Kiwi Ears Ellipse – chińska wpadka w klasie budżetowej

Kiwi Ears Ellipse to drugi model tego producenta, jaki mam zaszczyt gościć na swych łamach (i w swych łapach). Wcześniejsze dokanałówki zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Czy dużemu modelowi Kiwi Ears się to uda? Odpowiedzi na to pytanie poszukamy dzięki pomocy p. Alberta, który podesłał recenzowany tu egzemplarz na testy i pomiary. Nie jakieś duże i długie, bo jednak obecnie jestem mocno obłożony ogólnie recenzjami i zamówieniami kablowymi, ale liczę, że treściwe.


Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu swojego prywatnego egzemplarza przez p. Alberta, któremu bardzo serdecznie dziękuję.

Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie testowałem i nie publikowałem jego recenzji wraz z pomiarami na Audiofanatyku, zapraszam do kontaktu. A jeśli podoba się Wam moja praca i chcecie wesprzeć ją bezpośrednio, można to uczynić kupując kable sygnowane logo Audiofanatyka. Tudzież via postawienie kawy na ko-fi lub drobny datek via suppi by Patronite.

Kompletny zestaw Kiwi Ears Ellipse

 

Jakość wykonania i konstrukcja Kiwi Ears Ellipse

Niestety rodowód tych słuchawek jest zdradzony już na starcie przez pałąk. W ilu słuchawkach już go widziałem to nie liczę. To jedna z najprostszych możliwych konstrukcji, tania i powszechna pośród „generycznych” producentów z Chin. Następnie dostają metalowy grill wycinany w CNC i cyk – mamy słuchawki za 300 zł. Tak, te słuchawki kosztują 250-300 zł. Biorąc je do ręki w życiu bym tak nie powiedział. Na oko to jest może ze 100-150 zł, żeby jeszcze na tym jakkolwiek zarobić. Ale nie dwukrotność.

Słuchawki Kiwi Ears Ellipse leżące na boku

Prawdopodobnie Kiwi Ears Ellipse opierają się o jakiś chiński projekt OEM jako bazę. Zdradza to np. para otworów w muszlach na każdej krawędzi. Takie rzeczy raczej stosuje się w modelach zamkniętych. Tymczasem Ellipse są otwarte – pod grillem znajduje się plecionka metalowa.

Kiwi Ears Ellipse w pełnej krasie

Otwory są zresztą również widoczne na kostkach pałąka, przytrzymujących obicie pałąka. Widać, że jest to zaprojektowane pod słuchawki z kablem jednostronnym i sygnałem poprowadzonym kablem w pałąku. Mówiąc wprost: OEM.

Słuchawki Kiwi Ears leżące na boku

A w środku? Te same materiały co zakrywające przetwornik. Wszystko wycinane ręcznie, z dużą ilością dampingu akustycznego. Wcięcia w materiale nie pokrywają się z wypustkami na śruby, a całość sprawia wrażenie samodzielnie wdrażanych korekt. Zupełnie tak, jakby ktoś próbował ten projekt choć troszkę uratować, aby się jakkolwiek to sprzedawało.

Logo producenta na wycinanym w technice CNC grillu

Plusem jest tu odpinany kabel, który idzie do każdej z muszli. Niestety robi to pod kątem 90’, co nie sprzyja ergonomii. Kabel jest długi, w oplocie, nierozbieralny, również typowo „generyczny”. Ale przynajmniej ma gwintowany wtyk z nasadką na 6,35 mm. Ma to jak sądzę uwiarygadniać zastosowania studyjne, o których za moment powiem więcej.

 

Wygoda której niestety nie dowieziono

Słuchawki z tego co widziałem promuje się pod hasłem dużych i wygodnych monitorów. W rzeczywistości nie są one duże, a już na pewno wygodne.

Mechanizm wysuwania słuchawek

Za brak tejże wygody odpowiada kilka połączonych ze sobą czynników. Zasadniczym jest pałąk, generujący zauważalny docisk do głowy. Ten rozkłada się w pierwszej kolejności na naszych uszach, bo pady są stosunkowo płytkie (to typowe „chińczyki”). Producent dodał do środka wyściółkę z gąbki, aby wygodę jakkolwiek zwiększyć. Amortyzuje ona nasze ucho, ale jej wpływ na wygodę jest trudny do oszacowania.

