Dzięki drugiej już z kolei uprzejmości mojego czytelnika, mamy niepowtarzalną możliwość spojrzenia okiem na bardzo wyjątkowe słuchawki: Focal Stellia. To najwyższy model zamknięty z oferty francuskiego producenta i choć trafia on w moje ręce dość późno, bo wiele lat po premierze, absolutnie nic to straconego. Jako fanatyk słuchawek i ogólnie świadomego audio, traktuję swoje działania jako nie pogoń za nowościami, choć to też ma swoją wartość, a za faktami i liczbami. Dlatego jestem niesamowicie wdzięczny za jakąkolwiek możliwość ich podsłuchania, przetestowania i pomierzenia. Zwłoka jest wręcz zaletą w tej sytuacji, ponieważ swoją recenzją nie buduję komukolwiek niechcący „bezpiecznika”. Nie będą to więc wskazówki jak ktoś ma pisać własną recenzję, aby stwarzać wrażenie wiarygodności lub uniknąć niebezpiecznych zagadnień, których normalnie nie dałoby się ustalić. Każdy to już uczynił i dawno poszedł dalej.
Tymczasem celem każdej recenzji powinno być jak najrzetelniejsze przedstawienie stanu faktycznego, a nie tylko swojego własnego, subiektywnego punktu widzenia. Dla mnie akurat to bardzo proste zadanie, jako że pomiary pokażą mi to, czego ucho nigdy nie będzie w stanie wykryć. Stwarza to też bardzo ciekawe możliwości właśnie z perspektywy bycia „w ogonie” i na cenzurowanym, niczym „recenzent wyklęty”. Oto bowiem mogę rozsiąść się wygodnie na fotelu i powiedzieć „sprawdzam” nie tylko samym słuchawkom. Mogę to uczynić również wobec dotychczasowych ich opisów, wizerunku wykreowanego na ich rzecz. Wy również możecie się przy tym rozsiąść wygodnie, przynieść wiadro popcornu i podziwiać, cóż to za dziwy z takiego postawienia sprawy wyjdą.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez jednego z czytelników, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.
Diametralnie inna forma recenzji niż zazwyczaj
Wszystko wzięło się ze względu na specyficzny problem z uczuciem szczelności tego konkretnego egzemplarza. Wiedziony ciekawością genezy zjawiska, rzuciłem okiem pod kątem recenzji trzecich w poszukiwaniu podobnych objawów. Oczywiście nie napotkałem ani jednej wzmianki na ten temat. Za to zwróciłem uwagę na dwie szczególnie wyróżniające się wizje opisowe:
- Stellie to wspaniałe słuchawki, pozbawione absolutnie jakichkolwiek wad. Pięknie grają wprost z pudełka, a każdy, kto ma do nich uwagi, sam pewnie popełnił gdzieś błąd.
- Stellie może i mają drobne wady, ale to nadal wspaniałe słuchawki, jeśli tylko dać im równie wspaniałe okablowanie. Za sowitą część kosztu samych słuchawek, rzecz jasna.
Pierwszą wizję nakreślił portal czasopisma audio, które nie stroni – wg relacji samych komentujących na Facebooku – od wspierania się tam treściami z AI. Tyczy się to zwłaszcza wpisów o kablach, pełniących rolę tzw. ragebaitingu.
Druga należy do autorskiego bloga audio-filozoficznego, znanego z poetycko-barokowego stylu pisania. Ale i powoływania się również tu i tam na treści generowane przez AI.
Tak mnie obie te koncepcje zafascynowały, że postanowiłem potraktować recenzję Focal Stellia jako okazję do swoistej kontroli krzyżowej poprzez dorzucenie trzeciej: pomiarowo-weryfikacyjnej. Niech działa ona jako pożądana równowaga wobec opisów pisanych wyłącznie na słuch (o ile pisał je człowiek).
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że konfrontowanie ze sobą innych opisów tego samego sprzętu może być odebrane jako kontrowersyjne. Moim celem nie jest jednak ocena innych autorów (dlatego nie podaję nazw portali), a jedynie weryfikacja faktów i aspektów technicznych w interesie czytelnika. W świecie, w którym granica między opiniami, marketingiem a treściami AI staje się niewidoczna, jedynym rzetelnym arbitrem staje się naprawdę już tylko aparatura pomiarowa i elementarna fizyka. Będzie to więc jedynie analiza porównawcza i co najwyżej krytyka konsumencka, choć mam nadzieję, że – jako eksperyment – ciekawa.
Jakość wykonania i konstrukcja
Zacznijmy może standardowo. Focal Stellia przychodzą do nas w naprawdę królewskim opakowaniu. Gdyby nie istnienie Utopii, rzekłbym, że to najwyższy ich model, flagship nad flagshipy. Aczkolwiek sprowadza się to tylko do ogólnej prezencji. Im bardziej zaczniemy bowiem analizować pakowanie Focal Stellia i porównywać je do np. Celestee, okaże się, że mamy do czynienia z praktycznie tym samym pakietem.
Różnice względem Celestee sprowadzają się właściwie tylko do:
- innej kolorystyki słuchawek i etui,
- okablowania w oplocie,
- perforowanej skórki na obiciu pałąka,
- ładniej wykończonego pudełka w okleinie imitującej skórę,
- „odwróconych” padów (materiał po stronie wewnętrznej części brzegu aniżeli zewnętrznej).
