Moondrop Cosmo to słuchawki należące do śmietanki producentów nie mających u mnie swoich oficjalnych recenzji – jedynie prywatne. Jest to świadoma konsekwencja niezależności i jak widać, zupełnie w niczym nie przeszkadzająca. Wszystko, co tu się stanie, zadzieje się z powodu serdecznego gestu ze strony p. Pawła, który jest ich posiadaczem. Dzięki niemu możemy pochylić się nad trzecią parą słuchawek tego producenta. Czy jest w ogóle nad czym się rozwodzić? W dużej mierze jest. Ale tylko, gdy stawiacie ponad wszystko na dźwięk, nie macie problemów z percepcją sopranu oraz używacie czapki podczas słuchania muzyki. Albo praktykujecie trzymanie zmywaka na głowie. Przesadzono bowiem z wielkością opaski, którą w cenie 4400 zł sami będziecie musieli sobie skorygować. O ile zdecydujecie się na zakup rzecz jasna, lub macie łeb jak planeta. I najlepiej aby była to taka, która nie płonie.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu swojego prywatnego egzemplarza przez p. Pawła, któremu bardzo serdecznie dziękuję. Jeśli chcecie widzieć więcej takich recenzji, a zwłaszcza sprzętu posiadanego przez siebie, także zachęcam do zgłaszania swojego prywatnego sprzętu na testy.
Natomiast jeśli ogólnie podoba się Wam moja praca, można wesprzeć dalszy rozwój Audiofanatyka kupując kable sygnowane moim logo, stawiając wirtualną kawę via ko-fi lub drobnym datkiem via suppi by Patronite.
Jakość wykonania i konstrukcja Moondrop Cosmo
Właściwie mamy tu wszystko to samo, co w modelu Moondrop Para. Jedyne różnice to czarne plastiki oraz inny wzór otworów dyfuzyjnych przetworników. Liczba zmian może rozczarowywać, zwłaszcza jak na „flagshipa” za 4400 zł. Ale być może właśnie dlatego koszt tej pozycji jest taki, a nie inny? Kto wie.
Inny problem to ergonomia i to ona będzie się przewijała wciąż na stole. Słuchawki są bowiem o wiele za duże, nawet na najniższym nastawie regulacji.
Jak więc zakładać Moondrop Cosmo? Po cajmersku, a więc zgodnie z poziomem inżyniera, który to zaprojektował. Najpierw musimy położyć sobie na czubku głowy albo zwiniętą szmatkę, albo zlewozmywak. Może być też mały kartofel. Dopiero wówczas słuchawki są zdatne do użytku i nie opadają na uszach.
Sposób ten stosowałem przez cały czas trwania testów. Nie było bowiem innej możliwości normalnego korzystania ze słuchawek. Jest to idiotyczna i niedorzeczna sytuacja, ale też nie pierwsza, gdy jakiś producent podejmuje dziwaczne decyzje. Co najwyżej darowałem sobie użycie kartofla i skupiłem się na szmatce/zmywaku (suchym rzecz jasna).
Warto zauważyć przy tym dwie rzeczy:
- objętość nie była aż tak dramatycznie duża przy poprzednich modelach Moondropa (acz nie pamiętam czy właściciele modowali je już przed wysłaniem na testy),
- podobnie narzekają na zbyt dużą objętość właściciele Hifimanów.
Możemy więc stwierdzić, że to chyba coś zaraźliwego pomiędzy chińskimi producentami. Jeśli coś jest głupie, ale ludzie i tak to kupują, to widocznie tak musi być.
Co poza tym? Bardzo fajne pady asymetryczne w które wejdzie każde ucho, odpinane okablowanie, pudełko klasycznie w stylu „chińskich bajek”. Aczkolwiek rozmarzenie postaci wcale nie jest pozbawione symboliki.
Bełkot i nieścisłości
Choć materiały producenta są imponujące i prezentują mnóstwo ilustracji z symulacji oraz projektowania Moondrop Cosmo, nie znaczy to, że oparły się marketingowej mgle. Przykładowo:
„Wielkoskalowy system symulacji elementów skończonych wspomagający projektowanie
Zespół ds. rozwoju akustyki działu badawczo-rozwojowego MOONDROP przeprowadził trzy symulacje energii elektrycznej, siły i dźwięku, wykorzystując dedykowany komputer o wysokiej wydajności i wysokiej klasy wielkoskalowy system symulacji elementów skończonych COMSOL. Symulacje te umożliwiły zoptymalizować projekt struktury akustycznej, skróciły czas prób i błędów w eksperymentach, poprawiły wydajność badań i rozwoju oraz stworzyły solidną podstawę dla zespołu badawczo-rozwojowego do osiągania górnych granic wydajności produktu.”
