T+A Solitaire T – audiofilskie doznania z minionej epoki

T+A Solitaire T to kolejna słuchawkowa premiera, której możliwością zrealizowania zaszczycił mnie p. Dariusz. Jego to bowiem prywatny sprzęt na testy otrzymałem i z przyjemnością z gestu skorzystałem. Sam przyznam nigdy nie miałem okazji zetknąć się z czymkolwiek, co wyprodukowali. Choć samą markę znam doskonale z kolorowych czasopism audio. Tam wręcz dosłownie brylowały na barokowych salonach i komorach odsłuchowych. Najwięcej pochwał zbierały kolumny z serii CWT, czyli bardzo drogie hybrydy (dynamiki + elektrostat wysokotonowy). Tu mamy klasycznego „papierzaka”, ale wcale nie znaczy to, że słuchawki winniśmy od startu lekceważyć.

Wręcz przeciwnie. Z szacunkiem i uwagą podejdziemy do nich, być może jak nikt inny w historii opisów tego modelu. Może wynika to z błędnego mego przekonania, ale uważam, że najwyższą formą szacunku nie są peany, pochwały i laurki. Jest nią elementarna szczerość oraz wola pokazania faktów i liczb. Zwłaszcza wtedy, gdy nie chce się dla paru stron tekstu nadstawiać karku i ryzykować utratę przychodów. Bo to one – zwłaszcza w domenie elektroakustycznej – definiują niestety recenzencką rzeczywistość. Mam przeto nadzieję, że lektura będzie jak zawsze ciekawa, pouczająca i na swój sposób odświeżająca. Tym bardziej, że dla mnie samego jest to również coś nowego, bo odkrywającego całkowicie mi nieznaną szkołę dźwiękową producenta kojarzonego tylko z kolorowych pisemek dla zamożnych i romantycznych.


Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu swojego prywatnego egzemplarza przez p. Dariusza, któremu bardzo serdecznie dziękuję. Jeśli chcecie widzieć więcej takich recenzji, a zwłaszcza sprzętu posiadanego przez siebie, także zachęcam do zgłaszania swojego prywatnego sprzętu na testy

Natomiast jeśli ogólnie podoba się Wam moja praca, można wesprzeć dalszy rozwój Audiofanatyka kupując kable sygnowane moim logo, stawiając wirtualną kawę via ko-fi lub drobnym datkiem via suppi by Patronite.

Kompletny zestaw T+A Solitaire T

 

Jakość wykonania i konstrukcja T+A Solitaire T

Słuchawki przybyły do mnie z kompletem akcesoriów ale bez pudełka. Nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, aby móc się skutecznie z nimi zapoznać.

Słuchawki T+A Solitaire T z okablowaniem

W zestawie powinniśmy otrzymać sztywne etui, kolorową instrukcję oraz kable. W skład tych ostatnich wchodzą:

  • zasilający USB-C,
  • jack 3,5 mm (SE) z gwintem na nasadkę 6,3 mm,
  • jack 4.4 mm (BAL).

Samo gniazdo przyłączeniowe w słuchawkach to już cieniutki 2,5 mm, który powoduje trochę wątpliwości pod względem awaryjności. Sam osobiście nie lubię tego złącza, a już zwłaszcza przy kablach. Lutowanie tego to masakra.

Leżące na boku T+A Solitaire T

W każdym razie, wydawałoby się w pierwszej chwili, że T+A Solitaire T to triumf litego aluminium nad wszechobecnymi plastikami. Ale jest to naturalne dążenie zważywszy na cenę. Niemcy nie szukali oszczędności tam, gdzie inni producenci bezwstydnie stosują tworzywa sztuczne. Choć efektem tego jest zwiększenie masy słuchawek. Toteż biorąc „bezwstydne” ATH-S300BT do ręki, a Solitaire T, od razu czuć różnicę w wadze (T+A to ok. 326 g). Wydaje się to celowym zabiegiem psychologicznym – wszak dawniej żartowano, że audiofile kupują audio na kilogramy. Jeśli coś wydaje się nam masywne, to znaczy, że musi tam być upakowane więcej dobra, niż w tańszym i lżejszym produkcie. Zatem zobaczmy, czy rzeczywiście tak jest.