I tak naprawdę tyle z zewnątrz. W środku? Przetworniki aluminiowo-magnezowe zastąpiono berylowymi. Jak sądzę chodzi tu o materiał napylenia membran. Znów jednak – żadnej rewolucji, nowej konstrukcji, nic z tych rzeczy. To wciąż ta sama rama nośna, ten sam mechanizm wysuwania czy te same muszle i puszki. Gdyby nie wykończenie, można byłoby ulec wrażeniu, że to cały czas te same słuchawki, tylko w innej wersji kolorystycznej.
Wygoda i ergonomia są powiedzmy średnie. Słuchawki jednak swoje ważą, czuć je na głowie, zaś okablowanie jest dosyć sztywne i rzutuje na wygodę obsługi. Do tego stopnia, że Właściciel zamówił u mnie swego czasu okablowanie z serii ACX. Domyśliłem się, że powodem zmiany kabla było właśnie to, więc postanowiłem w trakcie bytności pakietu u mnie go przerobić. W efekcie dostał jeszcze bardziej ergonomiczny kabelek, zaktualizowany do najnowszej linii Audionum, ale też coś ekstra. Ale tego już nie będę ujawniał, aby nie spalić niespodzianki.
W każdym razie, jak na pakiet za 13500 zł, czuję się nienasycony. Być może wszystko jest winą właśnie Celestee, a które też testowałem, a które kosztują „tylko” 4800 zł. Do nich też będę robił tu często porównania.
Jakość dźwięku Focal Stellia
Bas jest zakresem całkiem w porządku (nie licząc wspomnianego defektu słuchawek – o tym za moment). Równiejszy i bardziej kompletny, niż miało to miejsce w Celestee. Problemem jest jednak to, że przesuwa typowy dla tej serii ubytek w paśmie zaraz po basie z przełomu wyższego basu i niższego środka na przełom ze średnicą właściwą.
Co to daje w praktyce? Upośledzone łączenie się basu ze środkiem, efekt przyciemnienia, trochę wycofania i delikatnie zaznaczającą się sztuczność. Wokaliści mają mniej energii, a ich głosom brakuje blasku. Owszem, jest gładko, z treścią, ale w tych pieniądzach spodziewałem się czegoś innego. I na pewno nie było tym czymś danie się przegonić w bezpośrednim starciu znacznie tańszymi Celestee.
Sopran kontynuuje odpust energii, siląc się za to na dokładnie ten sam szczyt w 6 kHz, co Celestee. Tam jednak brzmiało to równiej, świeżej, bowiem słuchawki lepiej radziły sobie z tym, co znajduje się za górą w 6 kHz. W efekcie ma się wrażenie, że Focal Stellia grają gładką i bardziej spokojną górą, w której w jednym miejscu następuje agresywne doświetlenie. Nie jest to strojenie prawidłowe, ale mające swoje wytłumaczenie. Prawdopodobnie wiem bowiem, dlaczego dokładnie tam się owy wyrzut energii znajduje.
Z tej perspektywy jest to rzeczywiście bardzo przemyślany ruch i mówię to całkowicie poważnie. To bowiem tak, jakby Focal celował Stelliami w audiofilów lubiących ten ciepły, może wręcz aż parny, sznyt w dźwięku. A mimo to – chcących usłyszeć detaliczność góry tak, jak mieli ku temu okazję dawniej lub na innych słuchawkach.
Na koniec pozostają wrażenia sceniczne – ale niestety, nie są one specjalnie spektakularne. Ot typowa scena, trochę w stylu Elearów, czyli poprawna, ale mała i zwarta. Wyjątkowo więc dla fanów tego legendarnego już poszerzacza scenianu – jeśli ktoś jest nastawiony na czarowanie scenicznymi doznaniami, to raczej nie pod tym adresem.
Co nam to daje sumarycznie
Muszę przyznać, że nie pamiętam sytuacji u Focala, gdy słuchawki grały tak specyficznie. Nie powiem, da się mimo wszystko tego słuchać, ale po prostu nie jest to strojenie na pułap 13500 zł, którego bym oczekiwał. Patrząc po pomiarach ma się wręcz wrażenie, że to „nieco inne” Celestee, swoista wariacja na ich temat, a nie rewolucja. Jakościowo nawet bym rzekł – regres.
Całokształt dźwięku Focal Stellia jest inny niż Celestee, z czego zauważalnie lepiej prezentują się te drugie. Jednocześnie obie pary wydają się być bardzo mocno z jednej parafii. O bezpośrednim porównaniu powiem nieco więcej za moment, ale chciałbym wrócić do defektu.
Przy założeniu słuchawek ma się wrażenie, że lewa strona jest głośniejsza, a prawa mniej szczelna. Pomaga docisk prawego nausznika do głowy, ale nie rozwiązuje wrażenia nieszczelności. A co również boleśnie widać będzie na wykresach. Niemniej, pozwala to na przeprowadzenie w dalszym ciągu testów odsłuchowych bez specjalnego problemu. Ot drobna niedogodność.
Dźwięk z jednej strony wydaje się być przyjemny, zwarty, ale z drugiej nierówny, nienaturalny. Dlatego na prowadzenie wychodzą Celestee, których słuchało mi się nie ukrywam zauważalnie przyjemniej. Były od Stelli po prostu bardziej kompletne, mimo iż różnica jest mała. Wystarczy jednak trochę więcej energii tu czy tam, mocniej wyciągnięty próg 10 kHz, w innym miejscu umiejscowiony dołek przy basie i cyk – spora część uwag znika.
