Dzięki uprzejmości i niespożytej cierpliwości p. Artura (wyraził zgodę na publikację imienia), dostępujemy zaszczytu testów jego prywatnych Focal Celestee. To słuchawki znanego producenta z Francji, który portal mój zaszczyca wyłącznie w formie egzemplarzy prywatnych. Czytelnik ów przeto wpisuje się na listę mych zaszczytnych dobrodziejów, decydując się na podesłanie swojej sztuki bez żadnego pośpiechu, presji czy wymogów. Dane jego zaszczytne tajemnicą mą są, jako na kanwie przygód ostatnich, ale wdzięczność moja niezmiennie wielka jest.
Same Focale będą tutaj miały dosyć ciekawe towarzystwo, bo wystąpią w kontekście niedawnej recenzji swoich wielokrotnie droższych bliźniaków: Focal Stellia. Też zamknięte, czym innym napylone, inaczej ubarwione, grubiej wycenione. Trochę jakbyśmy oglądali serial Maria Celeste, tylko przez dwa „e” i w świecie słuchawek. Taki oto bowiem tasiemiec serwowany jest nam przez Francuzów.
Czy to oznacza, że Celestee są z góry skazane na porażkę? Ci, którzy czytali recenzję Stelli już wiedzą, że nie. A ci, którzy nie czytali (i przeoczyli tytuł), właśnie się dowiedzieli.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez jednego z czytelników, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.
Jakość wykonania Focal Celestee
Focal Celestee przybywają do nas w solidnym opakowaniu. Nie jest to może aż taka królewska ekskluzywność, jak w Stelliach, ale nie czułem się w żaden sposób dyskryminowany.
Sztywność kabla dostarczanego w zestawie może być uciążliwa. Mimo braku oplotów, które mogłyby takowe cechy mu nadawać, przypomina okablowanie z AD500X/AD900X. Etui jak zawsze jest tu miłym i praktycznym dodatkiem. Najbardziej przypadło mi za to do gustu wykończenie kolorystyczne, które wpisuje się w estetykę mojego portalu. Chciałbym zażartować, że daje to na starcie +1 do oceny końcowej, ale nie wypada. Choć i tak byłoby to bez znaczenia, bo od ponad roku nie stosuję już ocen numerycznych.
Ale na poważnie – słuchawki są całkiem nieźle wykończone, choć boczne odlewy i krawędzie budzą pewne zastrzeżenia. Uważam, że za 4800 zł można byłoby już oczekiwać wyższego standardu wykończenia materiałów. Konstrukcja jest identyczna jak w znacznie droższych Focal Stellia, a różnice między nimi są kosmetyczne. Nawet uwagi dotyczące wykończenia byłyby tu w dużej mierze zbieżne, jakby się uprzeć.
Wygoda i okablowanie
Słuchawki można uznać za średnio wygodne, chociaż tragedii jeszcze nie ma. Niemniej czuć na głowie ich wagę, a na rynku dostępne są lżejsze i wygodniejsze modele. Wspomniany kabel – mimo wszystko – jednak pogarsza ich ergonomię. W trakcie testów wykorzystywałem więc zarówno własne okablowanie z serii Audionum, jak i nawet fabryczny kabel od Hifimanów HE400se. Zastosowanie innego kabla było podyktowane chęcią poprawy komfortu użytkowania. I tak też się zadziało.
Uprzedzając ewentualne spekulacje – wymiana kabla oczywiście nie miała na celu zmiany charakterystyki dźwiękowej. Kabel Audionum jest pod tym względem wszechstronnie przetestowany i pomierzony. Aby jakkolwiek mógł wpłynąć na dźwięk, musiałoby nastąpić wprowadzenie do środka elementów dyskretnych w celu zmiany parametrów elektrycznych. A to uczyniłoby z kabla de facto filtr RLC i wykraczałoby poza założenia metodyki testowej. Sam kabel zmieniłby się wówczas w przedłużenie zwrotnicy (lub po prostu zwrotnicę w formie kabla, zależnie jak na to patrzeć).
Sztywny kabel niesie ze sobą pewne ograniczenia w przypadku również pomiarów. Może powodować mikrofonowanie i przenoszenie drgań na obudowę słuchawek, co potencjalnie może wpłynąć na wyniki. Aczkolwiek moja metodyka pomiarowa skutecznie niweluje to ryzyko, w odsłuchach niestety nadal jest to rzecz często irytująca.
