Sennheiser HD 660S2 to reedycja legendarnego modelu, który swoją legendarność zawdzięcza innemu projektowi Sennheisera: modelowi HD 700. Nigdy nie miałem z nim przyjemności obcować, a moja jedyna próba ich wypożyczenia w 2017 roku od jednej z dużych sieci sklepów audio zakończyła się wtedy niepowodzeniem. Moją wiadomość w tej sprawie albo przeoczono, albo po prostu zignorowano. A co odczytałem jako zwyczajną nieopłacalność robienia ich recenzji.
No cóż, być może było to wtedy prorocze, bo HD 700 szybko zniknęły z rynku. Wówczas pojawiły się niedługo potem HD 660S, w których wszyscy od razu przetworniki z droższego brata rozpoznali. W 2023 roku Sennheiser postanowił wprowadzić jednak coś nowego. A w zasadzie „starego po nowemu”, bo odświeżoną wersję modelu HD 660S. Wiele osób zastanawiało się – w tym ja – co to takiego się tam stanęło, zadziało i wybuchło, ze Sennheiser postanowił je wypuścić. Poza wyższą ceną.
Niniejsza recenzja ma za zadanie na tak postawione pytanie odpowiedzieć. Lekko z tezą, nieco z uprzedzeniem, bo oczy zmian wielkich nie widzą, ale jednak nie sądźmy książki po okładce. Nie raz i nie dwa okazało się, że rzeczywistość może być zupełnie inna niż ją malują. A w przypadku Sennheiser HD 660S2 ta rzeczywistość jest naprawdę bardzo ciekawa i dawno już nad żadnymi słuchawkami nie spędziłem tyle czasu, co nad nimi. Ale nie ze względu na ich problematyczność, tylko złożoność zjawisk, których analiza wymagała ode mnie mnóstwa wiedzy i uwagi.
Recenzja pierwotnie powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez p. Marcina, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.

Jakość wykonania i konstrukcja Sennheiser HD 660S2
Konstrukcja Sennheiser HD 660S2 w istocie jest właściwie klonem poprzedniego modelu, co dla osób goniących za ciągłymi przełomami w audio może być lekkim rozczarowaniem. Nie jest to ewolucja, a raczej „precyzyjna reedycja”, że tak to ujmę.

Wykonanie, choć w całości oparte na dokładnie tych samych tworzywach sztucznych, nowego użytkownika zaskakuje taktownym dotykiem. Nie jest to „chłodny, taneczny plastik”, lecz materiał, który sprawia wrażenie bardziej przemyślanego wyboru z uwzględnieniem oszczędności. Rozbiórka, jak przystało na całą rodzinę tych słuchawek, odbywa się bez potrzeby sięgania po narzędzia. Z jednej strony świadczy to o dbałości o użytkownika, który ceni sobie łatwość konserwacji.

W rzeczywistości jest to dbanie głównie o serwisantów, którzy mają łatwy dostęp i możliwość wymiany komponentów. Jednak to detale, a konkretnie minimalna zmiana w kolorystyce emblematów – cieplejszy odcień miedzi zamiast chłodnego srebra – stanowią ukłon w stronę wizualnego odróżnienia tego modelu od pierwowzoru.
Kilka słów o wygodzie
Pałąk, od pierwszego kontaktu, wywiera wyczuwalny nacisk na czaszkę. To nie jest delikatny uścisk, lecz stanowcze, choć jeszcze nie nieprzyjemne, przyciśnięcie. Na szczęście z czasem plastik ustępuje, dopasowując się do kształtu głowy, co znacząco poprawia komfort. Można powiedzieć, że słuchawki na osi czasu same dopasowują się do stylu użytkowania i anatomii swojego właściciela. Jest to właściwie niezmienne przez cały cykl życia tej serii na rynku.

Jednak ma to swoją cenę: fabryczne pady, poddane od początku intensywnemu naciskowi, zużywają się szybciej. W praktyce dopiero po „rozejściu się” pałąka, ich eksploatacja zwalnia. Gąbka w pałąku jest identyczna z tą stosowaną w HD 650 i HD 660S, więc jeśli komuś się zużyje, wymiana na dowolny zamiennik będzie błahostką. Dwa klipsy, cyk i gotowe.
Otwartość, trwałość i ergonomia
W pełni otwarta konstrukcja, pozbawiona jakiejkolwiek izolacji, definiuje charakter tych słuchawek od samego początku. To nie jest sprzęt do odcięcia się od świata, lecz zaproszenie do słuchania muzyki w naturalnym otoczeniu. Dlatego mocne hałasy to nie ich żywioł – tu już bez zamkniętych modeli ani rusz. Tradycyjne okablowanie w standardzie 2-pin jest oczywiście odpinane. To (musowy już) ukłon w stronę modularności i możliwości eksperymentowania z różnymi kablami. W zestawie mamy ich dwa, wraz z przejściówką i woreczkiem.

