Topping G5 należy do segmentu rynku mobilnych urządzeń audio, który przeszedł w ostatnich latach drogę od poszukiwania unikalnego charakteru, aż po niemal całkowitą standaryzację w dążeniu do transparentności.
Sama marka też stała się synonimem tej, która nie obiecuje „magii”, tylko pokazuje prawdę liczb. Oferuje je nam tak dobre, że jeszcze niedawno wymagałoby to postawienia na biurku ciężkiego kloca (jakkolwiek to brzmi) zasilanego z gniazdka. A dzisiaj? Dzisiaj wystarczy taki G5 jako kompaktowe rozwiązanie all-in-one, mające ambicję bycia wzorcem neutralności w każdych warunkach. Dosłownie.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez p. Konrada, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.

Jakość wykonania i konstrukcja
G5 to w rzeczywistości hybryda słuchawkowa, łącząca w sobie trzy sekcje: przetwornik cyfrowo-analogowy, wzmacniacz słuchawkowy oraz moduł Bluetooth. No i baterię. OK, niech będzie że cztery.

Sercem układu DAC jest kość ES9068AS, którą Topping zaimplementował z dbałością o jak najniższe zniekształcenia.

Jednak to sekcja wzmacniacza budzi najwięcej zainteresowania. Jest ona oparta na modułach NFCA (Nested Feedback Composite Amplifier), znanych z pełnowymiarowych modeli stacjonarnych tego producenta.