Ta sama konstrukcja, inna cena
Ostatecznie, słuchawki sprawiają wrażenie powielanej w kółko tej samej konstrukcji, różnicowanej jedynie kolorem czy wykończeniem. Tak samo, jak Stellie, mamy tu do czynienia z zamkniętą konstrukcją. Izolacja akustyczna jest dostateczna jak na słuchawki zamknięte, waga jest wyczuwalna, a docisk do głowy również – wszystko tak samo, jak w Stelliach. Ten sam problem ze sztywnością okablowania – a jakże, jak w Stelliach.
Z zewnątrz, poza kolorami, różnice są również w napyleniu przetworników. Stellie miały beryl (który jest przypomnę rakotwórczy). Celestee mają aluminium i magnez, który rakotwórczy już nie jest. Powoduje to u mnie jakoś dziwnie większy komfort na Celestee, choć może to z mojej strony przesada.
Nie wiem natomiast, czy przesadą nie jest cena. Celestee kosztują nie mało, bo 4800 zł. Stellie jednak to już 13500 zł. Różnice są jednak do policzenia na palcach jednej ręki. Największym zatem znakiem zapytania było w tym wszystkim to, czy aby w dźwięku nie będzie przełomu na korzyść Stelli. Albo może inaczej: skoro Stellie zagrały tak, a nie inaczej, to jak bardzo „gorzej” musi być w Celestee?
Jakość dźwięku Focal Celestee
Na początek spostrzeżenie, które może nie spodobać się zwolennikom natychmiastowej gratyfikacji: Celestee wymagają czasu. Nie są to słuchawki, które ujawniają swój potencjał od pierwszego odsłuchu, co przy kwocie 4800 zł uważam za wyzwanie rzucone cierpliwości użytkownika. Pierwsze wrażenie bywa zatem mylące – dominuje specyficzna akustyka typowa dla konstrukcji „zbyt zamkniętych”, co na początku może trącać sztucznością i ograniczoną przestrzenią.
Kluczem jest tu jednak proces adaptacji mechanicznej, a nie psychologicznej. Nie chodzi o „zmuszanie się” do polubienia ich charakteru (jak miało to miejsce w cudzej recenzji Stellii), a o zwykłą fizykę: odczekanie 30 minut, aż pady dostosują się do kształtu głowy, a ucho znajdzie się w punkcie optymalnym względem drivera. Nie trzeba nawet odtwarzać w tym czasie muzyki. Wielokrotnie siedziałem w słuchawkach w ciszy i dopiero po takim resecie ośrodka słuchu pojawia się muzyka. A wraz z nią – miejsce na ocenę krytyczną.
I tu dochodzimy do zaskakującego paradoksu: Celestee grają w moim odczuciu wyraźnie lepiej i ciekawiej niż trzykrotnie droższe Stellie. Różnica jest na tyle znacząca, że można odnieść wrażenie, jakby ktoś podmienił przetworniki na korzyść tańszego modelu. Z punktu widzenia rynkowych prawideł to sytuacja absurdalna, a jednak materializuje się bez żadnego problemu. To najlepszy dowód na to, co powtarzam od lat: cena w audio bywa czysto uznaniowa. Focal wycenił berylowe Stellie jako produkt luksusowy, ale Celestee z aluminiowo-magnezowymi membranami udowadniają, że „drożej” i „szlachetniej materiałowo” nie zawsze oznacza „lepiej akustycznie”.
Szczegółowa analiza balansu tonalnego
Rozbijając go na poszczególne fragmenty, jak za dawnych czasów…
Bas: autorytet pod kontrolą
Niskie tony w Focal Celestee są zaskakująco dobre. Cenię je za autorytet i „pazurek”, któremu towarzyszy nienaganna kontrola. Słuchawki potrafią zejść nisko bez niepożądanego efektu poluzowania najniższych rejestrów (czyli tzw. „buły”). Otrzymujemy mocny, dynamiczny i dobrze zdefiniowany fundament, który nie dominuje nad resztą pasma, ale stanowi jego solidną podstawę.
Tony średnie: intymność i bliskość
Środek pasma również wypada bardzo korzystnie. Wokaliści są czytelni, a ich pozycjonowanie względem słuchacza jest wyjątkowo bliskie. Przekaz staje się przez to intymny i bezpośredni – odnosi się wrażenie, jakby artysta śpiewał wyłącznie dla nas, bez zbędnego dystansu czy sztucznego napowietrzania sceny.