 

Muszle, pady i system regulacji

Wiele elementów muszli i pałąka to precyzyjne odlewy z aluminium, które następnie poddano piaskowaniu i anodowaniu. Ruchome elementy działają z niemal zegarmistrzowskim oporem godnym ceny 6490 zł. Nie ma tu mowy o luzach, trzeszczeniu czy „tanim” klikaniu przy rozsuwaniu pałąka czy obracaniu się muszli (pełne 180 stopni).

Słuchawki wireless T+A

Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że producent kompletnie zapomniał o tym ostatnim. Ramiona są wykonane przeto z plastiku, który uważam jest najsłabszym elementem konstrukcyjnym słuchawek.

Słuchawki T+A Solitaire T

Jest to o tyle dziwne, że sam pałąk wykonano zdaje się ze stali sprężynowej. Gwarantuje odpowiedni docisk do głowy, niezbędny przy konstrukcji zamkniętej wireless. Wyściółka to zwykła ekoskóra, więc żadnych materiałów premium w tej cenie nie uświadczymy.

Zbliżenie na suwak włącznika

Tak samo dzieje się w przypadku padów. Mamy tu do czynienia ponownie z ekoskórą.

Sterowanie funkcjami słuchawek

Jeszcze jedna rzecz – słuchawki można składać do środka. Zapomniano jednak o mechanizmie blokowania. Wszystkie słuchawki, które testowałem, w pozycji w pełni rozłożonej

 

Przetworniki oraz układy BT

Zastosowano tu 42-milimetrowe drivery dynamiczne z membraną z celulozy. Przy niskiej impedancji bez problemu dają się napędzić z dowolnego urządzenia przenośnego.

Logo producenta

Na pokładzie znajdziemy układ Qualcomm QCC5127 obsługujący kodeki apt-X oraz apt-X HD. Wbudowany przetwornik cyfrowo-analogowy to ES9218P. Słuchawki posiadają dedykowany tryb niskiej latencji (coś jak S300BT).

 

Obsługa i sterowanie

T+A postawiło na mieszankę fizycznych przełączników i panelu dotykowego.

  • Fizyczne przełączniki: na muszlach znajdziemy suwaki do włączania zasilania oraz dedykowany przycisk do zmiany trybów ANC / Transparency Mode. To ukłon w stronę użytkowników, którzy cenią pewność fizycznego „kliknięcia”.
  • Panel dotykowy: prawa muszla obsługuje gesty (głośność, utwory). Zdarzało mi się jednak omyłkowo dotykać go palcem podczas ściągania i zakładania słuchawek. Nawet usadawiając je na fantomie pomiarowym raz przez pomyłkę włączyłem muzykę.

 

Wygoda oraz izolacja od otoczenia

Słuchawki można powiedzieć, że ujdą na wszystkim. ANC, izolacja pasywna oraz wygoda są na poziomie przeciętnych słuchawek wireless. Zakładając na głowę np. Space One Pro, nie czuję specjalnego przeskoku w górę lub w dół względem T+A Solitaire T. Może być to więc dla wielu osób rozczarowanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę cenę tych słuchawek. A także fakt, że nie jest to poziom ANC na pułapie Bose czy Sony.

Panel dotykowy na bocznym panelu

Wypada nam to więc trochę standardowo, że tak powiem. A jak z dźwiękiem?

 

Oczekiwania dźwiękowe

Jest takie powiedzenie w audiofilskim światku, które można zapisać skrótem „CCC”. I nie chodzi o tą sieć sklepów z obuwiem. Jest to skrót od „Cena Czyni Cuda”. Z T+A Solitaire T mam wrażenie, że przeżywam właśnie coś takiego, ale od drugiej strony.

Przy cenie dokładnie 6490 zł oczekiwałbym, że będą się – no właśnie – działy tutaj dźwiękowe cuda. Są to najdroższe słuchawki wireless jakie kiedykolwiek miałem okazję testować. Czego się spodziewać? Zapewne obłędnej czystości, wspaniałego strojenia, kosmicznych parametrów dźwięku i wiekowego czasu pracy. Zresztą, poszukajmy sobie co mówi o nich producent na łamach sklepów audio. Pierwszy lepszy sklep w wynikach z Google…

hifipro

Mhmm…

Może darujmy sobie i spróbujmy kolejny wynik, ale tym razem jak widzę z domeną .pl…

hifipro

OK, pewnie ktoś zapomniał odświeżyć SSLa. Zdarza się. No nic. Klikam… i jestem kierowany znów na zawieszoną domenę .audio.