Zasada działania opiera się tu na bardzo głębokim sprzężeniu zwrotnym, co pozwala na osiągnięcie ekstremalnie niskiej impedancji wyjściowej i szumu tła praktycznie na poziomie granicy pomiarowej. Całość zamknięto w solidnej, aluminiowej obudowie, która pełni nie tylko funkcję estetyczną, ale i ekranującą. Przy dzisiejszym smogu elektromagnetycznym (smartfony, Wi-Fi) jest to ważne dla zachowania czystości sygnału.
Funkcje i złącza
Mimo kompaktowych wymiarów, G5 jest małym centrum dowodzenia. Na przednim panelu znajdziemy:
- Wyjścia słuchawkowe: standardowe 3,5 mm oraz zbalansowane 4,4 mm (choć warto zaznaczyć, że G5 utrzymuje parametry niemal identyczne na obu wyjściach).
- Potencjometr: analogowe pokrętło zintegrowane z włącznikiem, o bardzo przyjemnym, oporowym skoku.
- Przełączniki fizyczne: trzystopniowy Gain (Low/Medium/High) oraz selektor trybu pracy (BT/USB/AUX).
Z tyłu urządzenia postawiono na nowoczesność i użyteczność:
- Złącze USB-C: oddzielne dla danych i zasilania, co pozwala uniknąć pętli masy i szumów z portu komputera.
- Wejście/Wyjście AUX: G5 może pracować jako czysty wzmacniacz (analog in) lub jako DAC (line out).
- Bluetooth: wsparcie dla LDAC i aptX HD, co czyni z niego wysokiej klasy odbiornik bezprzewodowy dla słuchawek stacjonarnych.
Zabezpieczenia
Wydawać by się mogło, że przenośne urządzenie nie będzie sprawiało żadnych problemów i zabezpieczenia są tu zbędne. Nic bardziej mylnego i przekonałem się o tym sam podczas testów. Topping G5 posiada w rzeczywistości wielopoziomowy system zabezpieczeń:
Zabezpieczenie prądowe (Over-Current Protection)
Sprzęt ten jest w stanie oddać ponad 1W przy 32 Ω. To wartość bezsensowna z perspektywy współczesnych słuchawek, wielokrotnie przekraczająca ich wymagania dla naprawdę głośnego słuchania. No ale cóż, taka moda.
Jeśli podłączymy słuchawki (w moim przypadku był to dummy load) o bardzo niskiej impedancji i odkręcimy potencjometr zbyt mocno, układ NFCA może wykryć zbyt duży pobór prądu i tymczasowo odciąć wyjście, aby nie spalić końcówek mocy ani cewek w słuchawkach.
Zabezpieczenie termiczne
Topping G5 dość mocno się grzeje podczas pracy w trybie High Gain pod dużym obciążeniem. Obudowa służy tu za radiator. Jeśli osiągnie ona krytyczną temperaturę, czujnik termiczny rozłączy układ. Jest to typowe zachowanie ratunkowe, chroniące nie tyle elektronikę urządzenia przed przegrzaniem, co akumulator litowo-polimerowy.
Wystarczy wyobrazić sobie niemożliwy do ugaszenia, silnie toksyczny i gwałtowny ogień połączony z eksplozją w naszej kieszeni. Dlatego jest to w urządzeniach przenośnych priorytetem bezpieczeństwa.
Zabezpieczenie przed prądem stałym (DC Protection)
Toppingi są bardzo wyczulone na pojawienie się składowej stałej na wyjściu. Celowo użyłem tu liczby mnogiej, bo tyczy się to również innych urządzeń, wliczając stacjonarne. Jeśli źródło podało sygnał, który mógłby uszkodzić przetworniki słuchawek, G5 po prostu nie będzie działać.
Zabezpieczenie przed nadmiernym obciążeniem baterii
Warto pamiętać też, że G5 przy niskim stanie naładowania akumulatora może aktywować system zabezpieczeń i wyłączyć się przy próbach głośnego słuchania na wymagających słuchawkach. Jest to podyktowane ochroną ogniwa przed nadmiernym spadkiem napięcia pod dużym obciążeniem prądowym. Jeśli planujemy dłuższą sesję odsłuchową na High Gain, lepiej trzymać urządzenie w górnych rejestrach naładowania.
Dobra wiadomość jest natomiast taka, że sprzętu można używać również podczas ładowania. Tak więc wystarczy power bank trzymany wraz z urządzeniem, aby problemu nie było.
Jakość dźwięku Topping G5
Przechodząc do sfery dźwięku, bardzo szybko okazuje się, że nie sposób niestety obejść tematu „mitu Toppinga” jako oschłej i surowej sygnatury dźwiękowej. Nieprzyjemnej, nieobrobionej, stworzonej tylko pod pomiary, a nie pod głębię dźwięku. Tradycyjnie uderzamy więc w mur mitów i legend, które nieodłącznie towarzyszą tej marce mam wrażenie od jej wejścia na rynek audio.
Wynika to w zasadzie z dwóch rzeczy:
- Topping był pierwszą firmą, która rzeczywiście zaczęła burzyć ustalony dotąd porządek rynkowy.
- To przy Toppingu wykreowana została sprawczość i świadomość pomiarowa (via ASR).
Jest też jeszcze jedna, mniej oczywista rzecz. Dawniej sprzęt audio oferował znacznie więcej pod względem własnego charakteru. Dziś, w dobie ultra-transparentnej elektroniki, sytuacja się odwróciła. Od wzmacniaczy lampowych, realnie modelujących barwę, przeszliśmy do tranzystorów oferujących niemal laboratoryjną czystość transmisji. Masowość produkcji, miniaturyzacja i dominacja dalekowschodnich fabryk zdemokratyzowały dostęp do wysokiej jakości. Ale też postawiły przed nami wyzwanie: jak w tym morzu doskonałych parametrów odnaleźć prawdziwą muzykalność?
Wire-with-gain po raz wtóry
I tu właśnie kłania się wspomniany pomiar. To on pozwala przede wszystkim zweryfikować, czy dany sprzęt jest wykonany technicznie poprawnie, pozbawiony wad projektowych, a jeśli „coś się dzieje”, to w jaki sposób wpływa to na dźwięk i czy możemy to usłyszeć.
Topping G5 to urządzenie, które, mówiąc wprost, jest absolutnie „normalne”. Ot reprezentant stale rosnącej grupy „wire-with-gain”, czyli produktów cechujący się kompletną transparentnością. Nie dodaje nic do dźwięku, nie odejmuje, po prostu… przekazuje przetworzony na analogową domenę wzmocniony sygnał. Robi to czysto, bez zniekształceń i jakiejkolwiek maniery własnej.

