nic martwić. Co prawda kojarzę wizualnie te przetworniki, ale mniejsza z tym.
Jeśli natomiast udałoby się wyeliminować unikalne cechy konstrukcyjne i wytwórcze, myślę, że byłoby sporo lepiej. Tak, słuchawki utracą przez to swoją duszę i wyjątkowość, ale mówimy o tym, co mi by pasowało, a nie za co cenią ZMF inni. Co więc bym zmienił na miejscu ZMF?
- Stalowy pasek dał z nierdzewki.
- Cztery śruby opaski również dał nierdzewne.
- Poprawił symetrię wycinanych otworów i kąt osadzania gniazd mXLR.
- Popracował nad aplikacją wyściółki wewnętrznej.
- Dodał materiał maskujący otwory dyfuzyjne.
- Zwiększył rant dla kołnierzy padów.
- Ewentualnie zastanowił się nad innymi padami o większej szczelności i pewniejszym montażu.
- Przeanalizował całą konstrukcję pod kątem zmniejszenia troszkę masy.
- Prawidłowo oznaczył produkt celem legalnej sprzedaży na rynek europejski.
I to wszystko. Nie ma tu ani słowa o dźwięku, bo ten jest typowo myślę specyficzny dla tego producenta. Taką ma wizję dźwiękową, tak ją realizuje. Wszystko tyczy się tylko i wyłącznie konstrukcji. Niech więc producent potraktuje to nie tylko jako merytoryczną krytykę, ale też jako ogromny komplement z mojej strony. Tym bardziej, że rozumiem doskonale, iż za dobrą robotę należy się dobra zapłata, a koszty operacyjne – czy to w Polsce, czy w USA – są znacznie większe niż w Chinach.
Podsumowanie
ZMF Auteur to typowo audiofilsko-rzemieślnicza mieszanka dobra ze złem. Z jednej strony ten unikalny klimat hand-made i naprawdę świetnie przemyślane strojenie. Samo ono spokojnie plasuje się w zadanym przez producenta przedziale cenowym.
Co by jednak nie mówić, nie da się zaprzeczyć faktom: te słuchawki to miejscami urokliwy, ale jednak, produkt kierowany do audiofila z duszy, nie z ciała. Precyzja wykonania jest losowa: powtarzalność nie istnieje nawet w ramach części tego jednego egzemplarza. A do tego częsta walka ze słuchawkami, aby grały równo (za duże kołnierze padów). Tak wygląda unikatowość i poszukiwanie audiofilskiej duszy w dźwięku za 8000-10000 zł. W takich pieniądzach nabyć winniśmy określony produkt funkcjonujący w ramach pewnej idei, a nie ideę z dołączonym do niej produktem.
Nie stawiam krzyżyka nad ZMF Auteur, ale przykrywam je bardzo wyraźnie wiaderkiem. Pod nim kto co znajdzie, to jego. Rasowi audiofile docenią strojenie i klimat ręcznej roboty. Inni poczują dreszczyk emocji wybierając los spośród puli dokładności wykonania i spasowania. A złośliwcy jak zawsze będą narzekać i czepiać się detali. Czyli każdy będzie tu zadowolony na swój sposób.
Sprzęt można zakupić u nas w kraju na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie ok. 9000 zł w wersji zwykłej.
Dostępny jest też model ZMF Auteur Classic. Nie mam jednak w tej chwili możliwości potwierdzić, że jest to dźwiękowo dokładnie ten sam model.





Ej, półtorej roku?!
Rok to CHŁOPIEC!!!
Pozdro
Nie mój on, więc nie zasługuje na więcej. 😉
Już poprawione. Dzięki za czujność.