No cóż, może jakiś kryzys panuje? Trochę mało poważnie to wygląda, a ponoć niepoważność to moja domena.

Załóżmy jednak, że stało się i je jakimś cudem nabyłem. Że udało się skontaktować z innym sklepem je dorwać w ramach zakupu kontrolowanego metodą „na słupa”. Jako hipotetyczny użytkownik tych słuchawek, wydałem 6490 złotych. Będę żarł chleb ze smalcem, ale przynajmniej wesoło w rytm muzyki.

mp3store

Za takie pieniądze oczekuję dającego się już choćby samym obrysem dojrzeć anioła dźwięku. W całym swym blasku, ale jeszcze postaci nieujawnionej, szepczącym będzie mi do ucha słowo „jakość”. Czytam opis…

Bluetooth o standardzie 5.2 z kodekami, takimi jak aptX HD, AAC i LDAC, zapewniają wygodę w pełni bezprzewodowych systemach z jakością dźwięku zbliżoną do poziomu połączeń przewodowych z wysokiej jakości komponentami, a nawet przewyższając jakość dźwięku połączeń przewodowych ze sprzętem niższej jakości.”

Fajnie… tylko że tu nie ma LDAC. Ale co do tej jakości – z chęcią sprawdzę te twierdzenia w praktyce.

 

Wstęp do rzeczywistości

Dobrze jednak, że spojrzałem na instrukcję, która na swej okładce miała napisane wyraźnie: słuchawki audiofilskie. Moje oczekiwania oscylowały zaś wokół słuchawek nie-audiofilskich. Takich wiecie, normalnych, do słuchania muzyki i łażenia po domu bez kabla. Dlatego musiałem oczekiwania swe skorygować. Do sprzętu audiofilskiego trzeba podchodzić z wyraźnie wyższym poważaniem i szacunkiem, troskliwością oraz wyrozumiałością.

Porty ładowania i jack 2,5 mm

Aby skutecznie „naładować bias” przed testami, zdecydowałem się zanurzyć w lekturze recenzji trzecich. I cóż wyczytałem? Peany na temat dziedzictwa marki, imponujące 45 lat działalności, składanie się z rodziny inżynierów itd. Rodowód niemalże królewski, a przynajmniej głęboko szlachecki. Gdzież mi więc pospolitemu skrybie, sceptycznemu i przyziemnemu, wiary pozbawionemu, się z tym równać i z zadaniem mierzyć.

Wnętrze padów w kolorze czerwonym

Niemniej o zrozumienie najgłębsze proszę, bo staram się pokazywać, że możliwa – a wręcz wynikowa – jest synergia subiektywnych odczuć z obiektywnymi dlań fundamentami. Teoria i praktyka finalnie zawsze będą szły ze sobą w parze, bo tak kształtuje się rzeczywistość. Nie ma więc podziału na audio-obiektywistów i audio-sceptyków. Po prostu można albo poddać się rzeczywistości i prawom fizyki, albo kultywować mistyczny empiryzm uszny w nadziei, że przypadkiem osiągnie się podobne efekty. Jedna droga czyni to świadomie, niczym mędrca szkiełko i oko, a druga „na ucho”, niczym w romantycznych porywach emocji i chwili.

Plastikowy mechanizm T+A Solitaire T

Złośliwi audiosceptycy, a wręcz anty-audiofile, zapewne doszukiwaliby się w tym miejscu pewnej proporcjonalnej zależności. Jakiej? Ano między ilością pochwał dziedzictwa i rozpiską historii marki, a spodziewaną skalą blamażu produktu końcowego. Ale nawet jeśli, to któż broni, aby tak wyglądały dziś recenzje audio? Jedne są powszechnie traktowane jako materiały reklamowe, a inne pełnią rolę treści typowo dokumentalnych i analitycznych. My oczywiście – z racji naszego własnego dziedzictwa i przebytej z trudem drogi – skłaniać się będziemy ku tym drugim. Wszak winniśmy szanować wszystkich. W końcu Polacy to dumny i tolerancyjny naród. Tylko czasami wchodzi się nam przez to na głowę.