W zasadzie na tym mogłaby się zakończyć cała recenzja. Podać kilka liczb, wykresów, potwierdzić równomierność pasma, polecić (bo czemu nie polecić dobrze zaprojektowanego sprzętu?) i tyle. Ale spróbujmy pójść o krok dalej i porozmawiać o tym, dlaczego takie urządzenia lubię, czemu ich „neutralność” może być dla niektórych czymś niekorzystnym (vide „jasny i nieprzyjemny Topping”) oraz dlaczego właśnie to stanowi o wartości takiego urządzenia. Bo w świecie audio, jak w motoryzacji – nie zawsze chodzi o szalone osiągi. Czasami wystarczy solidny, niezawodny silnik, który po prostu dobrze wykonuje swoją pracę.
Paradoks transparencji
Analizując temat jakiegokolwiek Toppinga natrafimy – prócz wspomnianych sporów – na coś, co sam nazywam paradoksem transparentności. To swoista kwintesencja „niewidzialnego” wzmacniacza – Świętego Graala, którego od lat poszukiwali audiofile. Ironia losu, że gdy go znaleziono, a dziś natrafia się na niego coraz częściej, nagle coś przestało „grać”. Dźwięk stał się krystalicznie czysty, transparentny, ale brakowało mu „głębi” i „duszy”. Pojawiło się „zmęczenie”, „drażniący sopran” itd.

Co gorsze, zniknął element mistycyzmu, a wraz z nim specyficzny dreszczyk emocji, który towarzyszył do tej pory doborowi komponentów. Zabawa w ciemno miała swój urok – niewiedza wobec nadchodzących odsłuchów zmuszała do godzinnego wsłuchiwania się w dźwięk, odkrywania, poznawania. A tutaj? Wszystko klarowne, podane na tacy, świadomie, bez mistyki czy warunkowości formy romantycznej, a sprowadzone do mechanicznej czynności i bezdusznej formalności.
Takie sytuacje potrafią zdemotywować i zirytować, bo nagle upada sens i fundament poszukiwania synergii. Zamiast mozolnego kompletowania toru, „dekonstrukcji dźwięku uszami”, analizy każdego jego atomu – świadomość bezsensowności tych czynności w wielu przypadkach. Najpierw przychodzi niedowierzanie, potem frustracja i wyparcie, ale na końcu tego procesu jest błogi spokój. Okazuje się, że to głośniki lub słuchawki grają pierwsze skrzypce, a nie DAC czy wzmacniacz. Transparencja, nie pokazując wiele, pokazała zbyt wiele.
Nieodwracalne zmiany na rynku
Wówczas wkraczać zaczęła chłodna analiza i kalkulacja. Technicznie Topping zaczął przewyższać sprzęt dotychczas uznawany za hi-endowy. Bo czymże jest hi-end, jeśli nie absolutnym szczytem nie tylko wykonania, ceny i wyposażenia, ale przede wszystkim możliwości technicznych? Proces ten rozpoczął się długo jeszcze przed wprowadzeniem G5 na rynek, więc nie można go za to winić. Nie da się też przypisać sprawczości w ogóle jakiemuś konkretnemu urządzeniu. Po prostu Chińczycy stwierdzili, że skoro większość firm audio hi-end robi u nich sprzęt i oferuje je potem jako ultra-drogie urządzenia o bardzo dobrych parametrach, oni zaoferują to samo, ale jako ultra-dobre parametry w dobrej cenie.
No cóż, niczym u Sithów, uczeń przerósł mistrza i pokonał go jego własną bronią.