W recenzji używałem jednak głównie audiofilskiego kabla Fanatum Synavlia – jedynego egzemplarza jaki mi się pozostał. Co prawda jest to solid-core na srebrze, ale estetyczny i krótszy, więc pod mój sprzęt praktyczniejszy. No i wykończony drewnem Makassar, które bardzo gustownie komponuje się z tymi słuchawkami.

Kanały oznaczone literami od strony wewnętrznej widełek ułatwiają prawidłowe założenie na głowę. W praktyce jednak zawsze spoglądałem na maskownice i kąt przechylenia muszli. Po zastosowaniu rzeczonego kabelka – nie musiałem patrzeć już na nic, gdyż oznaczenia były absolutnie czytelne i oczywiste.
Za blisko 1800 złotych oczekuję u Sennheisera przynajmniej podstawowej solidności wykonania i przyznaję, że nie jest źle. Owszem, widać tu czy tam ślady odlewu, ale nie przeszkadzało mi to. W porównaniu do takich Hifimanów Edition XV za 1600 zł, jest to i tak ekstraklasa. Wcześniej opisywana wygoda, choć początkowo wymagająca przyzwyczajenia, z czasem tylko się zwiększy. Może to sprawić, że na początku będzie różnie. Ale po roku sami odkryjemy, że te słuchawki z głowy zejść nam dziwnym trafem nie chcą. Podczas gdy Hifimany będą wracały z kolejnego już RMA. O tym jeszcze za moment powiem nieco więcej.
Jakość dźwięku Sennheiser HD 660S2
Praktycznie mamy tutaj to samo, co było w HD 660S, ale z dodatkowym oszlifowaniem i dopracowaniem. Definitywnie ewolucja nad rewolucją.
Brzmieniowo jest to duża przyjemność, relaks, z delikatnie ocieplonym punktowo sopranem, który absolutnie nie popada w przesadę lub specyficzność. To słuchawki dla tych, którzy szukają niemal identycznego, naturalnego grania w stylu tańszych HD 58X Jubilee z Massdropa. Bez sybilantów i na długie odsłuchy, lecz dysponując większym budżetem.
Pierwsze HD 660S zapamiętałem jako delikatnie „bułowate”. Z kolei HD 58X oferują odrobinę więcej basu i środka, a także mniej sopranu w 5,7 kHz. Wpływa to na wrażenie mniejszej detaliczności i szybkości. Fakt faktem, dysponując pod ręką tylko HD 58X, HD 580 i właśnie HD 660S2, niemalże znak równości mogę postawić między Jubilee a S2. I to chyba cały sekret stojący za tym, dlaczego tak bardzo mi się spodobały praktycznie od startu.
Bas – większa precyzja i wydźwięk zamiast fundamentu
Analiza techniczna (20 Hz – 250 Hz): Pomiary wykazują wyraźny spadek natężenia w najniższym oktawach (87 dB przy 20 Hz), co potwierdza brak fizycznego sub-basu. Linia narasta liniowo, osiągając 95 dB przy 60 Hz i kulminując w punkcie 250 Hz (97 dB). Jest to klasyczne strojenie otwartych Sennheiserów. Nacisk położony jest na wyższy bas i mid-bas, przy jednoczesnym zachowaniu doskonałej kontroli odpowiedzi impulsowej.
Subiektywny odsłuch: Choć słuchawki nie operują trzęsącym fundamentem, linia basowa zaskakuje selektywnością. Dół nie jest tak „pękaty” jak w HD58X, ale dzięki temu wydaje się szybszy i bardziej zwarty. Brak dominacji najniższych rejestrów przekłada się na bardzo równy, techniczny odbiór dołu, który świetnie trzyma rytm i dynamikę utworu.
Tony średnie – wysoka naturalność
Analiza techniczna (250 Hz – 4 kHz): Pasmo utrzymuje stabilny poziom 97 dB do progu 1 kHz, po czym następuje progresywne wzmocnienie wyższej średnicy (101 dB przy 2 kHz), szczytujące w okolicach 3 kHz (108 dB). Takie ukształtowanie krzywej odpowiada za bliską, intymną prezentację wokali. W pomiarach widoczne jest minimalne maskowanie od dołu, choć w praktyce (na ludzkim uchu) efekt ten jest niwelowany przez naturalną kompresję tkanki pod padami.
Subiektywny odsłuch: Środek pasma to serce HD 660S2. Słychać tu niemal tę samą naturalną barwę co w HD 58X Jubilee, choć z nieco inną teksturą. Prezentacja jest bezpośrednia i angażująca. Warto jednak pamiętać, że sposób, w jaki odbieramy ten zakres, silnie zależy od docisku pałąka – u mnie, przy nieco luźniejszym ustawieniu, średnica wydaje się bardziej napowietrzona niż w mocno ściskających głowę Jubilee.
Sopran – uniwersalny „bezpiecznik”
Analiza techniczna (4 kHz – 20 kHz): Wykres SPL ujawnia kontrolowany spadek (dołek) przy 4,5 kHz (103 dB), po którym następuje powrót do szczytu przy 5,7 kHz (111 dB). To celowe wycofanie zakresu odpowiedzialnego za sybilanty pełni rolę mechanicznego filtra anty-drażniącego. Powyżej tej granicy sopran jest płynny, bez gwałtownych pików, które mogłyby świadczyć o rezonansach własnych przetwornika.
Subiektywny odsłuch: Góra jest skrojona idealnie pod moje preferencje – jest czytelna, ale posiada wbudowany tytułowy „bezpiecznik” przed ostrością. W bezpośrednim starciu z HD 58X, model S2 oferuje więcej oddechu i swobody w najwyższych rejestrach. Nie jest to zmiana kolosalna, ale w utworach bogatych w blachy perkusyjne czy mikro-detale lub pogłosy dające subiektywne wrażenie przestrzenne, Sennheiser HD 660S2 stawia kropkę nad i, brzmiąc po prostu kompletniej.