 

Pierwsze przebłyski tejże rzeczywistości

Po rozegraniu pierwszych nut uderzyły mnie dźwiękowo w dwóch miejscach, które są super, ale ja – przez moje doświadczenie – tylko do pewnego momentu jestem w stanie strawić. Chodzi o pudełkowość i metaliczność w dźwięku.

Bas bowiem jest, nawet przyjemny i obecny. Ale wszystko inne oscyluje wokół niego dziwnie, w sposób sztucz… nie, przepraszam, specyficzny. O! To będzie dobre słowo, a przynajmniej w kanonie audiofilskich dzieł literackich. Do czego porównać ową specyficzność? To trochę jakby na suto zastawionym stole, z przepiękną porcelaną, w doborowym towarzystwie, nagle postawić plastikowe kubki i sztućce. Nastaje niezręczna cisza. Wszyscy goście patrzą się na siebie. To jest właśnie taka specyficzność. Ale moje porównania mogą być zbyt proste, za mało barokowe i pełne – a jakże – specyficznego dla takich lektur przepychu i elityzmu.

Składanie w T+A bez mechanizmu blokady

Co więcej, przychodzi właściciel lokalu i mówi z rozbrajającą szczerością, że ludzie muszą sami sobie zapłacić za każdy posiłek, bo nic nie jest opłacone. Organizator się ulotnił i nie zapłacił. Ludzie robią wielkie oczy, kobiety się dziwią i mieszają, któraś prosi przynajmniej o kawę w normalnej filiżance, bo nie ogarnia tematu. Kawa 50 zł, żadnej filiżanki – plastikowy kubek zostaje, cukier płatny ekstra. Nie podoba się to proszę sobie rozpuścić w nim trochę śniegu z zalegającej zaspy na zewnątrz i się napić. Ale proszę odczekać, aż brud osiądzie na dnie – taka rada za darmo. Bo tu jest drogi i porządny lokal w którym stołują się znakomici goście, a nie biedacy, których na kawę nie stać, a ichni organizator daje nogę z imprezy.

No cóż, prestiż kosztuje. I tak, jak wszyscy czuli by się tam jak nie z tej bajki, tak samo czuję się z T+A ja sam. Nie są to słuchawki dla mnie. Albo inaczej – jakby zatrzymały się lata temu konstrukcyjnie i traktowały mnie jako osobę, która pierwszy raz w życiu ma coś bezprzewodowego w rękach.

 

Zapuszkowanie rzeczywistych emocji dźwiękowych

Ale to może tylko moja wina? Zacznijmy więc od tej nieszczęsnej pudełkowatości. Mam wrażenie, że inżynierowie T+A postanowili zamknąć dźwięk Solitaire T w specyficznej formie słuchawek specyficznie zamkniętych.

Średnica brzmi tak, jakby wokalista śpiewał do nas przez zwinięty numer jednego z czasopism audio. Prawdopodobnie tego, na łamach którego czytałem ich recenzję pełną peanów. Mocno nawiązuje się tu analogia przyznam do Focal Stellia, które są od nich 2x droższe. Owszem, taka forma prezentacji może mieć swój urok, więc wątpliwości wobec własnych preferencji nie znikają. Recenzje wpajają mi bowiem, że jeśli coś jest nie tak, to jest to moja wina. Więc pewnie to moja wina. Etyka dziennikarska przecież wymaga, aby nawet recenzje opisywały stan faktyczny.

Wspomniany efekt „hali”, jak go lubię nazywać, bardzo lubię, gdy jest realizowany w sposób umiejętny. Kontrolowanie tego zjawiska jest okrutnie ważne, gdyż inaczej z lekkiego pogłosu szybko przejdziemy w głuchość. Przypomina to wówczas nie efekt dodany, a błąd akustyczny. Dokładniej rzecz ujmując – akustyki puszek.

Po pewnym czasie efekt ten na szczęście się zmniejszył, a co zawdzięczyć można dwóm rzeczom:

  • uklepaniu się padów,
  • częściowej adaptacji akustycznej mojego własnego organizmu.