Komsomolec. Mówi to panu coś, panie Geralt?
Jednym słowem po prostu wzięto się do pracy za pomocą narzędzi i zrobiono słuchawki. Tyle, koniec, po co dalej się rozwodzić? Jaką to ma wartość dla mnie, jako potencjalnego nabywcy? No właśnie.
Rzecz natomiast, która zwróciła moją uwagę najbardziej, to oczywiście pomiary fabryczne:
Wyszły o dziwo bardzo zbieżnie z moimi, co poczytuję sobie za plus. Niemniej, wykres pokazuje odczyt z Bruel & Kjaer 4128C, podczas gdy jako sprzęt pomiarowy wymienia się… konkurencyjnego GRAS 45CA.
Każe to sądzić, że producent w ogóle nie posiada obu, tylko korzysta – tak jak większość – z chińskich klonów. A czy to będzie klon tego, czy tamtego, co za różnica. I tak nikt tego nie będzie weryfikował, bo audiofile zachwycą się pod sufity, a pomiary zignorują. Zwłaszcza, że są one dla nich swoistym sacrum profanum. Wystarczy otworzyć umysł i zacząć słuchać. Wspaniała metoda malarzy budowlanych i wszelkiej maści muratorów, którzy otwierają swe umysły i patrzą. I cyk, wszystkie krzywizny znikają na ścianach, miary i poziomice niepotrzebne. Brzmi jak absurd? Prawidłowo. Bo to jest absurd. Tak samo u audiofilów.
W każdym razie skoro tak się stało, sami sobie tu wszystko zaraz niezależnie zmierzymy i ustalimy.
Jakość dźwięku Moondrop Cosmo
Będąc wspomnianym recenzentem niezależnym – realnie, a nie tylko z deklaracji – mam ten niesamowity luksus swobody oceny subiektywnej. Choć do Moondrop Cosmo przysiadałem zły i poirytowany, że producent już na dzień dobry skopał ergonomię, słuchawki pięknie się z blamażu wybroniły. Gdy bowiem założyłem je na głowę wspomnianym „sposobem”, uszom mym ukazał się dźwięk fantastycznie wyważony. Słuchawki grające naturalnie, realistycznie, przekonująco. Z jasnością perfekcyjnie wstrzeliły się w moje oczekiwania, serwując barwę w sposób, do którego bardzo ciężko jest się przyczepić.
Oczywiście nie będzie to sytuacja nadpisująca zero jedynką. Ergonomia to fundament, więc słuchawkom nie można przypisać boskości tylko dlatego, że dźwięk jest super. To musi być zgrana całość, projekt kompleksowy. A nie, że schylam się i słuchawki lecą mi na ręce, a pozycji pionowej muszę mieć rulon ze szmatki na głowie. Niemniej brzmieniowo naprawdę jestem pozytywnie zaskoczony. Nie spodziewałem się kompletnie takiego obrotu spraw. Prędzej przypisałbym Cosmosom dokładnie to samo, co Venus i Para. A więc wybicie sopranu, lekkość reszty.
Tymczasem kierunek nakreślany przez „kosmosy” jest bardzo wyraźny. Po prostu idziemy w kierunku dociążenia i realizmu. To taka trochę odwrotność tego, co przez lata przechodziło Audeze. Tam zaczynaliśmy od ciepłych i ciemnych słuchawek w 2014 i 2015 roku. Czasy to były LCD-2 czy LCD-3. Ich recenzje mam na AF, ale od 2016-go producent poszedł w progresywną lekkość i zwiewność. Czyni to je niestety mocno zdezaktualizowanymi, ale jest to konsekwencja nie moich decyzji. Aby je zaktualizować, musiałbym słuchawki te ponownie zakupić z własnej kieszeni. Przy moich preferencjach do dynamików, lekkości na głowie oraz monitorów studyjnych – byłoby to trochę alogiczne.