Daje to nam całościowo słuchawki trudne w jednoznacznej ocenie, nierówne akustycznie, bardzo kapryśne co do alokacji energii i wyborze utworów. Czy po to kupujemy sprzęt za takie pieniądze, aby nie móc słuchać całości naszej muzyki? Zakładam, że nie. Wręcz przeciwnie – chcemy, aby zagrały każdy album piękniej niż to, co mieliśmy do tej pory. Ale może właśnie stąd wzięło się powiedzenie „lepsze jest wrogiem dobrego”?
Mają swój urok, ale…
Piszę to mając świadomość, że te słuchawki często grają nawet miło. Trochę nawet podobnie charakterem, co T+A Solitaire T. Potrafią być przyjemne i poprawnie, ale w wolniejszej i mniej skomplikowanej muzyce. Tam, gdzie struktura muzyczna zaczyna być bardziej złożona, słuchawki momentalnie odkrywają swe karty. W jednym miejscu pojawia się niepotrzebne wycofanie, uczucie lekkiej duchoty, letniej parności. Jednocześnie w innym mamy zastrzyk detali, ataku, przyspieszenia i wrażenie niepotrzebnej, zbędnej wręcz, chropowatości.
Naturalnie nie czerpię absolutnie najmniejszej przyjemności z krytyki drogiego sprzętu audio tylko dlatego, że jest drogi. Nie sprawia mi satysfakcji, że oto drogi model dostał po uszach, choć przecież tak go chwalono. Tym bardziej, że Właściciela słuchawek poznałem w cztery oczy i jest to naprawdę przesympatyczna, autentycznie miła osoba. A ja nie cierpię sympatycznym i miłym osobom mówić niemiłych rzeczy o ich słuchawkach.
Problemem nadrzędnym z Focal Stellia jest mój brak możliwości znalezienia jakiegoś znaku równości między tym, co oferują, a tym, ile kosztują. Nie umiem doszukać się w nich sensu istnienia. Jeśli mamy ich bratnie Celestee za znacznie mniej, które grają czyściej (!), to jaki jest sens egzystencji Stelli? Łatwo je napędzić, zagrają dobrze z naprawdę byle czego, owszem, ale robią to bez żadnej nadrzędnej idei, celu, zastosowania.
Przykładowo:
- Syntezatory? Odpadają, za krótkie spektrum pasma, za potulnie.
- Elektronika? Fajny bas, ale poza tym trudno o efektowne brzmienie.
- Ambient? Paradoksalnie ten gorszej jakości jest znośny, ale na ogół brakuje sceniczności, powietrza.
- Akustyczna i neoklasyka? No tu jeszcze coś można zdziałać, czyli w muzyce akustycznej, wolnej, kameralnej, a przede wszystkim kręcone na dużą głośność.
Tak więc jak widać, producent raczej stawia tu wszystko na jedną kartę. A co też łączy się trochę z przytaczanymi T+A i faktem, że obie pary mają tego samego właściciela.
Brutus z Rumunii
Katem tych słuchawek stały się jednak nie Celestee, a coś zupełnie innego. Mowa o Meze 105 AER, których jestem prywatnie właścicielem. Te słuchawki mają swoje wady, ale też mnóstwo zalet, dzięki którym dzielnie trzymają się w przedziale 1500 zł.
Meze założyłem dokładnie w tym momencie, gdy myślałem już, że znalazłem Stelliom zastosowanie. Wolniejsza muzyka, spokojniejsza, pojedyncze dźwięki. Trochę neoklasyki, tradycyjnych instrumentów, atmosfera, chóry przepiękne. Mówiąc krótko – Austin Wintory. Dawno nie słuchałem go tak intensywnie, jak przy tej okazji. Ale to po założeniu Meze oczy zaczęły robić mi się mokre, nie na Focalach. Tam zabrakło ładunku emocjonalnego, było parno, gwarno, ale marno. W Meze zaś pojawiła się immersja sceniczna, trąbki się otworzyły, niebo rozjaśniło, emocje za serce i oczy chwyciły. Pierwsze ściśnięte, drugie zapocone. Spłynął na mnie po raz kolejny splendor geniuszu Austina, którego słuchać uwielbiam, ale dozuję oszczędnie, aby móc podziwiać właśnie w takich momentach.
Tylko właśnie – to nie powinien być przypadkiem moment Focali? Ich konik, ten „wyszukany” i specjalnie wyselekcjonowany album audiofilski, który pokazałby wszystkiemu innego jak marnej jest jakości? Ten scenariusz się sypie, bo nie tak miało być. Dlaczego siedzę w Meze? Czemu powstrzymuję na nich co sił łzy przy wokalach z Journey?
To jedna z tych chwil, gdy pomyślałem, że jednak jestem im wdzięczny. Normalnie nie przyszłoby mi do głowy spróbować takiej kombinacji, gdyż Meze lubiłem raczej w gatunkach elektronicznych. A tak ograniczyłem się tylko do nich przy tej dokładnie muzyce i w efekcie głęboko wzruszyłem. Focale niestety nie były w stanie mi tego dostarczyć, wywołać tak gwałtownych odczuć w tak dużej skali. Ta różnica staje się jednocześnie skalą ich porażki i symbolem upadku po otrzymaniu „kosy” od „rumuńskiego Brutusa”.