Tu muszę zrobić duże rozwinięcie, bo będzie to ważne myślę dla sporej grupy osób.
W bardziej szerszym spojrzeniu należy patrzeć na sopran S2 jak na sprytną mieszankę muzykalności z detalicznością. Sprytną, bo obie te części nie kolidują ze sobą wzajemnie. Nie jest to sopran ani jednoznacznie jasny, ani jednoznacznie ciemny. Bardziej powiedziałbym, że jest gładki i przyjemny, ale z wyraźnymi krawędziami, dając miękkość pluszu dźwięków bazowych i pewność od wyraźnego konturu detali. Jak dla mnie to bardzo trafiające w punkt połączenie, perfekcyjnie unikające dziwności i karykaturalności. Jeśli komuś nie przypadnie to do gustu, to głównie osobom lubiącym (lub mającym problemy ze słyszeniem) rejony wysokich zakresów pasma przenoszenia. Innymi słowy – nie są to słuchawki dla audiofila. Mogą to być natomiast jedne z najlepszych słuchawek prezentujących taką dokładnie konstrukcję góry.
Wrażenia sceniczne – o dziwo z klasą
Scena dźwiękowa zaskakuje swoją przestrzennością. Względem nawet HD 58X, a na pewno HD 650 i starych HD 580, HD 660S2 całkiem sprawnie zaznaczają szerokość, głębokość oraz holograficzny pazur. To nadal nie jest scena monumentalna, lecz kompleksowa, a przy tym intymna i angażująca. Pozwala odnaleźć w muzyce subtelne niuanse i przestrzenne efekty chyba właśnie dlatego, że się tego po nich nie spodziewamy. Jednak przerzucając między sobą HD 58X i HD 660S2, mimo naprawdę niemal identycznej sceny, ta w S2 jest wciąż subiektywnie większa. Po prostu jakby swobodniej kreowana.
Znów: może padami, dystansem, jakoś bym to w Jubilee nadgonił. Kto wie, może warto będzie się nimi jeszcze pobawić. Ale to już na pewno kiedy indziej i w innej recenzji.
Parametry techniczne i kultura pracy
Czystość (THD): Uśredniony wynik THD na poziomie -60 dB (mierzony dla 1 kHz przy 94 dB SPL) to wynik rewelacyjny, deklasujący wiele droższych konstrukcji. Wykres zniekształceń jest „czysty” w całym przebiegu, bez gwałtownych skoków harmonicznych, co jest częstą bolączką konkurencji (np. u Hifimana, gdzie wykresy THD bywają istnym teatrem dramatycznym).
Balans kanałów: Przetworniki są sparowane niemal idealnie. Odnotowane różnice (1-2 dB w basie) wynikają w głównej mierze z fizyki samych padów i stopnia ich ułożenia na manekinie. Świadczy to o rygorystycznej kontroli jakości Sennheisera.
Porównanie do poprzednika i z niektórymi konkurentami
Ponownie skupię się tylko na kwestiach technicznych. Dokładne porównanie można przeprowadzić w Laboratorium, więc jeśli jakieś wątpliwości tu narosną – wiedzcie, że referuję do wykresu porównawczego FR.
Sennheiser w wariancie S2 obniżył częstotliwość rezonansową przetwornika z 110 Hz na ok. 70 Hz. Na moim wykresie widać, że wykres S2 schodzi nieco łagodniej poniżej 40-50 Hz w porównaniu do przebiegu poprzednika, który zaczyna tam szybciej nurkować. Choć różnica w SPL wynosi średnio ok. 1-2 dB, to zmiana podatności zawieszenia membrany sprawia, że dół pasma może być S2 odbierany jako o lepszej teksturze i uderzeniu.
Bardzo ciekawa jest też kwestia zakresu 200-500 Hz. Zauważcie, że HD 660S mają nieco wyżej pociągnięty „brzuszek” w niskiej średnicy i wyższym basie. Sennheiser HD 660S2 są tu bardziej płaskie i odrobinę niżej osadzone. Ma tu miejsce pewien paradoks: to właśnie to lekkie wyczyszczenie okolic 300 Hz w S2 sprawia, że niski bas wydaje się wyraźniejszy i mniej podatny na wpływ średniego basu. Oryginalne 660-tki mają tam minimalnie, ale jednak więcej energii, co czasem maskuje najniższe składowe.
Wreszcie sopran w 5-6 kHz. W S2 widać lekko podbity peak w okolicach 5,5 kHz względem oryginału. To jest dokładnie to, co odpowiada za mniejszy efekt kocyka w nowszej wersji. Choć w pierwotnej też nie było to jakoś mocno odczuwalne. Niemniej, nawet tak małe przesunięcie w tym newralgicznym punkcie zmienia percepcję klarowności sceny. Ta bowiem, wbrew pewnym mitom powielanym co rusz na forach, jest w 90% zależna od psychoakustyki i strojenia FR. Nie ma tam żadnych mitycznych przesunięć fazowych ani opóźnień czasowych. Wątpię bowiem, że ktoś rzeczywiście słyszy pikosekundy w niecałych dwóch metrach kabla miedzianego.
Rzeczywisty postęp techniczny między HD 660S a HD 660S2 – czy wart dopłaty?
Skoro THD+N poprawiło się zaledwie o niespełna 3 dB (dokładnie z -57,8 na -60,4 dB), a zniekształcenia w okolicach 100 Hz nadal oscylują wokół 1%, to mamy jasny dowód na to, że Sennheiser nie wymienił całkowicie przetworników na nową generację, a jedynie je podrasował.