Zbliżenie na pady

Wystarczy bowiem wspomnieć, że producentowi tak bardzo się nie chciało, że ową gąbkę amortyzującą wkleił na stałe (i krzywo). Gąbka to element eksploatacyjny, który zacznie się dosyć prędko pruć albo przejawiać brylenie (nie, nie chodzi o dźwięk tym razem). Pot, łój, temperatura i tarcie sprawią, że kleiste kawałki zdegradowanej gąbki zaczną wchodzić do środka przetwornika, zaklejając membranę.

Zintegrowane na stałe wkładki akustyczne w Kiwi Ears Ellipse

Problem ten jest szczególnie bliski użytkownikom „wielkiego trio”, czyli marek AKG, Beyerdynamic oraz Sennheiser. W każdej z nich stosowane są wkładki amortyzujące, które powodują, że ucho ma się na czym opierać. Problem z pruciem się gąbek jest charakterystyczny dla Sennheisera. AKG i Beyer natomiast mają kłopoty zwłaszcza w starych modelach z degradacją. Ile sam się naczyściłem tego w starych modelach, to moje. Dlatego jestem zdumiony, że producent w ogóle tego nie przewidział. Odbieram to jako podstawowy, szkolny wręcz, błąd.

Ale nic to. Konstrukcja nie powala, wygoda nie powala, może niech chociaż dźwięk powali…

 

Jakość dźwięku Kiwi Ears Ellipse

… niestety czyni to na kolana i to nie w tym pozytywnym znaczeniu.

Pierwsze wrażenie ponownie jest przeciętne, tak jak sama konstrukcja. To, co rzuca się w uszy, to słyszalna nierówność na wyższym środku i sopranie. Słuchawki grają tak, jakby mieszały się nam tu efekty plastikowego dźwięku, z pudełkiem i podkreślonym punktowo detalem.

Zastanawiam się co tu mogło pójść nie tak i przyznam, że problem może być bardziej fundamentalny, niż może się wydawać. Słuchawki zachowują się po prostu źle i to tym bardziej, że jeszcze przed momentem miałem na głowie równie dyskusyjne HEDD One. Owszem, nie płacimy tutaj 7000 zł za bycie szczurem laboratoryjnym, a co najwyżej karę za to, że nie wybraliśmy czegoś innego. Kiwi Ears są bowiem dla mnie swoistą karą.

Przez cały okres pisania recenzji nie miałem ochoty w nich słuchać muzyki. Nie przez wygodę jak w HEDDach, ani przez ergonomię, jak też w HEDDach, ale całościowo. I to też nie przez obcowanie z czymś droższym, gdzie Kiwi Ears Ellipse nie były godne wyrafinowania podniebienia mego. Właśnie siedzę w CASE za 130 zł. Przed chwilą kończyłem recenzję DT 270 PRO za 430 zł. Tak więc Kiwi Ears ze swoimi 250-300 zł mieszczą się idealnie między wymienionymi produktami. Są od nich większe, teoretycznie wygodniejsze, teoretycznie z większymi możliwościami. A jednak nie mają podskoku do obu. Mogę wyjąć X2HR albo HD599SE – gwarantuję, że będzie jeszcze potężniejszy to cios dla Ellipse.

Do oceny opłacalności pewnie jeszcze dojdziemy, ale nawet ISK HP2011, które przy 160 zł wyglądają nadal jak z ruskiego bazaru, są lepsze akustycznie. I mówię to w świetle faktu, że niedawno chwaliłem dokanałówki Kiwi Ears. A przypomnę, że wolę konstrukcje pełnowymiarowe, więc w teorii powinienem faworyzować Ellipse.

Otóż nie faworyzuję. I już mówię dokładnie czemu.