Zastanawiający balans kanałów
Tu już kłaniać się będzie wspomniana przypadłość tej konkretnej sztuki i powód, dla którego na inne recenzje jak pisałem swoją uwagę w ogóle zwróciłem. Przyczyna takiego stanu rzeczy może być różna. Sam stawiałbym na bliżej nieokreśloną nieszczelność na poziomie konstrukcji muszli lub padów. Nie widzę jednak, aby egzemplarz uległ upadkowi, miał widoczne uszkodzenia, pęknięcia, albo jeden pad był gdzieś rozpruty/nieszczelny. Słuchawki obejrzałem bardzo dokładnie, porównałem wizualnie z Celestee, dokładnie przyjrzałem się wszystkiemu i niczego nie zauważyłem. W środku też wszystko wygląda w porządku. Słuchawki można powiedzieć absolutnie nienaganne.
Jest jeszcze szansa, że kapsuła drivera zaczęła się odklejać od talerza, ale wówczas nie byłoby przełożenia na wrażenie szczelności. Plus podczas pracy zauważyłbym to na wykresie przy tak wysokim SPL.
Możemy spekulować, czy wystąpienie takiego problemu w innej recenzji w ogóle zostałoby udokumentowane. Wszystko zależy od etyki dziennikarskiej i procedur panujących w danej redakcji. Sam osobiście zawsze liczę się z możliwością otrzymania produktu z defektem. To najczęściej mocno „bite” demówki, a w przypadku nowych produktów nawet w transporcie coś może się stać. Kontaktuję się wówczas ze podmiotem, który przysłał mi sprzęt na test, opisuję co i jak, zostawiam decyzję co robimy dalej. Te są różne, bo od rezygnacji z recenzji całościowo po zielone światło na dalsze prace. Na ogół jednak następuje wymiana na inną sztukę, choć zdarzało się, że przychodziła grająca inaczej. Wówczas mam w rękach dowód na to, że do testów przysłano tzw. „selekta” i próbowano w ten sposób wprowadzić nas wszystkich w błąd.
W przypadku produktów Focala styczność miałem wyłącznie z egzemplarzami używanymi. Nigdy nie otrzymałem propozycji testów oficjalnych. O ile więc ryzyka otrzymania „selekta” nie ma, trudno jest jednoznacznie rozsądzać temat kontroli jakości. Po prostu charakter i wielkość próbki kontrolnej w ramach tego producenta na to nie pozwala.
Recenzja A: brzmienie Focal Stellia wg portalu branżowego czasopisma audio
Recenzent przekonuje tu, że jako ich przyszli nabywcy będziemy czuli się oczarowani ich dźwiękiem. Słuchawki mają być cudowne, zjawiskowe, a jeśli coś zrobią źle, to winę za to ponosi wszystko, tylko nie one. Stellie mają grać „wybornie, barwnie, witalnie, dynamicznie, dźwięcznie”. A po kilku dniach odsłuchów w zasadzie „nie ma się już do nich uwag krytycznych”. Potencjalnych problemów szukać należy najczęściej w obrębie płyt, które w przypadku słabego nagrania „nie zwalały z nóg” na Stelliach.
Gdy nagrania są idealne, perfekcyjne i dokładnie dopasowane pod słuchawki, bas staje się „wzorowy” pod kątem „rozpiętości dynamicznej” oraz „barwy”. Swoją drogą, jest to pierwszy raz, gdy spotykam się z pojęciem „barwy basu”.
Środek pasma? Tu również jest ciekawie, bo bez „ściemniania” dźwięku i prób jego „zagęszczenia”. Pisano też, że słuchawki nie mają w sobie „manipulacji” polegających na „osłabianiu projekcji detali” albo „szarpaniu konturów dźwięków”.
Sopran? Ten ma być „ultraczysty” do tego stopnia, że na podstawie wybrzmień możemy bez problemu określić rozmiar pomieszczenia. Zaczepiamy tu zakładam już o scenę, ale nadal opisywane są w jednoznacznych superlatywach.
Opisy te – co ważne – zostały poczynione na słuchawkach fabrycznych, z fabrycznym kablem i w treści nie rekomendowano ich wymiany. Recenzja Focal Stellia jest tu więc jednoznacznie pozytywna, będąc przy tym kompletnym przeciwieństwem mojej. I super. Jako czytelnicy (bo ja również pełnię taką rolę gdy czytam treści trzecie) mamy możliwość samodzielnej oceny jakości dwóch kompletnie odmiennych recenzji. Zapomnijmy na moment, że jestem autorem jednej z nich. W Polsce nikt się nie zajmuje słuchawkami pomiarowo na takim poziomie, więc będę starał się zachować jak największą neutralność podczas szukania korelacji między obiektywnymi danymi pomiarowymi, a subiektywnymi odczuciami tego konkretnego autora.
Zmiękczanie dźwięku słowem
Recenzent tłumaczy i przekonuje, że Stellie powinny mnie – jako ich przyszłego użytkownika – „zaszokować wyglądem, brzmieniem i ceną” w tym pozytywnym znaczeniu oraz zapewnić „wybitny wgląd w nagranie”. Ambitne to zapowiedzi, brzmiące chwytliwie, ale nie są to przecież słuchawki studyjne lub analityczne. Prawdopodobnie recenzent próbuje w ten sposób przekazać nam dyskretnie informację o „strzale” SPL w 6 kHz. On to bowiem lubi powodować takie odczucia i zależnie od kondycji naszego słuchu, możemy to przedstawić w tekście albo pozytywnie, albo negatywnie.
Czytamy też, że scena jest „kapitalnie przejrzysta”. Określenie to ma oddawać „mnogość powietrza”, „oddech” i „mikrodetale”, które „wyłaniają się z ciemnego tła”. Te zaś ma być „aksamitne”.