Wokaliści jednak nadal mam wrażenie, że mogliby być bardziej otwarci. Całość brzmi trochę jak nie do końca dobrze zestrojone (lub ustawione) głośniki. A co nie jest skojarzeniem bezzasadnym, bo przecież T+A to właśnie firma słynna właśnie z głośników. Ba, ich seria Solitaire to w ogóle ponoć majstersztyk synergii różnych technik przetworników (dynamiki + zamknięty elektrostat).

Tak więc o ile T+A udało się mocno zredukować pierwsze negatywne wrażenia, o tyle w dźwięku nadal dawało się wyczuć tendencję do wpadania w pudełkowaty charakter. Odłożenie słuchawek na chwilę = wyłączenie się ich samoczynnie (mimo włącznika suwakowego!). Powrót po pół godzinie do słuchania = znów konieczność adaptacji. I tak w kółko.

 

Metaliczny blask rzeczywistości (dosłownie)

A teraz pochylmy się nad metalicznością. Tu również nastąpiła pewna zmiana względem pierwotnych odczuć. Na początku góra pasma nie była krystaliczna, a metaliczna, taka trochę blaszana. Talerze perkusji nie wybrzmiewały, tylko stawały się dźwiękiem uderzania widelców o patelnię. To moje uszy domagały się dźwiękowego posiłku.

I choć już szykowałem się, że przy dłuższym odsłuchu dźwięk będzie miał więcej wspólnego z hutą Katowice niż z Filharmonią Narodową, również to wrażenie się wygładziło. No, nie do końca, bo nadal czuję tą sztuczność i metaliczny nalot, ale rzeczywiście mocno się to zdusiło. I myślę, że jedyną przeszkodą w tym miejscu był już tylko upór mojego ośrodka słuchu. Gdybym mocniej się wsłuchiwał, przekonywał siebie do tego, że jest świetnie, to i jako żywo tak się właśnie stało.

W tym względzie akurat paradoksalnie pokrywa się to z domeną audiofilskości. I chyba wiem już, dlaczego producent ustawił czas oczekiwania na tylko 10 minut. Nie tyle z powodu chęci oszczędzania energii, ale nie pozwolenia audiofilowi na zresetowanie się jego ośrodka słuchu. T+A Solitaire T to sprzęt wyłącznie do korzystania ciągłego. Bez adaptacji akustycznej i uklepania się padów, ich dźwięk nie jest „wygrzany”. Aczkolwiek mylić się będzie ten, kto stwierdzi, że wystarczy docisnąć je do głowy. Nie – to musi być proces zachodzący również w głowie słuchacza. Delikatnie zmieni się barwa, ale fundamentalne kwestie pozostaną nietknięte.

Czuję się przyznam z nimi trochę dwubiegunowo. Jakbym wychodził do restauracji na uroczystą kolację, a wracał z baru z guzem na głowie od poruszającego się z nadmierną prędkością kufla na niskim pułapie wysokościowym. Pisałem wcześniej o oczekiwaniach. Rzeczywistość okazała się po prostu inna. Co ciekawe, nieco inaczej obstawiłbym na słuch „góry i doliny” w paśmie przenoszenia, niż rzeczywiście T+A zademonstrowały. Ale o tym za moment powiem więcej.

 

DSP a rzeczywisty całokształt

Podczas odsłuchów wykiełkowała mi w głowie myśl, że fajnie byłoby mieć tu DSP. Jednocześnie bardzo ciekawiło mnie, jak T+A Solitaire T grają tylko po kablu. Okazało się, że między trybem BT a jack strojenie jest niemal identyczne. Czyli faktycznie DSP niemal nie brało tu udziału. Kłaniają się więc doświadczenia jak na M50xBT2.

Paradoks polega na tym, że tak, jak zazwyczaj chwalę identyczny dźwięk między metodami transmisji sygnału, tak tutaj mi tego brakuje. DSP mógłby – wbrew oczekiwaniom purystów audio, ale jednak – spróbować poradzić sobie z ich specyficznością. Czemu tego nie czyni? Trudno powiedzieć. Albo producent uznał jednak formułę purystyczną za najwłaściwszą, albo to tak miało być. Jest też trzecia opcja, która łączy się z wrażeniami bycia słuchawkami z minionej epoki. Bowiem od początku DSP nie było stosowane i dopiero potem przyszła na to moda.