 

Balans tonalny Kiwi Ears

Bas jest dość przyjemny i pasujący do słuchawek budżetowych. Nie jest to zakres równy, ale znośny. Kiwi Ears Ellipse nie podkreślają mocno subbasu, więc jeśli komuś zależy na oddolnym wygarnięciu albo efektach jak z subwoofera, to niestety rozczaruję.

Środek pasma… jest. Po prostu istnieje. Po co – chyba sam nie wie, ale jak coś to środek jest. Ma tendencję wyraźnie spadkową, która objawia się ociepleniem i opuszczeniem głosu wokalistów. Każdy ma skarpetę w ustach i kominiarkę na głowie, niczym zakładnicy z filmów akcji. To jeszcze nie ta sytuacja, w której śpiew odbywa się przy motywacji w postaci spluwy trzymanej przy kaftanie. Ale cóż, wokaliści przyszli, pośpiewali coś, wypalili do końca struny głosowe, po czym w trakcie uwalniania dostali kopniaka na drogę.

Sopran to potężny ubytek w okolicach 3 (na wykresie należy dodać tak z +5 dB z tytułu zasymulowania impedancji kanału) i 10 kHz. Między nimi tkwi zaś potężna górka w 6 kHz. Cudowna doprawdy to mieszanka, skutkująca tym, co opisałem wyżej na samym początku wrażeń odsłuchowych. To jest niestety to, co zabija te słuchawki i powoduje, że grają tak jak grają. Nie da się tego podciągnąć pod „specyficzność” ani „unikalność stylu”, jak się to często robi w recenzjach komercyjnych. Po prostu słuchawki nie grają prawidłowo i nie chce się tego słuchać. To jak jedzenie na siłę kwaśniejącego rosołu, bo szkoda warzyw i mięsa.

Scenę stwierdziłem tylko na boki. Wrażenia na osi przód-tył są spłaszczone. Wszystko przez wymuszony efekt pudełka, który powoduje, że trzeba wsłuchiwać się w głębię będąc w głębi. Brzmi to głupio, ale jeśli ich posłuchacie – zrozumiecie co mam na myśli. Ale bardziej opłaca się nie słuchać i zaoszczędzić te 300 zł na coś po prostu lepszego. W każdym razie „szerokosceniści” będą tu srodze zawiedzeni tym, co zastaną.

 

Pod względem technicznym ciekawie, ale…

Z tego co widziałem próbowano wokół nich zrobić aurę sprzętu do zabawy w początkującego audiofila. I w sumie zgadzam się z tym w całej rozciągłości. To naprawdę sprzęt rasowo audiofilski, tylko wykonany jak „generyki” z Chin i oferowany za grosze. Dla niepoznaki.

Jeśli ktoś podejrzewał, że na tym koniec, to niestety grubo się mylił. Producent może napisać wszystko i obiecać co tylko chce. Natomiast to na kwestiach technicznych wychodzi nam z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia.

Na początek sparowanie kanałów, które jest… dobre? Wręcz powiedziałbym bardzo dobre. Aż nieprzyzwoicie dobre! Nareszcie dzieje się tu coś dobrego.

Pod względem zniekształceń również jest akceptowalnie. Mamy tutaj 1,2% THD w 3 kHz oraz 0,75% w 6 kHz. Nie jest to jeszcze taki zły wynik.

Za to dziwią punktowe wybicia harmonicznych na prawym przetworniku. Wygląda to jak problem z mocowaniem przetwornika lub jakością membrany. Tudzież puszka dostaje rezonansów. Jest to bardzo ciekawe zjawisko, którego niestety nie wyjaśnię przez brak możliwości (produkt nowy, nierozbierany).

Tak więc pod względem technicznym mamy bardzo dobre sparowanie kanałów, akceptowalne THD, ale dziwne wybicia na jednym z przetworników. Pozostaje zatem już tylko to, co pisałem o równości. Męczymy się więc do końca z dwoma dołkami wokół wystrzelenia w 6 kHz.

 

Co producent nam obiecuje?