Skupmy się na ciemnym, aksamitnym tle. Ciemne tło generalnie może mieć wzmacniacz (gdy nie szumi, czyli ma niski noise floor). Słuchawki co najwyżej mogą przejawiać czystość w tym zakresie. Czy 0,2-0,5% THD+N, dosyć mocno poszatkowane i niejednorodne, jest aksamitne? O dziwo – wedle ichniej semantyki – może być.
Aksamit kojarzy się z lekkim połyskiem, a więc jak sądzę recenzent próbuje w ten sposób zaszyć w tekście wrażenie przebłysków zniekształceń. Realnie nie jest w stanie tego zrobić na słuch, ponieważ ten jest wielokrotnie mniej czuły i ograniczony zakresowo, niż mikrofony pomiarowe. Ale jego głęboka wiara w to, że tak nie jest, zmienia rzeczywistość: otwiera górę, pogłębia dół, poszerza scenę. Na słuch wszystko będzie działać jak w zegarku i tak też się dzieje.
Focal Stellia są dalej opisywane jako „otwarte, precyzyjne, ale nie sterylne”. Prawdopodobnie cały czas kręcimy się wokół wspomnianego zakresu 6 kHz. Brak sterylności wynika z faktu, że słuchawkom towarzyszą ubytki w tym miejscu. Mimo nierównomiernego rozkładu energii, wg autora nie są „agresywne” i „natarczywe”. To prawda, ale znów tylko wtedy, gdy poznamy charakterystykę pasma przenoszenia w okolicach 6 kHz. Inaczej akustyczną wadę można będzie zaprezentować jako zaletę.
Aczkolwiek to nie wszystko…
Słychać natarczywość, czy nie słychać?
Bez indywidualnego audiogramu nie da się określić co dokładnie może usłyszeć recenzent. Tym bardziej, że w tej grupie zawodowej nie prowadzi się żadnych regularnych badań statystycznych, ani nie publikuje takich audiogramów (w końcu to dane medyczne). Recenzent napisał jednak, że ze słuchawkami musiał spędzić kilka dni. To ważne, bo w ten sposób wymusił na swoim słuchu nic innego, jak klasyczną adaptację akustyczną. Mówiąc wprost: prawdopodobnie słuchał ich tak długo, aż je polubił. Słuch bombardowany zwiększonym ciśnieniem w 6 kHz zaczął się poddawać i adaptować do warunków pracy.
Autor recenzji usprawiedliwia brak natarczywości chwaląc go, że w efekcie „koncentrowanie uwagi na pojedynczych dźwiękach i instrumentach jest dziecinnie łatwe”. Trudno jest mi zgadnąć na czym ma polegać owa łatwość. Być może chodzi o zachowanie się słuchawek z pojedynczymi, prostymi dźwiękami? Sprzyja im trochę THD w tym zakresie, jak również rzeczywiście grają wtedy naturalniej. Bo jeśli nie ma zbyt mocnych wybić/ubytków sąsiadujących, to i nie słychać ich nierówności. Jest to tzw. efekt maskowania częstotliwości.
Samo istnienie tego zjawiska (a przynajmniej nikt jeszcze nie zdążył go podważyć) jest tutaj znamienne. Stawia bowiem ogromny znak zapytania nad każdym opisem tworzonym na słuch. To więc nie jest tak, że pomiary stosujemy dlatego, że jesteśmy „głusi”, a dlatego, że nasz słuch zbyt łatwo daje się oszukać. Potrzebny jest obiektywny bezpiecznik, który będzie pełnił od razu rolę weryfikatora tego, co słyszymy. To właśnie dlatego zdecydowałem się jakiś czas temu zaoferować m.in. tej konkretnej redakcji wykonanie – nawet na próbę – takich pomiarów kontrolnych. Los akurat tak chciał, że okazja sama się nadarzyła wraz ze Stelliami. Ileż więcej pewności autor recenzji miałby wobec swojego tekstu, gdyby dokładnie wiedział co słyszy i dlaczego? Można tego już tylko domniemywać.
Natomiast czy recenzja została napisana przez sztuczną inteligencję? Akurat w tym wypadku nie wydaje mi się.
Zderzenie z rzeczywistością na przykładzie sopranu i czystości
Skoro AI niczego nie wygenerowało, pozostaje się kwestia subiektywności słuchu w starciu z rzeczywistością. W treści recenzji padło określenie, że sopran w Focal Stellia jest „ultraczysty”. Zasługi doszukiwano się w zastosowaniu „berylowych głośników” i stwierdzono nawet, że „wysokie rejestry są poza konkurencją”. Tymczasem w praktyce uzyskałem bardzo przeciętne wyniki.
Lewy przetwornik okazał się gorszy od prawego przebiegiem (-48 dB vs -52 dB THD+N, dla 1 kHz). W trakcie przebiegu najbardziej wybijają się zniekształcenia w 6 kHz, osiągając „lampowe” 1,4-1,6%. „Lampowość” wynika z tego, że bardzo często zniekształcenia wzmacniaczy lampowych oscylują w okolicach 1%, nierzadko wyższych. To dla nich typowa granica THD. Wbrew twierdzeniom niektórych audiofilów, zniekształcenia są parametrem słyszalnym, a im wyższe, tym łatwiej usłyszeć „brudny”, „chropowaty” dźwięk.
Pierwsza moja myśl była taka, że to kwestia egzemplarza. Ale zdumiewająco – wcale nie. Bliźniacze Focal Celestee mają bardzo podobny przebieg FR i identyczne wybicie w 6 kHz. Jest tylko drobny szczegół – wypada w tym miejscu na granicy 1% (dokładnie 0,96%).