Być może więc T+A Solitaire T jest ukłonem w stronę czasów już nieaktualnych? I wszystko, co tu się dzieje, ma z tego powodu swój sens? Specyficzność nie jest elementem wypadkowym, ale zamiarem rodzimych inżynierów? Nadaje to tym słuchawkom zupełnie innego wymiaru analizy i płaszczyznę znacznie bardziej licującą z tym, jak są przedstawiane w prasie audiofilskiej.

Wykonane precyzyjnie i dokładnie, słuchawki nawet dosyć wygodne, ANC działa, wszystko działa. Jedynie ergonomia dnia codziennego nie działa. Zupełnie tak, jakby producent celowo odmawiał większym ogniwom i nowocześniejszym układom. Ba, nawet jakby pozyskiwał te dla Solitaire T z innych słuchawek, które skupuje z rynku. Może to takie MOPAR-y branży audio i rzeczywiście audiofanatyk sam nie wie co ma na warsztacie?

Być może dlatego T+A Solitaire T nie mają na sobie żadnych oznaczeń – ani CE, ani kraju pochodzenia, niczego. Teoretycznie więc nie powinny znaleźć się na rynku EU w sprzedaży (zakładając, że były kupione w kraju do niej należącego).

 

Rzeczywistość techniczna

I tu kolejny paradoks, bo ta kreuje się dla T+A Solitaire T najbardziej korzystnie.

Pomiary są wykonane już na słuchawkach „wygniecionych”, toteż wiele nierówności, które słyszałem na początku, uległy zatarciu. I dobrze. Oznacza to, że słuchawek rzeczywiście należy używać w dłuższych sesjach i z małymi interwałami. Na duży plus można odnotować równość tonalną. W miarę równy przebieg po całości, choć z ogromnym wybiciem w 3 kHz. Wydaje mi się, że odpuszczenie energii w 6 kHz połączone z poprzednimi wybiciami, jest odpowiedzialne za taki a nie inny mój ich odbiór.

Balans kanałów? Prezentuje się bardzo dobrze. Tu również nie mam możliwości się przyczepić.

No i na koniec czystość. Rzeczywiście słuchawki są bardzo czyste w całym paśmie, zarówno po BT jak i kablu. Utrzymują się na pułapie odpowiednio -61 dB i 64 dB THD+N. Po kablu odbywa się to bez wybić słyszalnych bardziej niż 0,2% THD, a więc poniżej progu. W trybie wireless mamy już poniżej 0,5% THD, a więc nie do końca obietnica producenta się sprawdziła. I to nie z jakichś wyszukanych torów audio, a z mojego AF HA500 w plastikowej obudowie. Przypomnę – tam gdzie Furutechowe gniazda RCA są prawie tak samo drogie jak reszta urządzenia.

Najgorzej wypada tryb ANC. Średnio -54 dB THD+N i bas podlatujący do prawie 1%. Czyli wszystko zgodnie z planem.

Co ważne podkreślenia – słuchawki musiały pracować na SBC, gdyż z apt-X HD po prostu sobie nie radziły. Następowało szarpnięcie i spowolnienie co jakiś czas. Aż przypomniał mi się Enkl Sound ES2 z podobnymi historiami.

 

T+A Solitaire T na tle rzeczywiście taniej konkurencji

Przykłady ATH-S300BT czy SonoFlow pokazują, że w kwestii strojenia pospólstwo nadal ma coś do powiedzenia. Czyniąc T+A profanację, to właśnie po te pary sięgałem w trakcie testów częściej, niż po Solitaire T.

Wielu swoim czytelnikom na przestrzeni lat doradzałem w przypadku chęci redukcji kolekcji słuchawek, aby dawali zdecydować swoim własnym uszom. Test polegał na obserwacji, jak często sięgają po dane słuchawki przez okres np. 3 miesięcy. Jak długo i na czym najczęściej im się słucha muzyki. I nagle wychodziło, że jest to para wcale nie najlepiej grająca, a po prostu grająca dobrze, za to najbardziej praktyczna.

To jest właśnie to miejsce, w którym T+A Solitaire T nie były w stanie mnie do siebie przekonać na tyle, by na głowie zagościć na stałe.