Zawieszenie i sama membrana w linii HD to konstrukcja, która od zawsze miała swoje fizyczne limity. Zastosowanie przetworników z modelu HD 700 przesuwa tą granicę, owszem, ale jej nie likwiduje. Co więcej, przetworniki cały czas podlegają tym samym prawom elektrodynamiki.

Przejście na 300 Ohm i lżejszą cewkę aluminiową powlekaną miedzią daje benefity w odpowiedzi impulsowej, ale przy dużych wychyleniach w niskim basie fizyka klasycznego zawieszenia nadal generuje te same harmoniczne.

Dalej – choć poprawa o te ~2,6 dB w THD+N jest mierzalna, to w ślepym teście przy standardowych poziomach głośności będzie niemal nieuchwytna. Dlatego jest to dla mnie bardziej optymalizacja procesu produkcyjnego niż rzeczywisty przełom technologiczny.

Choć przy 100 Hz zbliżamy się do granicy 1% THD w słuchawkach otwartych tej klasy to wynik technicznie poprawny, ale nie wybitny. Pokazuje to, że S2 nadal cierpią na tę samą przypadłość co S, ale nie trzeba się tym przejmować. Bas może tracić na definicji jedynie przy bardzo głośnym odsłuchu. Wymordujemy sobie słuch znacznie wcześniej, niż zdążymy to usłyszeć.

