Gdy niemal dekadę temu brałem na warsztat komercyjny hit tamtych czasów – przetwornik AudioQuest Dragonfly Black v1.5 – ówczesny rynek przyjmował go z zachwytem. Również i moje własne, czysto odsłuchowe wrażenia idealnie wpisały się w ten chór. Starałem się wtedy opisać to urządzenie tak, jak je słyszałem. A słyszałem jako grające przyjemnie, gładko, z wyczuwalnym, miłym dla ucha „ciepłem”.
Dziś po latach ten sam Dragonfly Black powrócił na moje biurko dzięki uprzejmości p. Jana, jednego z czytelników, któremu serdecznie dziękuję. Pierwotnie celem uzupełnienia jedynie danych pomiarowych do już istniejącej recenzji. Szybko jednak okazało się, że uzyskane dane stanęły z tamtym opisem w konflikcie. A ten zrodził się na styku dwóch światów i metod ewaluacji.
Po jednej stronie staje zatem treść pisana metodą empiryczną (tj. „na ucho”), czyli standardową dla ogromnej większości recenzji audio. Po drugiej znajduje się tym razem ścisłe, inżynierskie podejście okraszone nabytą przez ową dekadę świadomością i podstawami ludzkiej psychologii.
Zapowiada się więc retrospektywnie, ale i mam nadzieję ciekawie. Na tyle, aby treść awansować do roli artykułu, a nie zwykłej recenzji.
Artykuł powstał dzięki p. Janowi, który użyczył mi swój prywatny egzemplarz na re-ewaluację od strony pomiarowej. Tradycyjnie, jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.

Filozofia perfekcji ludzkiego ucha
Świat współczesnej publicystyki komercyjnej audio opiera się na jednym, niemalże religijnym dogmacie. Mianowicie: ludzkie ucho jest ostatecznym, nieomylnym i jedynym słusznym arbitrem w ocenie sprzętu grającego. Wytworzyło to specyficzny, powszechnie akceptowany w branży standard komercyjnej recenzji: weryfikację empiryczną.
Wspomniana weryfikacja empiryczna opiera się wyłącznie na subiektywnym opisie wrażeń z bezwzględnie i absolutnie drogiego sprzętu. Bez tegoż bezwzględnie drogiego sprzętu nie jest możliwe skuteczne jej przeprowadzenie. Wszystko to okraszone często poetyckim językiem metafor, staropolszczyzny i elityzmu godnego kultury sfer wyższych.
Przez lata jako autorzy i czytelnicy daliśmy się przekonać, że metoda empiryczna jest jedynym słusznym sposobem opisowym. Tak nam to wszystkim tłumaczono od lat. Sam również poddawałem się temu standardowi, bo przecież tak mówiły różne wpisy w Internecie oraz wypowiedzi na forach audio.
Dopiero z czasem, gdy coraz bardziej progresywnie wchodziłem w arkana tego hobby, zacząłem tak samo kwestionować różne rzeczy. No i dopuszczać do głosu prostą fizykę. Najczęściej jako środek ku weryfikacji własnej.
- Czy aby na pewno jest tak, jak ludzie to opisują?
- Czy na pewno to, co słyszę, rzeczywiście ma miejsce?
- Może jest to efektem mojego nastroju albo zmęczenia?
Empiryzm nigdy nie odpowie wprost na te pytania, bo operuje na skrajnie subiektywnym narządzie słuchu o niskiej powtarzalności.
Wszystko gra tak samo, czy może sprzęt „uśrednia”?
Aparatura pomiarowa nie jest ślepa i niczego nie uśrednia – jest za to bezwzględnie uczciwa. Widzi i rejestruje zmiany wszędzie tam, gdzie one faktycznie występują. Bez ulegania sugestii ceny, marki, gabarytów czy wyglądu obudowy, a nawet koloru. Dowodów na czułość i precyzję metod pomiarowych dostarczają liczne testy innych urządzeń, w których anomalie konstrukcyjne lub celowe zabiegi inżynierskie zostały natychmiast obnażone.
Doskonałym przykładem jest przetwornik Luxsin X8. Pomiary bezbłędnie wykazały spadek na skraju najniższego basu wynoszący -1,1 dB przy częstotliwości 20 Hz.