Sopran: specyfika zamkniętej klasy premium
Wysokie tony to niestety mieszanka detaliczności ze słyszalnym uskokiem, który tworzy specyficzną „wklęsłość” w tkance dźwiękowej. Brzmi to może nazbyt audiofilsko, ale do takiego właśnie odbiorcy Celestee są kierowane. W zasadzie całe portfolio Focala pozycjonowane jest w segmencie premium, gdzie otoczka ekskluzywności jest równie ważna, co same parametry. Można wręcz ironizować, że do pełni doznań brakuje tu tylko drogich perfum, markowego zegarka i ceremonialnej kolacji.
Scena: szerokość pod znakiem zapytania
Pod względem psychoakustycznym-scenicznym jest niestety przeciętnie. Większość modeli Focala ma z tym problem, ale w Celestee redukcja szerokości jest szczególnie zauważalna. O ile niedawno testowane Sony cierpiały na brak głębi, o tyle tutaj mamy całkowity zwrot akcji. Można powiedzieć, że Celestee mają swój charakterystyczny sznyt, ale na szczęście nie popadają jeszcze w karykaturalną audiofilskość. Kokietują słuchacza raczej sprawną imitacją luksusu niż próbą bycia diamentem za wszelką cenę.
Pady jako klucz do lepszego brzmienia
Sytuację akustyczną poprawia jednak czas i fizyka – a konkretnie ułożenie się (ugniecenie) padów. To one w największej mierze odpowiadają za ostateczny charakter Celestee. Warto odnotować, że po ich dopasowaniu modulacja barwowa nie odbiega drastycznie od droższych Stellii, co ponownie stawia pod znakiem zapytania sens dopłacania do flagowca.
Adaptacja akustyczna czyli „wygrzewanie” kontra ułożenie padów
Zauważyłem, że Celestee lepiej radzą sobie z materiałem o mniejszym stopniu skomplikowania. Słyszalnie lepiej wypadają albumy, których dawno nie słuchałem, co wiąże się ze specyficznym zakresem adaptacyjności tych słuchawek. Nasz ośrodek słuchu do pewnego momentu potrafi przystosować się do ich barwy, jednak czar pryska w momencie dłuższej przerwy lub zmiany sprzętu na inny.
Podczas testów porównawczych z również zamkniętymi Audio-Technikami ATH-A990Z oraz budżetowymi Creative Aurvana SE, powrót na Focale każdorazowo wiązał się z powrotem poczucia „dziwności” dźwięku. Uczucie to znikało dopiero w momencie, gdy pady ponownie ułożyły się na głowie. Spośród testowanych par, to właśnie Focale wymagały najwięcej czasu na adaptację. W pozostałych słuchawkach proces ten był niemal niezauważalny.
Niektórzy recenzenci uwielbiają ten stan „dziwności”, argumentując, że słuchawki „są inne” i przez to właśnie ciekawe. Idąc tym tokiem rozumowania, rower z kwadratowymi kołami byłby dla nich genialny, bo wyróżnia się na tle okrągłych. To oczywisty absurd, ale przestaje nim być, gdy pracuje się w czasopiśmie dla kolarzy. Wówczas każdy błąd, defekt czy wada mogą potencjalnie stać się atutem.
Na szczęście Celestee unikają takiej bezrefleksyjnej gloryfikacji absurdów. Albo inaczej – takich zabiegów nie potrzebują. Wymagają po prostu spokoju i czasu, aby mechanika padów pozwoliła na rzetelną ocenę ich potencjału technicznego.
Technikalia i analiza pomiarowa
Niemniej czas wyłożyć karty na stół. Analiza tonalna wyjaśnia źródło wspomnianej „dziwności” – mamy tu dwa wyraźne szczyty w okolicach 6 kHz oraz 11 kHz, otoczone dolinami. Powoduje to, że przebieg tonalny nie jest płynny, co wyraźnie widać na wykresie psychoakustycznym. Różnice energii sięgające 15-20 dB są bez problemu wychwytywane przez ucho.
Dodatkowo kuleje balans kanałów na basie, za co bezpośrednio odpowiadają pady i ich wrażliwość na docisk.
W kwestii czystości (THD+N) średnia na poziomie -60 dB jest wynikiem poprawnym. Problemem jest jednak nierówność spektrum, wskazująca na trudności z opanowaniem odbić wewnątrz muszli przy wysokim ciśnieniu akustycznym (SPL). W punkcie 6 kHz zniekształcenia skaczą do poziomu 1%, co jest pułapem typowym dla urządzeń lampowych. Być może Focal projektował Celestee właśnie z myślą o takim cieplejszym torze.