Możemy się tylko domyślać się, że recenzent słuchawki „usłyszał” na dużym SPL, gdzie sprzęt zagrał z na tyle wyraźnym THD, że słuch to zarejestrował. Przy takim głośniejszym słuchaniu (tendencja popularna w audiofilskich gronach) rzeczywiście jest to możliwe. A to, co usłyszał, potraktował jako klasyczne „O! Słyszę zmianę!”. Paradoksalnie mózg mógł zinterpretować to jako coś pozytywnego tylko dlatego, że było głośniejsze. Na podobnej zasadzie funkcjonuje zjawisko loudness. Głośniejszy dźwięk = lepszy.
Tak więc nie udało mi się pomiarowo potwierdzić subiektywnych deklaracji autora recenzji o „ultraczystości” i „pozakonkurencyjności” wysokich rejestrów Stelli. Gdyby rzeczywiście słuchawki takie były, zobaczylibyśmy to w wynikach. Tymczasem nie można usłyszeć czegoś, czego fizycznie nie ma. Co najwyżej może się wydawać, że jest. I tak pewnie zadziało się tutaj oraz w setkach innych recenzji pisanych tak samo źle, czyli na słuch.
Recenzja B: brzmienie Focal Stellia wg filozoficznego bloga audio
Druga recenzja przyjęła zupełnie inną formę: recenzji głównej a potem suplementu. Recenzja główna promuje same słuchawki, zaś suplement czyni to z perspektywy drogiego kabla audiofilskiego DIY za 3500 zł.
Opis dźwięku Stelli jest wykreowany tak chaotycznie, że nie sposób czegokolwiek z niego zrozumieć. Przekopując się przez tony określeń astronomicznych, niezwiązane anegdoty, opisy innych słuchawek, dochodzimy wreszcie do jakichkolwiek konkretów. Stellie okazują się być słuchawkami „bardziej po kobiecemu radosnymi”, ale z cechami męskimi. Tymi są „bas niski, dźwięk mocarny i 100% wypełnienie”. Focalowa „pełność brzmieniowa” ma wynikać z braku „odfiltrowanych sopranów” jak w Utopiach. Czytamy o „obrazie brzmieniowym”, który jest „bliski, mocny treściwy, jednowymiarowy”. Opisuje się fragmentaryczną wyższość Utopii nad Stelliami, zwłaszcza w kontekście sopranu.
Doszukać można się jedynie określeń ogólnych, jak np. „frontalny atak na całej linii pierwszego planu”. Bas ma się zaznaczać i „nie mieć zniekształceń” (tu możemy to potwierdzić), sopran „tak nie skarżyć”, a wokaliści są „więksi, ciężsi, dojrzalsi i bardziej pewni siebie”. Całe brzmienie ma być „wypukłe”, choć posiadające w sobie „uproszczenia”. Do tego stopnia, że recenzent sam dla siebie by tych słuchawek nie kupił, tylko Utopie.
Niestety mój obecny poziom pojmowania wyklucza zrozumienie tak gęstego filozoficznie tekstu. Nie dowiedzieliśmy się praktycznie nic o tym jak słuchawki grają. Są tu jedynie zgrubne określenia, opisy, anegdoty i luźno rzucane analogie. W drugiej części recenzji, słuchawki podłączone pod przenośny sprzęt miały odnaleźć „zagubione relacje przestrzenne” i mieć „przekonujący realizm” oraz „mocną treść z akcentami na bas i średnicę”. Czyli jak rozumiem, recenzent określa Focal Stellia jako słuchawki ciepłe i basowe, a dopiero z przenośnym DAP-em pojawia się scena wielowymiarowa.
W tym miejscu wrócić do kwestii audiogramów, zwłaszcza, że autor recenzji jest już w zaawansowanym wieku. Jako czytelnicy nie wiemy, czy jego preferencje sopranowe (Utopie > Stellia) nie wynikają właśnie z aktualnych uwarunkowań słuchowych.
Ale jest coś jeszcze.
Krok do tyłu, dwa kroki do przodu
To, co wyraźnie odróżnia tą recenzję od poprzedniej, to wyczuwalna oszczędność w konkrety oraz brak pełnego zadowolenia recenzenta z testowanego produktu. Producenci – mimo posiadania wyraźnej gradacji oferty – raczej nie lubią porównywania między sobą produktów na zasadzie kontry. Nie tylko konkurencyjnych, ale i własnych. Bardzo też nie lubią krytyki zaważającej na rekomendacji danego produktu, lub nie. W tym wypadku zastosowano coś bardzo ciekawego, bo krytykę w podsumowaniu określono mianem szczerości. Zgadzam się więc z recenzentem, że „lepiej pisać szczerze, acz niekonwencjonalnie, niż sztampowo”. Aczkolwiek polemizowałbym, czy napisanie recenzji konkretnie i normalnym językiem, aniżeli z pogranicza romantyzmu, baroki i astronomii, jest sztampą.
Ciekawy zabieg o którym mówiłem to oddanie w tej recenzji pola. Stwierdzenie, że słuchawki względem najwyższego modelu producenta nie do końca podeszły. Zachowuje to całkowicie normalną i logiczną kolej rzeczy: słuchawki za 13500 zł są gorsze od flagowca tego samego producenta za 18000 zł. Każdy się z tym zgodzi, bo przecież po to producent wypuścił Utopie, aby były najlepsze w ramach swojej oferty. A także odzwierciedlały ten sam układ, jaki panuje w portfolio głośnikowym tego słynnego producenta z Francji.