Niektórzy użytkownicy po czasie zaczęli dostrzegać brak sensu w dążeniu do dźwiękowej nirwany za krocie, aby nabyć odrobinę „audiofilskiej” czystości. Jeśli można osiągnąć podobny efekt za ułamek ceny, w wydaniu „nieaudiofilskim”, ekonomia staje się bezlitosna. Ba, stwierdzono nawet brak sensu w pisaniu recenzji na ten temat. No bo jeśli „wszystko gra tak samo” (co też nie jest do końca prawdą), to po co klepać pusto w klawiaturę?
A jednak sam naklepałem właśnie w nią trochę, aby przytoczyć Wam historię zmian, jaka dokonała się na rynku przez ostatnie 10-20 lat. I jest to cały czas w temacie, jako że Topping G5 wpisuje się właśnie w ten krajobraz idealnie. To kontynuator tejże zmiany.
Czy hi-end nie ma zatem sensu?
Nie i jest to co ciekawe jedna z rzeczy, które błędnie (choć jak sądzę celowo) przypisuje się mi. Wcale nie uważam, że rynek hi-fi czy tam hi-end traci swój sens. Wręcz przeciwnie. Takie produkty jak G5 są dla niego korzystne z perspektywy konsumentów, bo każą producentom wysilić się inżynieryjnie. Dlatego też uważam, że rynek finalnie podzieli się na 3 części:
- Urządzenia tanie i czyste, które już w tej chwili oferują nam jakość hi-fi. Przykładowo właśnie testowana tu G5-tka.
- Drogie, ekskluzywnie wykonane urządzenia klasy hi-end, które też są bardzo czyste, ale nadal zaspokoją użytkownika premium.
- Wszelkiej maści inne urządzenia, które przez swoje parametry, gorsze projekty, będą działać, ale z określonym już wpływem na dźwięk. Ten sprzęt będzie celował nadal w tradycyjnych, ortodoksyjnych wręcz, audiofilów i koncepcję „grania całego toru”.
Jeśli sięgnąć pamięcią, to największy problem miałbym ze wskazaniem o dziwo produktów właśnie z tej ostatniej grupy. Ostatnim wzmacniaczem lampowym jaki testowałem był np. Feliks Elise, który celował w trochę takie sprzedanie nam lampy jako tranzystora. Trochę przecząc jakby swojej naturze. Ale i takie urządzenia swoich nabywców naturalnie znajdą.
Czystość i jakość sygnału
Rzućmy okiem na konkretne wartości osiągane przez Toppinga G5.
Przy niemal nieistniejącej impedancji wyjściowej, wygląda to przezacnie. Przy 8 mW mocy osiągamy praktycznie 97 dB THD+N. Czyli pełne 16 bit z urządzenia, które mieści się w dłoni. I tu wraca trochę to, co pisałem o tym 1 W mocy. 8 miliwatów może się wydawać przy tym wartością skromniutką. Nic bardziej mylnego. Przy wysokiej skuteczności współczesnych IEM-ów (często >110 dB/mW), te 8 mW to już poziom głośności grożący trwałym uszkodzeniem słuchu.

Wraz z równością, która opada dopiero po progu 16 kHz (jest to typowe zachowanie dla filtrów typu Fast Roll-off przy próbkowaniu 44.1 kHz), mamy więc sprzęt bardzo solidnie dopracowany i zachowujący się przewidywalnie.
Moc wyjściowa
Pomiary napięcia wyjściowego pod obciążeniem (dummy load) rzucają ciekawe światło na wydajność prądową Toppinga G5.
- Low Gain (L): tutaj mamy wzorcową stabilność. Spadek między 300 Ω a 16 Ω wynosi zaledwie ok. 1,6% (z 401,1 mV do 394,7 mV). To dowód na ekstremalnie niską impedancję wyjściową i idealne warunki dla bardzo czułych dokanałówek (IEM).
- Medium Gain (M): stabilność nadal pozostaje na bardzo wysokim poziomie – spadek o ok. 1% przy przejściu na 32 Ω sugeruje, że dla większości typowych słuchawek dynamicznych G5 jest „sztywnym” źródłem napięciowym. Odpuściłem sobie mierzenie na pułapie 16 Ω, ponieważ sygnał wyjściowy był już po prostu za duży i mógł skutkować uszkodzeniem układu obciążeniowego.
- High Gain (H): tu sytuacja robi się najciekawsza. Przy 300 Ω uzyskałem potężne 8,028 V, co daje ok. 215 mW. Jednak przy obciążeniu 32 Ω napięcie spada do 7,241 V (spadek o blisko 10%).
Wnioski z pomiarów: ten 10-procentowy spadek w trybie High Gain przy 32 Ω to wyraźny sygnał, że zasilanie akumulatorowe zaczyna osiągać swój limit wydajnościowy. To właśnie w tym scenariuszu – przy próbie forsowania tak wysokich napięć na niskich impedancjach – najszybciej spotkamy się z opisywanym wcześniej działaniem zabezpieczeń. Topping G5 to bardzo mocne urządzenie, ale fizyki ogniwa nie da się oszukać. Ogromna moc wyjściowa przy niskim oporze obciążenia to dla układu NFCA w wersji przenośnej potężny wysiłek energetyczny. Toteż zdarzyło mi się, że sprzęt po prostu mi… zgasł. Serio. Tak więc zabezpieczenia zadziałały i to kolejna dla nas dobra wiadomość.
Single-ended kontra balans
Co istotne, powyższe pomiary napięcia zostały wykonane na standardowym wyjściu Single-Ended (3,5 mm). Wynik przekraczający 8V na wysokim wzmocnieniu dla 300 Ω budzi szacunek, biorąc pod uwagę, że mówimy o urządzeniu zasilanym z akumulatora, a nie stacjonarnym torze zbalansowanym.
Czy wyniki różniłyby się względem balansu? Oczywiście, ale tylko w wymiarze prądowym. Po prostu uzyskalibyśmy większy zapas głośności (headroom). Jakość dźwięku nie uległaby jednak poprawie, a słuchawki pracowałyby dokładnie tak samo. Wiele na ten temat panuje mitów, zwłaszcza na forach i grupach dyskusyjnych. Panuje tam przekonanie, że słuchawki korzystają z mocy wyjściowej (tudzież napięcia) w sposób ciągły i liniowy. To oczywista nieprawda.
Jeśli nasze słuchawki działają dobrze w trybie single-ended, mają dostateczny zapas głośności i nie dzieje im się nic złego, są bardzo wydajne i czułe, to balans jest nam po prostu zbędny. Jeśli więc w testach widzę, że na wyjściu single-ended nic niepokojącego się nie dzieje, a wyniki są rewelacyjne, balans praktycznie tylko to potwierdzi.
Natomiast Topping G5 to powrót wciąż powielanego tematu: czy jakość dźwięku po BAL będzie lepsza od tej po SE? Odpowiedź jak na razie brzmi: nie. Od czasu recenzji Luxsin X9 badam ten temat i nie stwierdziłem ani razu, aby dźwięk po balansie był zauważalnie lepszy jakościowo lub słyszalnie różny tonalnie.
Zobaczcie sami:

To jest dokładnie ten sam sygnał na wyjściu. Jedyne co zyskujemy po balansie to headroom i voltage swing (na poziomie elektroniki układu). Są to oczywiste i niezaprzeczalne różnice, ale nie przekładające się na to, co słyszymy. Toteż wszelkie twierdzenia o znacznie lepszej scenie czy bardziej czarnym tle nie mają pokrycia w uzyskiwanych danych.
Podsumowanie
I to tak naprawdę tyle. Topping G5 wpisuje się w klasyczny schemat działania tego producenta: bezkompromisowa czystość, równomierność i wszechstronność. W kategorii przenośnych, uniwersalnych rozwiązań, w przedziale cenowym, w którym się plasuje, nie miałem jeszcze okazji testować konkurencji, która mogłaby mu realnie zagrozić. Można to porównać do sytuacji, w której doświadczony kierowca rajdowy wjeżdża na tor w dobrze przygotowanym samochodzie – po prostu wykonuje swoje zadanie, czysto i skutecznie.
Urządzenie oferuje solidną jakość dźwięku, bogaty zestaw funkcji i niezawodność. Pozostaje mi więc zarekomendować Topping G5 jako kolejne dobre, neutralne, równe, czyste i dobrze wyposażone urządzenie na rynku. Nie jest to sprzęt, który zmieni świat audio, bo ten już dawno się zmienił, czy się to nam podoba, czy nie. Jest to natomiast solidny fundament dla każdego, kto szuka mobilnego, uniwersalnego rozwiązania. I w tym tkwi jego siła.

Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie wynoszącej ok. 1200 zł (sprawdź najniższą cenę i dostępność). Można również go zakupić na polskim Amazonie.
Dane techniczne
Zaczerpnięte z jednej ze stron sklepowych:
- Pasmo przenoszenia 20 – 20.000 Hz (+/- 0.1 dB)
- Moc wyjściowa: 1200 mW x2
- Wyjście słuchawkowe: 3.5 mm / 4.4 mm
- DAC: ES9068AS
- Wspierane kodeki Bluetooth: AAC / LDAC / SBC / aptX / aptX Adaptive / aptX HD / aptX LL
- SNR: 124 dB
- Crosstalk: -104 dB
- THD + N: poniżej 0.00010%
- Zakres dynamiczny: 124 dB
- Impedancja wyjściowa: 50 Ohm
- Balans kanałów: 0.3 dB
- Poziom hałasu: poniżej 1.3uVrms
- Poziom wyjściowy: 2,1 Vrms (0dBFS, 1KHz)
- Obsługa DSD (Natywne): 512
- Chipset: QCC5125 (Bluetooth)
- Pojemność baterii: 4000 mAh
- Czas działania: do 10 h (tryb DAC) / do 25 h (wejście AUX)
- Czas ładowania: poniżej 5 godzin
- Wymiary: 70 x 140 x 18 mm (szer. x wys. x gł.)
- Waga: 265 g
Dane pomiarowe







Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-AD500, Audio-Technica ATH-AD900X (zmodyfikowane), Sennheiser HD660S2.
- Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.