Zważenie wszystkich argumentów
Gdy zaczynałem pracę z Focal Celestee, odbierałem je jako słuchawki zbyt drogie i tonalnie specyficzne. Z czasem, wraz z ułożeniem się padów, to negatywne wrażenie zaczęło ustępować miejsca rzetelnej ocenie ich stylu – opartego na fundamencie względnej poprawności, ale z wyraźnym „audiofilskim smaczkiem”.
Jednak adaptacja nie może być wymówką do bezkrytycznej gloryfikacji. Trudno wskazać w nich cechę wartą pełnej kwoty 4800 zł. Technikalia, akustyka, a nawet scena (mocno zredukowana na boki) pozostawiają pewien niedosyt. Celestee to słuchawki zamknięte, które po prostu poprawnie wykonują swoją pracę, ale nie oferują przełomu. Ich specyfika nie jest wadą, a cechą charakteru, którą cena próbuje uwiarygodnić – podobnie jak miało to miejsce w przypadku znacznie droższych Stellii.
Pułapka ergonomiczna
Celestee są przy tym wyjątkowo wrażliwe na profil padów i ułożenie ucha (tzw. sweet spot). Słuchawki grają najlepiej, gdy ucho znajduje się blisko przetwornika, jednak tu pojawia się problem: wystający pierścień maskownicy zaczyna kolidować z małżowiną. Powoduje to fizyczny dyskomfort, którego nie niweluje nawet umieszczony w środku fabryczny pierścień z gąbki.
Stajemy więc przed wyborem: albo cieszymy się optymalną akustyką kosztem narastającego bólu, albo stawiamy na wygodę, tracąc na precyzji dźwięku. Ponieważ anatomii – w przeciwieństwie do pewnego słynnego malarza – nie zmienimy, pozostaje nam cierpliwe czekanie na samoczynne dopasowanie się padów. Pytanie tylko, jak długo ten stan potrwa, biorąc pod uwagę naturalne zużycie materiałów i słyszalny „efekt tubowy” konstrukcji.
Celestee wymagają przeto nauki i zrozumienia, by zminimalizować świadomość ich słabych stron, które cena niestety tylko dodatkowo uwypukla. Choć znów: nie tak mocno jak w Stelliach.
Analiza opłacalności i sprzętu towarzyszącego
Jak pisałem kwota 4800 zł, którą musimy zapłacić za Celestee, nie jest mała. Jednak cena sama w sobie nie jest tu problemem – drogie słuchawki mają przecież pełne prawo istnieć. Tak samo drogie kable audio, kondycjonery, kolumny itd. Problemem jest zazwyczaj skrajność ocen tychże. Albo ma miejsce ślepy hejt i poszukiwanie dziury w całym, albo bezkrytyczna gloryfikacja i pomijanie nawet najbardziej oczywistych wad.
Dlatego dla rzetelnego kontrastu staram się, aby moje podejście było tu pragmatyczne. Ważę to, co otrzymuję w danej cenie, konfrontuję to z obietnicami producenta i sprawdzam najbliższą konkurencję. Jeśli sprzęt jest świetnie wykonany, wygodny i rzetelnie gra – zasługuje na pochwałę niezależnie od ceny.
Czy Celestee wymagają drogiego toru?
Krótka odpowiedź brzmi: nie. Nie ma potrzeby inwestowania w audiofilskie „klocki” o mocy zdolnej napędzić kolumny estradowe. Na forach często czytamy o konieczności dostarczania dziesiątek watów, „bo inaczej nie zagra”. Nawet producentom zdarza się przesadzić. Przykładowo, Sash Audio napisał w danych technicznych Tres SE, że jego słuchawki wymagają 0,8 W na kanał. W rzeczywistości słuchawki to nie kolumny – tutaj nie walczymy z akustyką pokoju, a z komorą, którą tworzą pady. Przetworniki znajdują się zaś kilkanaście mm od naszych uszu, nie kilka metrów.
Focal Celestee, mimo pozycjonowania jako produkt premium, dają się napędzić skutecznie nawet z podstawowych urządzeń. Podczas testów pracowały bezpośrednio z interfejsu studyjnego, a mój zestaw DA500+HA500 pozostawał w większości bezrobotny. Fani „lampy” mogą oczywiście eksperymentować, by dodać im jeszcze więcej tego jak pisałem „audiofilskiego smaczku”, ale odbędzie się to kosztem czystości pomiarowej. Nie zastąpi to oczywiście equalizera.
Porównanie z innymi słuchawkami
A jak to tam wygląda u konkurentów z różnych przedziałów cenowych?