Pytanie, czy warto do tego wszystkiego dopłacać? Dawniej miałbym dylemat, ale coraz częściej widzę Sennheiser HD 660S2 w cenach pierwszych „esek”. A że model S nie jest już produkowany, można powiedzieć o bezpośrednim zastąpieniu jednego przez drugi. Tym samym nasz dylemat znika i pojawia się jedynie przy ofertach z rynku wtórnego.
Mit powrotu legendy?
Skoro wykresy FR i THD są tak do siebie zbliżone, cała narracja o „wielkim powrocie legendy” w postaci S2 opiera się głównie na subiektywnym wrażeniu dynamiki wynikającym z wysokiej impedancji. Niby da się usłyszeć lepszą separację na bardzo szybkich utworach, ale wykonane pomiary nie zostawiają złudzeń, że nie mówimy tu o przełomie.
S2 wyglądają bardziej na „HD 660S Special Edition” niż na pełnoprawnego następcę. Sennheiser mam wrażenie, że po prostu dopasował ten model pod wzmacniacze lampowe, którym wyższa impedancja jest bardziej na rękę. Akceptujemy tu fakt, że czyste parametry techniczne nie drgnęły znacząco. Z drugiej strony – mimo wszystko coś tu drgnęło i to na plus. Kierunek więc obrano bardzo dobry, tylko wykonano nie krok, a raczej tak z ćwierć kroku.

Ale to właśnie czasami te ćwierć kroku staje się z czasem połową kroku, a potem pełnoprawnym krokiem. Drobna różnica, którą na początku tylko zauważamy, a później poszukujemy. Coś podobnego miałem właśnie z HD 660S2.
Choć są bardzo podobne w wielu miejscach do S1, o drobną kapkę przyjemniej na koniec dnia byłoby mi w S2. Choć również w wielu miejscach słucha mi się w ten sposób HD58X, zawsze gdzieś tam brakowało mi tego lekkiego pazurka w detalu z Sennheiser HD 660S2. Słuchawki różniące się formalnie detalami, ale to paradoksalnie one robiły finalnie różnicę.
Tak więc z tym mitem powrotu legendy to ani do końca powrót, ani też do końca mit. Tutaj tak naprawdę kłaniać się będą oczekiwania, jakie mamy my – użytkownicy. Moje? Ku zaskoczeniu własnym, spełniają nadspodziewanie dobrze, więc ostatecznie powiem, że tak, u mnie legenda powróciła bardziej, niż jej mit.
Dojrzewanie na głowie i inżynieryjny sekret
I nie chodzi o zapuszczanie grzybków oraz porostów we włosach. Pisząc o legendzie im dalej w las, tym bardziej Sennheisery HD 660S2 dojrzewały mi na głowie, a ja wraz z nimi.
Doszedłem do wniosku, że Sennheisery HD 660S2 to idealne słuchawki do codziennego słuchania i nabijania niezliczonej ilości godzin muzycznych. Niby tak samo, jak wszyscy ich bracia z tej rodziny, ale jednak ze wszystkich modeli tego producenta, nawet w HD800 czy HD800 S nie pracowało mi się tak wybornie i przepysznie.

Przyczyn tego doszukiwałem się pierwotnie w rzeczy oczywistej (i słusznej): swojej własnej izofonie. I rzeczywiście, HD 660S2 idealnie trafiają mi w punkt tam, gdzie mam nadczułość słuchu. Typowy recenzent o tym nie ma pojęcia, bo nie bada swojego słuchu – nie musi. Wie wszystko, słyszy wszystko, rozumie wszystko. Bez względu na wiek, okoliczności i cenę sprzętu. Ale w przypadku Sennheiserów jest coś jeszcze, co odkryłem dopiero po czasie, a co zaważyło na kilku moich decyzjach.