Wyłania się nam już pewien obraz całościowy Kiwi Ears Ellipse. Możemy go więc jakkolwiek skonfrontować z tym, co opisuje sam producent:

The Kiwi Ears Ellipse brings a studio-quality listening experience with its premium 50mm dynamic driver, engineered for exceptional clarity, rich bass, and balanced tonality. Designed with open-back acoustics, it delivers a spacious soundstage and immersive stereo performance. The lightweight, ergonomic build with plush vegan-leather earpads ensures all-day comfort, while the detachable cable design enhances versatility and longevity. Perfect for audiophiles seeking Hi-Fi sound with floorstanding speaker-like tuning in a headphone form.

Myślę, że jako konsumenci powinniśmy mieć możliwość swobodnej weryfikacji takich treści. Mamy ją dzięki obecności właśnie obiektywnych danych. Nie jest to więc słowo przeciwko słowu, a słowa przeciwko faktom. Czasami wychodzi z tego korelacja i zbieżność – vide przykład DT 270 PRO, gdzie producent bardzo celnie wypozycjonował swój produkt. Czasami wychodzą cuda i fikołki, jak z WH-1000XM6, gdzie słuchawki mające tak naprawdę tylko dobre ANC lądują jako go-to do studia.

I tu też pewna ciekawostka. Otóż pierwsza polska recenzja Kiwi Ears na YouTube, na którą natrafiłem, opisuje Ellipse dokładnie w ten sam sposób, co producent. Podkreśla się te same punkty, używa bardzo podobnych zwrotów. Gdyby nie cytowany tu fragment na stronie producenta, być może nie zwróciłbym na to uwagi.

Ktoś powie, że facet miał prawo tak słuchawki odebrać, opisać itd. Oczywiście, w żadnym razie nie można tego negować. Za to można, a nawet trzeba, weryfikować. Jest to nasze tym razem prawo, jako konsumentów. Czytam przeto jeszcze raz opis producenta o wyważonej tonalności, bogatym basie, przestronnej scenie, wyjątkowej klarowności, jakości studyjnej. Czytam i zastanawiam się, czy aby mówimy o tym samym produkcie. Właśnie w takich chwilach patrzę na pomiary i wiem wtedy, że nie są to ani moje uprzedzenia, ani wymysły. A kto się nie zgadza – niech pokaże własne.

 

A co producent nam dowozi?

Pomińmy zatem subiektywizmy i zbierzmy sobie wszystkie fakty do kupy. Miało być monitorowo – nie jest. Wygodnie – też nie jest. Komfort na cały dzień – nie na moich uszach i głowie. Strojenie jak z kolumn podłogowych – śmiem przeczyć. Zbalansowana tonalność – może na tzw. flat plate, ale nie na uszach ludzkich. Immersja – też słabo. Jakość studyjna – prędzej lampowa w tych 3 kHz, choć fakt faktem mogło być gorzej.

Jedyne miejsca, gdzie można się zatrzymać i zastanowić, to:

  • Bogaty bas – jeśli chodzi o wzmocniony zakres 65 – 270 Hz, to można się poniekąd zgodzić.
  • Wyjątkowa klarowność – ponownie, jeśli liczyć tu wybite 6 kHz, które rzeczywiście zwraca w tym miejscu mnóstwo detali.
  • Obszerna scena – jeśli patrzeć tylko na boki, to tak, mają trochę szerokości.
  • Miękkie pady z „wegańskiej skóry” i odpinany kabel – tak, to możemy na pewno potwierdzić, że rzeczywiście otrzymujemy.

No i teraz mamy dwa scenariusze:

  1. Producent naobiecywał więcej, niż był w stanie dowieźć.
  2. Pierwsze partie dowoziły lepszą jakość w wymienionych aspektach, niż to, co teraz kupujemy.

Czyli mówiąc wprost: albo producent kręci nas w pręta, albo ktoś wykręcił producenta. Nawet się to rymuje.

Obie koncepcje mają bardzo duże prawdopodobieństwo zaistnienia. Sam zresztą byłem świadkiem, gdy jeden z producentów podesłał mi słuchawki zauważalnie różniące się dźwiękiem po BT od wersji produkcyjnej. Nie są więc to odosobnione przypadki. Niemniej materiał o Kiwi Ears Ellipse był dosyć świeży, więc raczej zostajemy się z obietnicami w pewnej części bez pokrycia.