Gabaryty, wyposażenie i wygoda = to samo lub lepiej mam w S300BT. Dźwięk strojony tak, a nie inaczej, ale zrealizowany po prostu lepiej = mam w Haylou S35 ANC. A nawet jeśli skupić się na wspomnianym efekcie hali, to tu również S300BT uważam za lepsze słuchawki akustycznie. Są lżejsze, nie obijają się o siebie, nie wyłączają po 10 minutach, trzymają ponad 2x tyle na baterii, grają lepiej, a do tego kosztują jakieś 14x mniej.

Również z 1MORE SonoFlow sprawa jest ciekawa. Walka na bas jak równy z równym, podobnie skuteczne ANC, ale SonoFlow mają odwrócone proporcje środka z górą. I takie odwrócenie bardziej mi się podoba. Czas pracy? 70 godzin zamiast 40. Cena? Niecałe 300 zł.

Na szczęście żadna z tych par nie jest parą audiofilską. Nie jest przeznaczona dla tej konkretnej grupy docelowej. Dlatego też w recenzjach trzecich takich porównań nie uświadczymy. Może też z powodu nie życzenia sobie tego przez dystrybutora? Nie, mało prawdopodobne. To pewnie po prostu kwestia niedopasowania grup docelowych. Po co mieszać ludziom niepotrzebnie w głowach tańszym sprzętem.

 

Wnioski uzupełnione o rzeczywiste zdolności techniczne

Nie da się ukryć, że T+A Solitaire T pochodzą z drogiego, utytułowanego (a więc drogiego) i audiofilskiego (czyli znów: drogiego) brandu. Technicznie wypadają naprawdę dobrze, bronią się dzielnie, budzą szacunek.

Naprawdę szkoda, że do maksymalnego zachwytu zabrakło tak niewiele. W Pradze mam możliwość na szybko zbicia zakresów 2 i 4 kHz, a więc trochę szerzej niż wybicie w 3 kHz, które zarejestrowałem. Lekkie obniżenie obu od razu poprawiło barwę T+A Solitaire T – słuchawki zaczęły brzmieć równiej, bardziej realnie. Czemu nie zdecydowano się na to via pokładowy DSP? Już to analizowaliśmy. Skłaniam się jednak ku temu, że jest to celowe działanie pod klienta docelowego. Audiofil nie odbiera muzyki tak, jak ja. Zawsze znajdzie takim słuchawkom zastosowanie, ten „jeden album”, który sprawi, że zakup będzie udany. A jeśli będzie dostatecznie mocno wierzył, że tych albumów jest więcej, to i reszta audioteki też zacznie czarować go barwą i dźwięcznością na Solitaire T.

Tak właśnie wyglądał temat np. kabli audiofilskich. Mimo mozolnego testowania, opisywania i dokumentowania ich (zerowego) wpływu na dźwięk, nadal są ludzie zdeterminowani, aby je zakupić. Ba, nawet dementi producenta co do ich produkcji i realne ryzyko podróbek nie zniechęciło do konkretnych modeli. Jeśli więc ludzie tak podchodzą do swoich pieniędzy – tu w kwocie 3500 zł – to nic dziwnego, że mówimy o słuchawkach za 6490 albo 22900 zł, bo tyle kosztują Solitaire P.

Oba modele są niszowymi wypustami przeznaczonymi dla bardzo wąskiego grona klientów. Takich, którzy preferują zawsze dźwięk kolumnowy i nie mają specjalnie obeznania z prezentacją słuchawkową. Wierzą za to w geniusz producenta i nieomylność recenzji pisanych na słuch. U mnie rzeczywiście okazały się czyste, w paru miejscach zaprojektowane poprawnie i dobrze. Ale ponad wszystkim – specyficzne. Dźwiękowo tak bardzo, że staje się to… atutem. Tak mi dawniej powiedziano, że właśnie ta „inność” brzmienia jest tym, co pcha do zakupów.

 

Podsumowanie

Uwielbiam słuchawki wireless z ANC noszone na głowie. Ostatnio również „kolczyki”, bo nie trzeba ich umieszczać w kanałach słuchowych. Testowałem sporo konstrukcji tańszych i nieco droższych, toteż mogę powiedzieć jedno. Przy wszystkich atutach, jakie T+A Solitaire T posiadają, uwielbiałem na głowie mieć jednak coś innego. Z tego powodu bardzo chciałbym przeprosić Właściciela tych słuchawek, że nie byłem w stanie ich polubić. Nie było mi dane ich pokochać tak, jak – zapewne – on sam z przyjemnością z nich korzysta.