Okazało się, że S2 są całkiem mocno pokrywające się z krzywą Diffuse Field, która jest tak się przypadkiem składa odpowiednim standardem inżynierskim dla pomiarów EACS. Dały mi w tym momencie więc prostą odpowiedź co do tego, jaki target mogę wykorzystać jako referencyjny + preferencyjny jednocześnie.
Pod tym względem Senny okazały się na swój sposób przełomowe:
- korelują z targetem standardu technicznego,
- korelują z moimi osobistymi preferencjami,
- świetnie się przy tym mierzą (FR + THD),
- noszą w sobie naprawdę dobrze zaprojektowane (co by nie mówić) drivery HD 700.
Dlatego też w Laboratorium zdecydowałem się umieścić krzywą DF jako standard. Zaś same słuchawki (dosłownie) zastąpiły dotychczas przeze mnie używane Meze 105 AER, które również były świetnymi słuchawkami, zwłaszcza do elektroniki. Niemniej preferencje moje zdecydowały jednoznacznie: Sennheiser HD 660S2 są dla mnie lepsze, bo przyjemniejsze o późnych porach i na długie odsłuchy.
Dokładna analiza pod kątem krzywej Diffuse Field
Aby nie być gołosłownym w tej materii:
Bas: W odniesieniu do targetu Diffuse Field, HD 660S2 wykazują klasyczny dla konstrukcji otwartych spadek w najniższym podzakresie sub-basu (poniżej 60 Hz). Niemniej jednak, od ok. 70 Hz linia pomiarowa niemal idealnie pokrywa się z targetem DF, utrzymując wzorową liniowość aż do niskiej średnicy. Oznacza to, że bas nie jest w żaden sposób koloryzowany ani „napompowany” względem teoretycznego wzorca pola rozproszonego.
Tony średnie: Średnica wykazuje bardzo wysoką korelację z krzywą DF w swoim dolnym i środkowym zakresie (do ok. 1,5 kHz). Powyżej tego punktu HD 660S2 zaczynają wyraźniej piąć się ponad target, osiągając szczyt przy 3 kHz (tzw. ear gain). Jest on o kilka dB wyższy niż zakłada czysty model Diffuse Field, co tłumaczy wspomnianą w odsłuchu intymność i bliskość wokali, które są podawane z większą energią niż w przypadku słuchawek zestrojonych ściśle pod ten wzorzec.
Sopran: Analiza wysokich tonów względem DF potwierdza istnienie świadomego ubytku w okolicach 4,5 kHz – linia HD 660S2 schodzi tu wyraźnie poniżej targetu, co technicznie realizuje funkcję „bezpiecznika” anty-sybilującego. Z kolei szczyt przy 5,7 kHz wybija się zauważalnie ponad krzywą DF, rekompensując wcześniejsze wycofanie i nadając brzmieniu detalu. Warto zauważyć, że w najwyższym podzakresie (Brilliance, powyżej 10 kHz) słuchawki opadają znacznie szybciej niż linia DF, co w pomiarach potwierdza subiektywne wrażenie mniejszej ilości „powietrza” względem bardziej rozciągniętej konkurencji.
Zobaczcie więc jak na tym przykładzie słuchawki te świetnie pokrywają się pomiarowo zarówno z krzywą DF, jak i moimi odczuciami subiektywnymi. Jeśli kiedykolwiek czytaliście (lub było Wam to wmawiane), że pomiary „nic nie opisują” i „nie odzwierciedlają rzeczywistości”, niniejszą recenzję spokojnie możecie pokazywać jako dowód, że jest zupełnie na odwrót. Jeśli użytkownik (lub recenzent) wie co słyszy, co mierzy i dlaczego z A wynika B, wszystko staje się jasne.
Mit „gorszej” alternatywy dla Hifimanów a rzeczywistość
Nie pamiętam niestety, czy tyczyło się to HD 660S, czy już HD 660S2 ale u jednego z większych jutuberów audio usłyszałem kiedyś o nieopłacalności tego modelu względem oferty Hifimana.
Oczywiście każdy ma prawo do swoich własnych osądów, to jasna sprawa. Ale ponieważ wyrażono je publicznie, tak samo mam prawo ja do polemiki. Toteż stanowczo przeciwstawiam się takiemu poglądowi i mogę to bez problemu uzasadnić.
Subiektywnie i osobiście – kupiłbym HD 660S2 bez wahania ponad każdym, ale to absolutnie każdym modelem Hifimana bez względu na cenę. Mogą to być Susvary za 28 tysięcy, Susvary Unveiled za 40 tysięcy, albo i najdroższe w ich ofercie Shangri La. Nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia.
Obiektywnie – nie chodzi o typowe dla tego producenta progresywne obniżanie ceny. Chodzi o jakość, żywotność, politykę wobec klienta i sam projekt inżynierski, które bardzo obszernie opisałem w potężnym artykule śledczym związanym z wyczynami doktora Fanga w drodze na giełdę BSE.