Po prostu propozycja Kiwi Ears nie urzeka niczym specjalnym. Nie zwraca na siebie żadnej uwagi lub przekonuje kładzeniem na stół jakichś konkretów. To propozycja do łatwego odrzucenia lub pominięcia w gąszczu innych modeli, mówiąc wprost. Gdyby chociaż wygoda była zapewniona, można byłoby dyskutować. Ale gdy wygoda dołuje, to i dźwięk nas specjalnie jakoś nie interesuje.

 

Rzeczywistość a oczekiwania

Oczywiście po słuchawkach za te 250-300 zł nie oczekuję aż tak wiele. Na pewno definitywnie mniej, niż od Sony WH-1000XM6 za 2000 zł albo HEDD One za 7000 zł. Wszystkie te słuchawki mają jednak jedną, wspólną cechę – próby wypromowania na ich znacznie lepsze, niż są w rzeczywistości. Tak samo mam wrażenie jest z Kiwi Ears Ellipse.

Wrażeń mam zresztą znacznie więcej. I skojarzeń również. Kiwi Ears Ellipse to taka para słuchawek, która przychodzi na rewię mody, wychodzi w jakichś ciuchach, coś tam pokazuje i odchodzi. Przez cały czas demonstrując obojętność, lekceważenie i zniechęcenie. Słuchawki o banalności dna skarpetki i emocjach na poziomie skórki od banana. A przy tym tak obojętne, że nie tyle nudne, co rozczarowujące.

Najgorsze w nich jest to, że nie są to słuchawki jednoznacznie tragiczne. Są po prostu przeciętne. Tak przeciętne, że aż mdłe. Jak pulpety w studenckiej jadłodajni, gdzie zastanawiamy się nad ich procentową zawartością papieru toaletowego zamiast mięsa. Wystarczyło, że przeciętnej konstrukcji i dosyć przeciętnemu wykonaniu towarzyszy tu przeciętny w swym angażu (tj. obiecanej nam immersji) dźwięk, który ma słyszalne ubytki w tonalności.

Ok, nie oczekuję tu cudów, ale konkurencja tych słuchawek jest ogromna i po recenzji Aetherów jednak spodziewałem się dostać coś znacznie lepszego. Nawet mimo faktu, że inny model Kiwi Ears również wygląda jak klon typowo chińskiego sortu. Bo przecież producent mógł coś w środku grzebać i stroić. Nawet powinien. W rzeczywistości na rzęsach biega wokół nich marketing i ewentualnie recenzenci, co jest niestety smutnym typowym scenariuszem. Sprzęt niedomaga, więc trzeba nadrabiać bajerą.

 

Opłacalność

W cenie 300 zł wolałbym kupić zarówno wymieniane już Philips X2HR, jak i – a może przede wszystkim – Sennheisery HD599SE w promocji. Wolałbym dokładać do znacznie przyjemniej grających ATH-S300BT albo nawet AD500X, jeśli miałoby to być coś stricte stacjonarnego. Tak samo kłaniają się Genesis Toron 531 V2. A jeśli już kupować „klekota”, to stare Superlux HD330 pod modyfikacje. W każdym z tych zakupów byłbym gotów powiedzieć, że są to lepiej wydane pieniądze. Zwłaszcza S300BT, gdzie mamy wygodne wirelessy oraz HD599SE, gdzie otrzymujemy rasowe słuchawki klasy wyższej w cenie jak klasa niższa (jeśli w promce).

Znacznie ciekawsze były dla mnie np. tańsze od nich JVC RX700. Słuchawki o konstrukcji ze wszech miar ciekawszej od Kiwi Ears Ellipse, a i dźwiękiem też bardziej muzykalnym, angażującym, choć z gatunku tych ciepłych. Zakładało się je na głowę, czuło ich manieryczność, tendencyjność, a po chwili zapominało. Bo muzyka zaczynała sama płynąć i wpływać do głowy przez uszy. Tu zaś tego efektu po prostu nie ma. Czy w słuchawkach spędzimy 5 minut, czy 5 godzin, rośnie tylko nasza irytacja ze względu na wygodę. Ba, recenzję kończyłem jak mówiłem siedząc w znacznie mniejszych CASE za 130 zł. Było fantastycznie, zwłaszcza po modyfikacjach i na odpinanych kablach.