Słuchawki T+A Solitaire T wraz z etui fabrycznym

Mimo ich naprawdę bardzo dobrych właściwości technicznych, są to słuchawki zbyt specyficzne jak na moje z godności wszelakiej obdarte uszy. Ale ja ponoć głuchy, więc na szczęście są pomiary. Mój sceptycyzm tylko przeszkadza tu w otwarciu swojego umysłu na ich czysty, choć specyficzny, dźwięk. Pomiary zaś nie są ani sceptyczne, ani subiektywne. Ja nie umiem docenić ani 40 godzin pracy, ani wyłączania się co 10 minut, a już na pewno przerywania dźwięku na apt-X HD. One mają to gdzieś. Mnie nawet kodek więc mnie tu nie lubi, ale słuchawki z fantomem dogadały się pięknie. Niemniej, jeśli weźmiemy pod uwagę wcale nie małą cenę, to jako reprezentant dźwiękowego pospólstwa – nie mogę żaden sposób ich zarekomendować.

Całe szczęście, jak mówi przysłowie, „każda potwora znajdzie swojego amatora”. Toteż to, co napisałem, nie musi mieć dla kogoś żadnego znaczenia. Żyjemy w czasach, gdy fizyka jest „poglądem”, pomiary „opinią”, logika „sceptycyzmem”, ale ucho jest już „przyrządem pomiarowym”. Wówczas zostawienie finalnej decyzji w rękach użytkowników jest dla takich osób jak ja „świętym spokojem”. Niemniej nadal jestem bardzo zadowolony, że mogłem się z nimi zapoznać. Im więcej takich słuchawek, tym większa nasza wspólna świadomość na temat ich rzeczywistych możliwości. Dzięki temu owe finalne decyzje będą przynajmniej świadome.


Sprzęt można zakupić u nas w kraju na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie 6490 zł (sprawdź najniższą cenę i dostępność).


 

Dane techniczne

Pochodzą z jednego ze sklepów audio z tymi słuchawkami. Cytowane w całości.

Akustyka

  • Budowa: wokółuszna, zamknięta
  • Przetworniki: wybrane przetworniki dynamiczne o niskiej tolerancji
  • Pasmo przenoszenia: 4 – 22 000 Hz
  • THD: <0,05% (1 kHz / 94 dB)
  • Mikrofony: 2 mikrofony komunikacyjne po prawej stronie, 2 mikrofony ANC po każdej stronie
  • Redukcja szumów: Hybrydowa

Bluetooth

  • Chipset: Qualcomm QCC 5127
  • Wersja Bluetooth: 5.2, klasa 1
  • Profile Bluetooth: A2DP, AVRCP, HSP, HFP
  • Kodeki: SBC, AAC, aptX, aptX HD

Bateria

  • Technologia baterii: Litowo-jonowa
  • Pojemność baterii: 770 mAh
  • Moc ładowania: 5 V 1 A (5 W) maks.
  • Gniazdko do ładowania: USB-C
  • Czas ładowania: 2 godz.
  • Żywotność baterii: 40 godzin

 

Dane pomiarowe

T+A Solitaire T - Compensated frequency response - AVG + channel balance (ANC) T+A Solitaire T - Compensated frequency response - AVG + channel balance (BT) T+A Solitaire T - Compensated frequency response - AVG + channel balance (JACK) T+A Solitaire T - Compensated frequency response - ANC vs BT T+A Solitaire T - Compensated frequency response - JACK vs BT T+A Solitaire T - THD+N (ANC) T+A Solitaire T - THD+N (BT) T+A Solitaire T - THD+N (JACK)

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
  • Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-S300BT, Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Haylou S35 ANC, Meze 105 AER, Soundcore Space One Pro
  • Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.
Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel portalu Audiofanatyk™ i autor wszystkich ukazujących się na jego łamach publikacji. Pasjonat tematyki audio: słuchawek, głośników, akustyki i samego dźwięku. Z zamiłowania grafik komputerowy oraz fan zdrowego jedzenia i wypraw rowerowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Logo portalu Audiofanatyk
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na mój blog i pomoc w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.