Ilość problemów, awarii, usterek i niedociągnięć przewyższa niestety wielokrotnie atrakcyjność wynikającą z ceny końcowej. Jak na ironię, często jako „killera” stawiało się im np. Edition XS. Owszem, nawet fajnie to grało, a słuchawki obecnie bardzo mocno potaniały, podczas gdy HD 660S2 nadal trzymają dość wysoką cenę. Pytanie więc, czy ryzyko jakkolwiek jest tu opłacalne?
Porównanie HD 660S2 i Edition XS dla przykładu
Przeanalizujmy sobie obie te pary pod kątem opłacalności, wygody czy dźwięku. Czemu nie Edition XV? Bo nie polecę Wam słuchawek buczących jak porąbane i wypróżniające ładunki prosto w Wasze uszy. Niech sobie Hifiman zrobi z nich łapkę na komary, bo do tego to się głównie moim zdaniem nadaje.
Tymczasem przechodząc do porównania:
- Barwa i strojenie: Jednoznacznie stawiałbym tu HD 660S2 na pierwszym miejscu. Edition XS są bardzo zwiewne i mające ewidentnie jaśniejszą sygnaturę od Sennheiserów. Potrafią być jednak przez to męczące na dłuższą metę. 660-tki są ich jakby przeciwieństwem – wciąż detalicznym, ale jednak pełniejszym, bardziej dociążonym. W tym właśnie kierunku próbowały iść Edition XV, ale cóż, wyszło jak wyszło.
- Wygoda: Tu przewagę zyskują Edition XS. Są lżejsze, dające nieco więcej miejsca na uszy oraz wrażenie przewiewności. Wydaje mi się, że Edition XS będą miały przewagę zwłaszcza u osób noszących okulary. Na osi czasu jednak będzie się ona zacierała, gdyż pałąk w HD 660S2 jest plastikowy i pracuje, zmniejszając docisk i tym samym zwiększając wygodę.
- Opłacalność: Ta łączy się jednocześnie z trwałością. W przytaczanym wcześniej artykule śledczym opisywałem zachowanie się membran we wszystkich owalnych modelach Hifimana. Wiele awarii było opisywanych właśnie z perspektywy Edition XS. Dlatego uważam, że nawet i za te 700-1000 zł, Edition XS są zakupem nieopłacalnym.
Rozwijając tą ostatnią myśl, użyjmy prostej matematyki i estymacji.
U Hifimana chytry zawsze traci dwa razy
Powiedzmy, że kupujemy Edition XS za 700 zł, bo jakaś tam super promocja i w ogóle. Słuchawki po roku umierają (degradacja drivera). Wymieniają nam je na nowe – znów po niemal roku to samo. I jeszcze raz. Za każdym razem korzystamy z gwarancji i lecimy na RMA.
Po upływie gwarancji w trzecim roku użytkowania mamy znów to samo. Musimy zapłacić za wymianę przetworników 234$, bo tak sobie pracownik Hifimana na przykład wpisał z palca. To jakieś 860 zł na czysto. A do tego jeszcze shipping może dojść, jeśli braliśmy nie z Polski. W każdym razie robi się już jakieś ~1600 zł. I co? Przychodzą nam nie nasze słuchawki. Nie wiemy w jakim stanie, ot przyszły z puli RMA. Ile mamy czasu? Kolejny rok? Może 3 miesiące?
Jak to potem sprzedać w ogóle? Jeszcze niedawno ludzie kupowali je za 2200 zł, potem 1500 zł, a dzisiaj są do dostania za połowę tej kwoty. Jeśli więc stwierdzicie „nie, mam dość, to nie dla mnie, wycofuję się”, to nawet nie macie możliwości odmrożenia środków z takiej inwestycji.
Tymczasem Sennheiser HD 660S2 dostaniemy za 200 zł więcej, a mamy:
- normalne przetworniki, a nie padakę bez laminacji,
- brak loterii fantowej z QC,
- brak stresu, że słuchawki nam zdechną po czasie (o ile im w tym wydatnie nie pomożemy) i to nawet od leżenia,
- trzymanie wartości pod kątem rynku wtórnego, więc po paru latach sprzedamy z małą stratą.
To jest właśnie ten moment, w którym po prostu nie opłaca się nam oszczędzać, biorąc pod uwagę założenie, że brzmieniowo 660-tki nam podejdą.
Tańsza alternatywa dla HD 660S2, czyli HD 58X
Dla osób, których nie stać na zakup S2, a jednak chciałyby dość mocno poczuć „ten” styl grania, pozostaje opcja awaryjna: ściąganie Sennheiserów HD 58X Jubilee z Massdropa lub poszukiwanie ich na rynku wtórnym.
Swoją sztukę dostałem właśnie w taki sposób, choć nie obeszło się bez czkawki (złażący jeden z emblematów). Toteż mój egzemplarz dostał takie, które zrobiłem sobie samodzielnie. Może nie 1:1 idealnie, ale bardzo podobne. I pewnie gdybym o tym nie powiedział, nikt by na to nie zwrócił uwagi. Mogłem brać oczywiście egzemplarz nowy z Dropa, ale wiązałoby się to logistyką, cłem i brakiem wsparcia na miejscu (konieczność wysyłki). Tu przynajmniej była jakaś minimalna odpowiedzialność sprzedającego.