Z kolei jego droższy brat, Luxsin X9, zaprezentował coś zgoła przeciwnego. Mamy tu idealnie liniowy dół, ale za to spadek o -1 dB na drugim końcu pasma, przy częstotliwości 20 kHz.

W obu tych przypadkach obiektywnie można rzeczywiście stwierdzić zmiany na skrajach. Ale subiektywnie są one wciąż poniżej granicy percepcji słuchu ludzkiego.
Bardziej jaskrawym dowodem na czułość aparatury jest Loxjie D40 Pro. W zależności od wybranych filtrów cyfrowych, system pomiarowy precyzyjnie zarejestrował obniżenie całego pasma sopranowego o imponujące 2 do nawet 3 dB.

Tu już jest to zmiana w skali, którą ludzkie ucho jest w stanie wyłapać. Zatem, czy wszystko gra tak samo? No nie. Ale czy zawsze jesteśmy różnice wyłapać? O tym za moment.
Rzeczywista jakość dźwięku i tonalność AudioQuest Dragonfly Black v1.5
Gdy podłączymy AudioQuest Dragonfly Black v1.5 do systemu pomiarowego, rzeczywistość brutalnie weryfikuje wszystkie te poetyckie opisy sprzed lat.
Pierwszym zderzeniem z faktami jest wykres pasma przenoszenia.

No cóż. Wszelkie opowieści o „ciepłej sygnaturze”, „podkolorowanej średnicy” czy „łagodnym charakterze” znikają w ułamku sekundy. To urządzenie generuje idealnie płaską linię pasma przenoszenia. Tym samym pod względem tonalnym Dragonfly Black nie wprowadza absolutnie żadnej modyfikacji w tor audio. Kupowanie go specjalnie pod jasne słuchawki, aby osiągnąć efekt synergiczny, nie miało zatem uzasadnienia.
Zmierzyłem przy okazji impedancję własną urządzenia: 0,12 Ω. Czyli wynik super.
Moc maksymalna jest skromniejsza, bo wynosząca 1,2 Vrms przy 100% głośności. Ale w praktyce ujdzie bez problemu. Dla słuchawek pokroju DT 990 PRO LE (250 Ω) wystarczyło mi 30% w normalnym odsłuchu (0,211 Vrms).
A jak wyglądają zniekształcenia?
Z perspektywy czysto akademickiej, weryfikacja maksymalnego SINAD-u to oczywiście super sprawa, a wartości rzędu -120 dB czy -125 dB THD+N we współczesnych DAC-ach na pewno robią wrażenie. Jednak bliższe jest mi podejście inżynierii praktycznej, czyli mierzyć świadomie do tego momentu, do którego jest sens dany parametr mierzyć.
Przy takich wynikach, jakie osiąga AudioQuest Dragonfly Black v1.5, prawdopodobnie wystarczyłaby nawet jakaś lepsza integra na płycie komputera. Sprzęt osiąga bowiem przeciętny z perspektywy dzisiejszych standardów wynik w przedziale od -74 dB do -71,7 dB.
Dla słuchawek:



Dla wspomnianej mocy maksymalnej 1,2 Vrms:

Jak widać na wykresach, cały czas operujemy w domenie standardu CD Audio. Czyli do -96 dB, które i tak przekraczają naszą percepcję (czynią to niezmiennie od lat 80-tych). Zmierzyć można to właściwie każdym współczesnym interfejsem audio, bez konieczności sięgania po sprzęt pokroju Audio Precision. Kluczowe jest natomiast zrozumienie, co chcemy zmierzyć i dlaczego.
Ludzki aparat słuchowy wykazuje niesamowite zdolności adaptacyjne i ma tendencję do interpretowania parzystych zniekształceń harmonicznych oraz delikatnego szumu tła jako… analogowej gładkości. Wysoki poziom zniekształceń w rejonie sopranu skutecznie maskuje mikrodetale, co w czysto empirycznym teście, bez punktu odniesienia o absolutnej czystości technicznej, podświadomie można odebrać jako przyjemny, niemal analogowy kocyk.
Ale tylko wówczas, gdy natężenie tychże przekracza określone wartości. I tego na ogół szukamy: anomalii, problemów i cech wpływających na przesunięcie tychże wartości progowych.
W tym względzie często popełniamy kardynalny błąd – ignorujemy możliwości słuchu człowieka, ustalającego wprost owe wartości progowe. Stąd też wyznaczenie standardu CD Audio jako praktycznej i realnie użytecznej dla nas – bo nieosiągalnej słuchem – granicy. Wszystko powyżej to już czysto możliwości techniczne samego urządzenia. Można je zmierzyć, ale już nie z perspektywy użytkownika docelowego.
Pomiary AudioQuest Dragonfly Black v1.5 przy normalnych poziomach odsłuchowych
To kolejne ciekawe zagadnienie, które warto przy okazji tu poruszyć. Skoro mierzymy nie maksymalny SINAD, a realne możliwości w granicy standardu CD Audio, to czy AudioQuest Dragonfly Black v1.5 ze swoimi -74 do -71 dB jesteśmy w stanie usłyszeć? A jeśli tak, to czy testy poza domeną muzyczną i na nierealnie wysokich poziomach SPL nie pokazują prawdy lub dałyby inne odczyty?
Zróbmy zatem prosty eksperyment.
Wykorzystajmy sobie wspomniane Beyerdynamic DT 990 PRO LE (250 Ω). Słuchawki znane, legendarne wręcz. Podłączyłem je pod Audioquest Dragonfly Black v1.5 i ustawiłem głośność, którą zmierzyłem następnie na fantomie i prądowo. Specjalnie dodałem nieco głośności, aby wyszło mi finalnie szczodre ~85 dB SPL (ok. 211 mVrms). Oto wyniki:



Następnie zmierzyłem zachowanie się słuchawek. Ustawiłem swój wzmacniacz pomiarowy również na identyczny SPL, kalibrując oba odczyty między sobą.



Skoro pasmo przenoszenia na wykresach nakłada się co do joty, to AudioQuest Dragonfly Black v1.5 nie modeluje dźwięku pod kątem tonalnym.