Jeśli więc tańsze, zamknięte słuchawki są w stanie dowieźć nam więcej zabawy płynącej z muzyki, i tak samo droższe od Kiwi Ears, to po cóż się kosztować na Kiwi Ears? Albo oszczędzamy i idziemy w sprawdzone, tańsze rozwiązania, albo dopłacamy do tych wyraźnie lepszych. A przynajmniej tak by nakazywała logika. Ta sama, która każe kończyć te pastwienie się i przejście do podsumowania.

 

Podsumowanie

Kiwi Ears Ellipse to słuchawki lecące po równi pochyłej. Na papierze wyglądają sensownie, a od wyjęcia z pudełka jest coraz gorzej. Trochę jak motocykl, w którym poluzowane są wszystkie śrubki. W miarę jazdy robi się coraz bardziej niebezpiecznie, a wszystko dosłownie zaczyna się rozpadać w oczach. Tak samo jest tutaj. Plan był nie powiem, nawet sprytny – ot klasyczne bazowanie na chińskich projektach OEM pod utarg. Niestety ze wszystkimi tego konsekwencjami: przeciętnym wykonaniem, przeciętną wygodą i tak samo przeciętnym dźwiękiem. Słuchawki wypuszczone na siłę, od niechcenia, próbujące rozpychać się łokciami w pułapie 300 zł, a dostające w łeb od wszystkich po kolei.

Zdumiały mnie wklejone na bezczelnego gąbki amortyzujące ucho, robiące za damping akustyczny. Takie rzeczy do tej pory widziałem w najtańszych słuchawkach z marketu lata temu. Krytycznie patrzę też na wykorzystanie konstrukcji OEM twierdząc, że coś tu zostało specjalnie zaprojektowane. Historie o audiofilach i jakości studyjnej to po raz kolejny marketingowe życzenia rozmijające się z faktami.

Z tego powodu przykro mi, ale nie mogę zarekomendować Kiwi Ears Ellipse. W ich obrębie jest zbyt wiele słuchawek lepszych za mniej oraz więcej, które bardziej sprawdzą się nam zarówno w codziennym słuchaniu, jak i pracy z dźwiękiem. Producent tym samym skasował też niestety jakiekolwiek pozytywne wrażenia wobec siebie z recenzji modelu Aether. Ale cóż, albo coś robimy porządnie, albo wcale.


Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie ok. 250-300 zł na polskim Amazonie.


 

Dane techniczne

Cytowane wprost ze strony producenta:

  • Driver Unit – 50mm
  • Impedance – 32 Ohm
  • Sensitivity – 98dB+/-3dB
  • Frequency Response – 20Hz to 20KHz
  • Plug – 3.5mm+6.35mm(1/4 inch) adaptor
  • Cable Length – 3m
  • Headphone Net Weight – 0.28kg
  • Headphone Weight with Packaging – 0.6kg

 

Dane pomiarowe

Pomiary Kiwi Ears Ellipse - Frequency Response + Channel Balance Pomiary Kiwi Ears Ellipse - CSD Pomiary Kiwi Ears Ellipse - THD+N (AVG) Pomiary Kiwi Ears Ellipse - THD+N (Left) Pomiary Kiwi Ears Ellipse - THD+N (Right)

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
  • Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-S300BT, Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Haylou S35 ANC, Sennheiser HD 599SE
  • Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.
Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel bloga Audiofanatyk i autor publikacji ukazujących się na jego łamach. Pasjonat tematyki audio, słuchawek i sprzętu komputerowego, a także miłośnik zdrowego jedzenia, roweru oraz długich spacerów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Logo Audiofanatyk M
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na mój blog i pomoc w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.