Niemniej Sennheisery HD 58X, choć genialne w swojej relacji ceny do możliwości, a nawet dużej bliskości danych pomiarowych, nie będą lustrzanym odbiciem S2. Dostaniecie tak z 80% możliwości technicznych i brzmieniowych S2, w porywach może 90%. To wielu wystarczy aby nie móc usprawiedliwić sobie dopłaty do S2. HD 58X będą wydawały się bardziej plastyczne i cieplejsze (oraz bardziej basowe). Trochę tak, jakby HD 660S2 i HD 650 urodziło się dziecko bardzo podobne do S2. Tak właśnie widzę dźwięk HD 58X na tle S2.
Myślę więc, że Sennheiser HD 660S2 to produkt dla kogoś, kto chce „najlepszą wersję tej konkretnej sygnatury”. Bez kombinowania, z oficjalnej dystrybucji, akceptując mniejszy przyrost jakości względem ceny oraz samą cenę ogólnie.
HD58X pozostają natomiast wyborem dla entuzjastów-łowców okazji, którzy nie boją się importu, zabawy z cłem i ryzyka potencjalnych kosztów i komplikacji przy ewentualnym RMA.
Podsumowanie
Wydawać by się mogło, że Sennheiser HD 660S2 często w tym tekście ganię, podkreślam ich symboliczny progres względem poprzednika lub niską opłacalność względem HD 58X Jubilee. W rzeczywistości słuchawki nie schodziły mi z głowy i częściej lądowały na niej niż „Jubilaty”. A z perspektywy ponad miesiąca – bardzo mocno się do nich przekonałem. Tak mocno, że ich dźwięk trafił do mnie bardziej niż Meze 105 AER, które też przecież bardzo mocno broniły się i w cenie 1500 zł nadal to robią. No ale co zrobić – uszy mam jakie mam, dobieram sprzęt pod swoje preferencje, jak każdy z nas.
Z tego względu Sennheiser HD 660S2 to słuchawki, które kupuje i użytkuje się świadomie, akceptując ich konserwatywną konstrukcję w imię bezbłędnej kultury pracy przetwornika. Za 1800 zł otrzymujemy sprzęt, który fizycznie może irytować początkowym dociskiem pałąka i „plastikowością”, ale technicznie oddaje każdą wydaną złotówkę w postaci niemal matematycznej czystości sygnału. A przy okazji fantastycznie pokrył się z krzywą DF, mocno też plasując się w ramach moich osobistych preferencji.
To propozycja dla tych, którzy szukają naturalności znanej z HD 58X, ale dysponują większym budżetem i oczekują braku sybilantów przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej detaliczności. Choć w pełni otwarta konstrukcja wyklucza je z użytku w głośnych pomieszczeniach, to w zaciszu domowym, po „rozejściu się” mechaniki pałąka, stają się sprzętem kompletnym – relaksującym, a jednocześnie precyzyjnym tam, gdzie planarna konkurencja z Chin zaczyna już wymiotować w nas zniekształceniami. I wątpliwościami, czy aby nie kopnie nas prądem lub nie padnie któryś z przetworników przez agresywne oszczędzanie na QC.

Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie wynoszącej ok. 1800 zł (sprawdź najniższą cenę i dostępność). Można również go zakupić na polskim Amazonie.
Dane techniczne
Zaczerpnięte z jednej ze stron sklepowych:
- Rodzaj słuchawek: Wokółuszne, przewodowe
- Rodzaj przetwornika: Dynamiczny, otwarty
- Rozmiar przetwornika: 38 mm
- Impedancja: 300 Ohm
- Pasmo przenoszenia: 8 – 41 500 Hz
- Poziom ciśnienia akustycznego (SPL): 104 dB (1 kHz/1 Vrms)
- Zniekształcenia harmoniczne (THD): <0.04 % (1 kHz, 100 dB)
- Złącze: Jack 6.3 mm + przejściówka na 3.5 mm, zbalansowane 4.4 mm
- Przewód: 1.8m
- Waga: 260 g
- Kolor: Czarny
Dane pomiarowe

Powyższe dane pomiarowe w formie interaktywnej można znaleźć w Laboratorium, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej.
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-AD900X (zmodyfikowane), Sennheiser HD 58X, Sennheiser HD 580, Sennheiser HD 599SE
- Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.