W żaden sposób nie pomaga też słuchawkom grać czystszego sygnału. Zamiast tego wręcz dokłada swój własny, elektryczny margines zniekształceń do zniekształceń mechanicznych przetwornika akustycznego.
Z punktu widzenia psychoakustyki i czystej teorii sygnałów, bilans tego urządzenia jest niestety bezwzględnie ujemny:
- Tonalnie: Nie zmienia nic (całkowita liniowość).
- Technicznie: Jedynie degraduje czystość sygnału elektrycznego (wysokie THD+N i gorsza kontrola prądowa).
- W zamian: Nie daje absolutnie nic, co mogłoby go technicznie i zakupowo usprawiedliwić.
Wniosek jest więc następujący: Dragonfly Black obiektywnie psuje parametry toru, jednocześnie nie dając przestrzeni do kształtowania brzmienia. FR pozostaje bez zmian, a THD+N, mimo podbicia, wciąż plasuje się poniżej granicy percepcji. W tym kontekście każda recenzja empiryczna sprzed dekady to bardziej literatura piękna, która nie licuje z realnym zachowaniem sygnału elektrycznego w domenie analogowej. A co jest pokłosiem nieprawidłowej metody weryfikacji urządzenia.
Skąd więc te powtarzalne historie o ciepłym brzmieniu?
Wróćmy zatem do opisów o „cieplejszym brzmieniu”. Tytułowym pytaniem dotykamy bowiem samego jądra paradoksu psychoakustycznego, który ostatecznie grzebie legendę o „ciepłym brzmieniu” tego urządzenia. Ale skoro tak, to skąd bierze się powszechność tego zjawiska? Często zresztą pada takie pytanie w kontekście np. kabli audio. Skoro to wszystko nieprawda, to czemu „ludzie słyszo”?
Z punktu widzenia psychologii tłumu i neurobiologii, ta zgodność nie tylko może być wynikiem placebo, ale wręcz musi tak wyglądać. Efekt placebo nie jest chaotyczny – podlega ścisłym regułom społecznym i psychologicznym.
Rozbijmy ten społeczny dowód słuszności na czynniki pierwsze.
Incepcja semantyczna i ukierunkowane placebo (Priming)
W psychologii poznawczej istnieje pojęcie primingu (torowania). Placebo rzadko działa tak, że mózg losowo generuje wrażenia. Działa ono jak samospełniająca się przepowiednia oparta na dostarczonym wzorcu.
AudioQuest od samego początku pozycjonował serię Dragonfly jako produkt mający „uleczyć” bezduszną, cyfrową, ostrą muzykę z komputera i nadać jej „analogowy sznyt”. Gdy pierwsi, bardzo wpływowi recenzenci (tzw. liderzy opinii) podchwycili tę narrację i użyli słowa „ciepły”, uruchomili lawinę. Każdy kolejny użytkownik, który kupował Dragonfly Black, nie przystępował do testu z czystą kartą – jego mózg był już zaprogramowany (stymulowany semantycznie), czego ma w tym dźwięku szukać.
Społeczny dowód słuszności nie wynika tu z faktu, że urządzenie tak gra, ale z faktu, że wszyscy przeczytali tę samą „instrukcję obsługi wrażeń” i szukają na słuch tych samych wzorców. Najprawdopodobniej sam również wpadłem w taką pułapkę.
Kontekst sprzętowy (Wspólny mianownik punktu odniesienia)
Zbiorowa zgodność co do „ciepła” Dragonfly Black wynikać mogła z jeszcze jednej, bardzo prozaicznej, ale powtarzalnej zmiennej: z natury urządzeń, które ten dongle zastępował.
Niemal dekadę temu Dragonfly Black był kupowany jako bezpośredni zamiennik zintegrowanych kart dźwiękowych w laptopach i tanich smartfonach. Ówczesne układy zintegrowane masowo cierpiały na dwie przypadłości:
- Brak filtracji zakłóceń elektromagnetycznych z wnętrza komputera (co objawiało się cyfrowym, piskliwym „skwierczeniem” i szumem w tle, podświadomie odbieranym jako ostrość i natarczywość).
- Wysoką rezystancję wyjściową, która w losowy sposób deformowała pasmo przenoszenia słuchawek.
Gdy użytkownik przesiadał się z zaszumionej, piskliwej zintegrowanej dziurki na Dragonfly Black – który, jak wykazaliśmy, ma idealnie płaskie pasmo i poprawną filtrację – z tła znikały drażniące, cyfrowe śmieci. Zniknięcie natarczywego, wysokoczęstotliwościowego szumu komputera ucho masowo i w pełni powtarzalnie interpretowało jako „ocieplenie, wygładzenie i uspokojenie przekazu”.
Eksperymenty z winem, czyli jak powszechny jest ten mechanizm
W świecie nauki identyczne zjawisko zbiorowego placebo badano wielokrotnie na innych zmysłach. Najbardziej klasycznym przykładem są ślepe testy win lub ekskluzywnych potraw:
- Gdy grupie sommelierów podano dokładnie to samo, przeciętne wino, ale naklejono na nie drogą, prestiżową etykietę, wszyscy niezależnie od siebie opisywali je za pomocą tych samych, wyszukanych określeń (a co doskonale znamy przecież z naszego audio-podwórka).
- Czy to oznacza, że wino magicznie zmieniło skład chemiczny? Nie. To dowodzi, że ludzki mózg, poddany tej samej sugestii (cena, marka, opinia innych), uruchamia dokładnie te same obszary w korze zakrętu obręczy, generując identyczne, powtarzalne iluzje zmysłowe u tysięcy ludzi.
Wróćmy do audio, ale od nieco innej strony. W recenzji kabla Arini Audio Individual, umieściłem wskazówki, że właśnie z takim mechanizmem mamy tam do czynienia.
Obiecywano nam konkretne rezultaty, ale pomiarowo kabel kompletnie nie modulował barwy dźwięku Ether Flow 1.1. Będąc adwokatem diabła, można zapytać:
„Skoro to tylko placebo, to dlaczego setki niezależnych od siebie osób słyszą różnicę w kablach? To nie może być przypadkiem!”
W przypadku AudioQuest Dragonfly Black v1.5 ten kontrargument będzie brzmiał jeszcze dokładniej:
„Skoro to tylko placebo, to dlaczego setki niezależnych od siebie osób słyszą dokładnie to samo, czyli ciepło i analogowość, a nie np. jasność czy ostrość? Taka powszechna zgodność nie może być przypadkiem!”
Subiektywne doznania same w sobie nie są złe i nie można ich pomijać, tak samo jak obiektywnych pomiarów. Jest to jednak podręcznikowy przykład tego, jak ludzki słuch – niebędący w stanie liniowo i obiektywnie ocenić czystości sygnału – interpretuje urządzenie jako przyjemne i zaokrąglone na skrajach tylko dlatego, że się tego spodziewa. To tzw. expectation effect – efekt oczekiwania, wielokrotnie już przeze mnie przytaczany, bo i powszechnie w audio stosowany.
W obu przypadkach – zarówno przy kablach, jak i przy Dragonfly – mechanizm zbiorowej iluzji funkcjonuje identycznie.
Wnioski w kontekście empirycznych recenzji elektroniki audio
Aby była jasność, moją intencją nie jest udowadnianie, że wszystkie inne recenzje sprzętu elektronicznego audio kłamią. Ani że w ogóle są one bez sensu. Zamiast tego chciałbym podnieść świadomość niedoskonałości wybranych metod opisowych. Recenzentom zdarza się opisać sprzęt audio bardzo dokładnie i trafnie korzystając z metody empirycznej. Nigdy jednak nie ma się pewności, że jest to ocena w 100% trafna. Czasami będzie to 30%, a czasami 70%, ale przekonania o bezwzględnej poprawności nie będzie. Bo z fizycznego i biologicznego punktu widzenia być nie może.