I tu właśnie szturmem wbija się wspomniany suplement na temat cudownego remedium na sposób grania tych słuchawek. Takie „dopieszczanie perfekcji” kablem to coś, co audiofile wprost uwielbiają. Oto produkt gorszy, mające swoje ubytki i przywary, może zostać podciągnięty przez kabel. Ten sprawia, że Stellie miały „nareszcie grać”, a skala zmian to „różnica duża z małej”. Jeden element, który miał wprowadzić spektakularną wręcz przemianę w Stelliach. Tak wielką, że suplement opublikowano 4 dni po premierze recenzji głównej. Dźwięk miał się stać „całkiem inny”, miało „przybyć sopranów”, a z „pałskawego i suchawego stał się bardziej trójwymiarowy, wilgotniejszy, kuszący”.
Jednym słowem, skala zmian spowodowała, że recenzent wziął na siebie winę za nie uwzględnienie tego opisu w recenzji głównej.
Co tak naprawdę tu zaobserwowaliśmy
W rzeczywistości jest to bardzo popularna metoda podbijania dwóch różnych produktów jednocześnie lub promowania jednego na plecach drugiego. W niektórych przypadkach jest to też bardzo sprytne wybrnięcie z recenzji nadrzędnej, która została napisana zbyt krytycznie i nie do końca pasuje zleceniodawcy. Celowo nie używam słowa „szczerze”, bo o szczerości intencji można byłoby mówić tylko wtedy, gdy ma się co do niej pewność.
Aby móc zweryfikować rzeczywisty wpływ okablowania na dźwięk, powinniśmy mieć zarówno odpowiednią metodykę testową, aparaturę pomiarową, ale też rzeczone okablowanie w rękach. W tym wypadku nie było ma nawet takiej konieczności. Kablem, o którym tu mówimy, jest niesławny Tonalium. Ten sam, w sprawie wypożyczenia którego miała miejsce interwencja z zewnątrz. Mimo to miałem przyjemność go testować i to – zgodnie z twierdzeniami producenta, które mam na piśmie – w formie tego jednego, jedynego egzemplarza, który kiedykolwiek powstał. Chyba, że było więcej egzemplarzy. Naprawdę bowiem trudno inaczej wyjaśnić rozbieżność między deklaracją producenta o istnieniu tylko jednego egzemplarza, a obecnością nadmiarowego w recenzji Stelli.
Problem tkwi jednak w czymś zupełnie innym. Ten kabel w najmniejszym stopniu nie wpłynął na dźwięk, a co udowodniłem bez problemu pomiarowo. Nie ma więc szans, aby mógł on wpłynąć na Stellie, co stawia nie tylko cały suplement, ale i główną recenzję, w bardzo niejednoznacznym świetle. Tonalium staje się bowiem kosztownym rozwiązaniem problemu, który w rzeczywistości nie zachodzi. Paradoks może więc polegać na tym, że recenzja główna rzeczywiście została napisana zbyt krytycznie i jak na ironię – szczerze. Wszystko tylko po to, aby po czterech dniach przekreślić to suplementem, który powstał nie wiadomo w jakim celu, rodem jak z pokazów drogich garnków, tak szczerze mówiąc.
Marketing audiofilski i konflikt interesów
Problemem jest też nieuchwytność i sztucznie kreowana aura tajemniczości wokół Tonalium. Kabla nie można oficjalnie zakupić, nie ma żadnego cennika, sklepu, dystrybucji i tak naprawdę nikt się do niego nie przyznaje. Udostępniane informacje wzajemnie się wykluczają, ale gdy przychodzi do zamówienia i zakupu, kontakt i sam kabel bardzo szybko się znajdują.
Dlatego trudno nie odnieść wrażenia, że Stellie zostały wykorzystane jako podkład dla specyficznej formy marketingu narracyjnego. Sugerowanie, że słuchawki za 13 500 zł „nie grają” tak dobrze bez kabla za 3500 zł, to liczenie na naszą obawę przed potencjalną utratą jakości. Przy 13500 zł, sam kabel za 3500 zł wydaje się być „okazją” w porównaniu do Stelli i „sekretnym sosem”, który ma uzasadniać decyzję o zakupie obu produktów. A być może później kolejnych kabli, których przecież – przypomnę – nigdzie nie można oficjalnie kupić i nikt oficjalnie nie produkuje, bo oficjalnie nie istnieją.
W efekcie recenzja i suplement mogą być:
- Ukrytą kryptoreklamą – słuchawki służą tylko temu, aby przemycić produkt dodatkowy jako obiektywną rekomendację.
- Cross-sellingiem – oferowaniem produktu uzupełniającego, który ma rzekomo odblokować pełny potencjał słuchawek. Ten opisano tak entuzjastycznie, że nawet ponoć „szum tła” się zwiększył.
- Sugestywnym marketingiem – dopłata 25% ceny słuchawek za „święty spokój” i „zamknięcie tematu brzmienia” ma wydawać się psychologicznie uzasadniona.
Choć autor obszernie opisuje swoje subiektywne odczucia związane ze słuchawkami, już samo stwierdzenie „zwiększenia szumu słuchawek” podważa ich autentyczność i stoi w sprzeczności z elementarną fizyką. Kabel musiałby mieć w sobie wbudowany wzmacniacz aktywny, a więc przestałby być kablem – te z natury rzeczy są elementem pasywnym. Przypisywanie mu właściwości, których nie ma prawa posiadać, można więc rozpatrywać negatywnie jako wprowadzanie odbiorcy w błąd. Nie jest to już typowa, subiektywna recenzja jak poprzednio, a piękna opowieść marketingowa, promująca magiczny kabel za 3500 zł, który w rzeczywistości nic nie robi.