Focal Celestee vs Audio-Technica ATH-A990Z (791 zł)
Jestem zwolennikiem zmian nieinwazyjnych, co w przypadku A990Z (damping i dobór padów) okazało się strzałem w dziesiątkę. Finalnie jednak uznałem, że ich fabryczne brzmienie jest tym, które w niektórych sytuacjach wciąż podoba mi się najbardziej.
Nawet więc bez modyfikacji, przy koszcie zakupu nieprzekraczającym 800 zł, słuchawki te nawiązują interesującą walkę z dokładnie 6-krotnie droższymi Focalami. Na moje uszy A990Z grają bardziej naturalnie, z ciekawym efektem scenicznym którego Focalom brakuje i są po prostu wygodniejsze.
Focal wygrywa zaś jedynie izolacją, odpinanym kablem i bardziej konwencjonalnym pałąkiem. No i wyposażeniem, ale to oczywiste.
Focal Celestee vs Meze 105 AER (1500 zł)
To było dla mnie największe zaskoczenie, choć oczywiście biorąc pod uwagę, że wyjątkowo Meze są tu modelem otwartym, nie zamkniętym. A mimo to Celestee to w dużej mierze „zamknięta wersja” Meze 105 AER. Analogia barwowa w testach A-B jest porażająca. Oba modele mają ten specyficzny „dołek” nadający im charakterystyczny sznyt. Jednak Meze są trzykrotnie tańsze i znacznie wygodniejsze. W świecie audio wygoda jest królem, a tutaj Meze punktuje Focala bez litości.
Focal Celestee vs Focal Stellia (13 500 zł)
Czy dopłacając 10 tysięcy złotych (równowartość nowego maxi-skutera z salonu), dostaniemy coś lepszego? Moim zdaniem: nie. Celestee grają po prostu lepiej niż Stellie. Flagowiec jest mniej równy, bardziej zmanierowany i oferuje jeszcze mniejszą scenę na szerokość.
To krok w tył za kosmiczne pieniądze. Do tego sam fundament brzmieniowy między tymi słuchawkami jest zbliżony. Celestee to po prostu… poprawione Stellie. Za mniej. I tyle.
Jeśli więc szukać szczęścia w ofercie Focala, to albo zostać przy Celestee, albo od razu celować w model Utopia.
Podsumowanie
Spotkanie z Focal Celestee nie należało do najłatwiejszych. Wymagały ode mnie cierpliwości, adaptacji akustycznej i nauczenia się ich poprawnego zakładania. W tej cenie (4800 zł) spodziewałbym się raczej filozofii „załóż i zapomnij”, ale rzeczywistość okazała się (jak zwykle) bardziej wymagająca.
Mimo to, Celestee robią wiele rzeczy po prostu dobrze. To taki „bezpieczny gulasz”, który ma zasmakować jak największej grupie odbiorców – od audiofilów po mniej zaawansowanych słuchaczy. Główną barierą pozostaje usprawiedliwienie ceny przed samym sobą. Patrząc chłodno i bez emocji: nadal jest ona wysoka w stosunku do oferowanych możliwości i wygody, ale wciąż wielokrotnie bardziej atrakcyjny to zakup, niż Stellia.
Choć więc nie mogę ich zarekomendować z czystym sumieniem szerszemu gronu, to za to, jak skutecznie obroniły się po fatalnym pierwszym wrażeniu, przyznaję im adekwatnego pingwinka. Jeśli znajdziecie je w dobrej promocji – warto dać im szansę, bo ich specyficzny „smaczek” może się podobać. A jeśli zastanawialiście się, czy warto dopłacać ponad nimi do Stelli – już nie musicie.
Sprzęt można zakupić u nas w kraju na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie ok. 4800 zł (sprawdź najniższą cenę i dostępność).
Dane techniczne
Zaczerpnięte z jednego ze sklepów, które jeszcze je oferują:
- konstrukcja: wokółuszna
- przetworniki: dynamiczne, zamknięte, magnesy neodymowe
- impedancja: 35 Ω
- pasmo przenoszenia: 5-23 000 Hz
- poziom ciśnienia akustycznego (SPL): 105 dB (1 mW przy 1 kHz)
- THD (zniekształcenia harmoniczne): poniżej 0,1% (przy 1 kHz i 100 dB SPL)
- ciężar: 430 g (bez kabla)
Dane pomiarowe
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audeze LCD-XC, Audio-Technica ATH-A990Z, Audio-Technica ATH-AD900X (zmodyfikowane), Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Focal Stellia.
- Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.



