Dekadę temu AudioQuest Dragonfly Black v1.5 wydawał mi się dokładnie taki, jak opisałem w akapitach wyżej. Gdy teraz przyjechał do mnie na testy, podłączyłem go i posłuchałem zanim w ogóle dotknąłem aparaturę pomiarową. Nie usłyszałem tej dawnej ciepłoty. Wtedy korzystałem jak czytam z AKG K501, więc naturalnym wyborem stały się teraz DT 990 PRO LE. Ale podobnych wrażeń brak. Dopiero pomiary potwierdziły, że tym razem usłyszałem ten sprzęt ze 100% poprawnością, czyli liniowo, bez koloryzacji.
Stąd uważam, że nawet najbardziej podstawowy sprzęt pomiarowy, ale dający uczciwe, powtarzalne wyniki, jest niezbędnym elementem warsztatu recenzenta elektroniki audio. Bo nawet, jeśli ich nie publikować (choć nie ma powodu, aby tego nie czynić), będzie to zawsze walidator własnych odczuć.
Stosowanie wyłącznie metody empirycznej w opisie sprzętu audio jest więc zbyt ryzykowne i obarczone zbyt dużym marginesem błędu, aby można było mówić o tym w kategoriach profesjonalnej metodologii testowej. Natomiast jej gloryfikowanie – fundamentalnym błędem poznawczym.
Podsumowanie
W artykule pokazałem – cofając się po własnych krokach – jak łatwo można popełnić błąd poznawczy polegając wyłącznie na własnych, podatnych na zmęczenie i sugestię zmysłach. Wyjaśniłem przy tym dwie perspektywy wykonywania pomiarów sprzętu elektronicznego audio, wskazałem co jest ważne i do jakiego momentu ma to znaczenie praktyczne.
Weryfikacja własnych wniosków sprzed dekady była dla mnie ciekawym i naturalnym, a nawet wręcz pożądanym etapem, jak to bywa w ewolucji każdego badacza. Prawdziwa rzetelność publicystyczna nie polega na ślepym, upartym bronieniu raz postawionych, subiektywnych tez w imię ochrony własnego ego lub bezmyślnego zapatrzenia w autorytety. Polega natomiast na twardych, naukowych metodach weryfikacji i głośnego powiedzenia: „standardy branżowe, którymi karmi się komercyjne audio, od początku były ułomne i należy je słusznie kwestionować”.
Dopiero gdy odrzucimy magię na rzecz matematyki i fizyki, zaczniemy rozmawiać o faktach, a nie o tym co nam się wydaje lub wydawało.
A przedmiot testów? AudioQuest Dragonfly Black v1.5 w 2026 roku zakupowo niespecjalnie ma sens. Ale zmierzenie się z nim od strony zupełnie innej metodologii – bardzo. Pokazuje za to, jak bardzo rynek poszedł dramatycznie do przodu. Dziś mały, nowoczesny dongle za niespełna 200 złotych oferuje parametry rzędu -100 dB THD+N, deklasując konstrukcję AudioQuesta pod każdym względem technicznym. O ile więc małej czarnej „ważce” należy się szacunek za swego czasu przecieranie szlaków dongli USB, najwyższy czas chyba na zasłużoną emeryturę.