Różnica między pierwszą a drugą recenzją
Sytuacja z pierwszą recenzją była znacznie bardziej klarowna, gdyż tam zawsze można byłoby się wybronić subiektywnym odbiorem słuchawek w taki a nie inny sposób. Każdy do subiektywnego zdania ma przecież święte prawo. Nawet, jeśli ktoś potem przyjdzie z pomiarami i powie „sprawdzam”. Znacznie gorzej wygląda to w sytuacji, gdy padają kategoryczne twierdzenia o zwiększających się szumach albo korzystnych zmianach, których nie potwierdzają obiektywne odczyty. Wówczas nawet subiektywny charakter może nie wystarczyć do obrony. Tym bowiem różni się indywidualny odbiór danego brzmienia od halucynacji dźwiękowych i słyszenia rzekomych zmian, których nie ma. Papier przyjmie przecież wszystko, jak to mówią.
Sam również zajmuję się okablowaniem, ale swoje własne wyroby oferuję jedynie jako wsparcie mojej działalności. Jako osoba starająca się operować w najwyższym stopniu na faktach i pomiarach, nie zamierzam przypisywać im nadprzyrodzonych właściwości. Zawiodę więc pewnie niektórych kablofilów, ale Focal Stellia nie zmieniły się w Utopie po podłączeniu ich za pomocą Audionum. Ani szum się nie zwiększył, ani słuchawki nie zaczęły same grać, nawet bez podłączenia do źródła.
Kabel ma być dla mnie trwały, wygodny i pewnie przewodzić sygnał – tyle wystarczy, aby cieszyć się dźwiękiem słuchawek i nie zawracać sobie głowy tym tematem. Audionum pokazał – również mi samemu – że da się to zrobić bez wydawania fortuny i wsłuchiwania się tak długo w dźwięk, aż się usłyszy spodziewane polepszenie. Dzięki temu każdy mój czytelnik wie, że kupując taki kabel nie nabywa magicznego artefaktu filozoficzno-dźwiękowego, ale coś, co jest normalne, pomierzone i działa. Do tego wspiera twórcę, którego treści sobie ceni. To układ partnerski, a nie manipulacyjny, zachowujący w tym wszystkim tak potrzebny etyczny i zdrowy dystans. Tymczasem brak oficjalnej struktury sprzedaży i cennika Tonalium sprawia, że ścieżka dystrybucji oraz ostateczne przeznaczenie kwoty 3500 zł pozostają dla konsumenta całkowicie nieprzejrzyste.
Podsumowanie
Takiej recenzji chyba jeszcze nigdy nie pisałem. Ale pomyślałem, że zamiast dwóch osobnych publikacji (recenzja + artykuł w jej kontekście), połączę wszystko w całość. Zwłaszcza, że Focal Stellia należą do grona tych słuchawek, które fascynują nie tym, jak grają. Czynią to skrajnie różnymi sposobami, jakimi można je opisać. Czy dany opis jest autentyczny, czy nie – tu już sami musicie ocenić, która z tych trzech kompletnie różnych perspektyw lub metodyk testowych lepiej wywiązuje się z zadania.
Mówiąc całkowicie za siebie, bardzo lubię być opcją nr 3. Jednocześnie nie uważam, że Stellie to słuchawki beznadziejne i bezwartościowe, aby na tle tego morza pochwał i lukru celowo się wyróżnić. Po prostu mają swoje bardzo wąskie zastosowania w ramach bardzo wysokiej ceny. Z tym że nie piszę tego, bo mam uprzedzenia wobec producenta/dystrybutora/kogoś (chyba, że o czymś nie wiem), ale dlatego, że potwierdzają to dane pomiarowe. One nie mają uprzedzeń. Czy mimo to Focal Stellia mogą się podobać? Oczywiście. Niech jednak podobają się świadomie i autentycznie. Jeśli chodzi o mnie, to znacznie ciekawszą opcją w gamie Focala są wspomniane Celestee. Aby się z nimi równać, Stellie potrzebowałyby EQ, a co przy takiej cenie praktycznie je dyskwalifikuje z zasadności nabycia.
Naturalnie, jeśli mimo wszystko chcecie je zakupić, nic nie stoi na przeszkodzie. Rekomenduję jednak wykonać bezwzględnie odsłuch w salonie i potem zakupy na odległość z możliwością zwrotu. W świetle tak skrajnie różnych recenzji na ich temat, dla osoby nie ufającej nikomu – nawet aparaturze pomiarowej – może to być rzeczywiście najlepsza opcja.
Sprzęt można zakupić u nas w kraju na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie 13500 zł (sprawdź najniższą cenę i dostępność).
Dane techniczne
Pochodzą z jednego ze sklepów audio z tymi słuchawkami. Cytowane w całości.
- Impedancja: 35 Ohmów
- Czułość: 106 dB SPL / 1 mW przy 1 kHz
- THD: 0,1% przy 1 kHz / 100 dB SPL
- Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 40 kHz
Dane pomiarowe
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audeze LCD-XC, Audio-Technica ATH-A990Z, Audio-Technica ATH-AD900X (zmodyfikowane), Creative Aurvana SE (zmodyfikowane).
- Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.
