Niemniej mam wrażenie, że Moondrop podszedł do Cosmo tak, jak każdy typowy producent planarów. I nie zdziwiłbym się, gdyby po prostu zwiększył ilość magnesów, polepszając kontrolę membrany. To też przełożyło się jak sądzę na pełniejszy dźwięk.
Pochylmy się nad nim bardziej szczegółowo więc.
Balans tonalny
Pod względem basu jest równo, ale oszczędnie. Myślę, że zejścia preferencyjnie mogłoby być po prostu więcej, ale przełożenie na to na pewno będą miały pady.
Środek pasma jest bliski i namacalny – tak jak wiele osób preferuje w słuchawkach m.in. starszej daty. Ale to właśnie powoduje, że Moondrop Cosmo mają ten unikalny smak i nasycenie przekazu.
Sopran wystrojono w sposób wysoce adaptacyjny podług naszego słuchu. Przysiadając do Cosmo ma się wrażenie, że góra jest tak na 90-95%. Mogłaby bowiem mieć delikatnie, dosłownie delikatnie mocniejszy pazur. Jest więc lepiej pod tym względem niż np. w DT 270 PRO, ale wciąż zgodnie z kierunkiem brzmieniowym. Wystarczy jednak spędzić w nich chwilę, 5-10 minut, aby słuch momentalnie się zaadaptował. Nic już nie trzeba, absolutnie nic. A czemu pomoże dodatkowo delikatne podbicie głośności. Wówczas dostajemy równiejsze brzmienie ze wspomnianym nasyceniem środka. Te słuchawki po prostu uwielbiają głośniejsze słuchanie.
Dopiero porównania z innymi słuchawkami (oraz powrót do punktu wyjścia przed odsłuchami) podpowiadają, że ten delikatny ustęp na pazurze jest troszkę zbędny. Przyjemny, pożyteczny, naturalny, ale jednak. Kłaniają się tu np. AD900X, które po modyfikacjach mają właśnie w taki sposób wyważony sopran. Mniej przyjemny, ale korelujący z ich charakterem.
Scenicznie jest również prima sort. Dobra głębia i szerokość, którym towarzyszy poczucie należytej holografii. Nie jest to może poziom K1000 czy STAXa, ale słuchawki naprawdę czuć pod względem otwartości na plusie. Pod tym względem mogą równać się z najlepszymi.
Ale i tu jest ciekawostka – znów modyfikowane AD900X były w stanie je przebić. I to znacznie. Właśnie na holografii, gdzie przykładem niech będzie początek Aes Dana – Akacie. Na AD900X dostajemy spektakularne wręcz wyłanianie się dźwięków z tła. Selektywnie i dynamicznie. W Cosmo wrażenie było mniejsze, nastawione na bardziej odkrycie wszystkiego od razu, ale z poprawnym ulokowaniem w przestrzeni. Czyli da się tu jeszcze coś poprawić.
Modyfikacje
Tym razem nie będziemy rozmawiać o modyfikacjach akustycznych – moim zdaniem są kompletnie zbędne. Słuchawki grają naprawdę tak dobrze, tak naturalnie, że nie ma sensu się z nimi bawić inaczej, niż pod względem ergonomicznym.
To nawet w sumie nie jest kwestia sensu, a powinności. Moondrop Cosmo nie powinny wyjść na rynek w takiej formie, w jakiej wyszły. Są niedopasowane do człowieka nie używającego czapki na co dzień. A na dwór jednak przecież w nich wychodzić nie będziemy. Dlatego konieczne są modyfikacje opaski.
Jak to zrobić najprościej? Po prostu skracając oryginalną. Można też doszyć sobie zamiennik we własnym zakresie, aby nie kasować oryginału. Jasnym jest, że z racji bycia nie moim sprzętem, nie będę tu niczego rozkręcał. Widzę jednak jak można byłoby to wykonać.
Zakładam, że opaska ma w sobie na językach otwory na wkręty. Rozkręciłbym więc bloczki regulacyjne – mają z boku widoczne śrubki. Następnie wyjął opaskę, odciął kawałek i odtworzył otwory wyżej. W ten sposób zyskamy znacznie ciaśniejszą i krótszą opaskę bez konsekwencji wizualnych.
Nie trzeba też bać się, że będzie zbyt ciasno – zauważcie, że bloczki są ustawione w pozycji najniższej. Mamy więc jeszcze dodatkowe 4 stopnie regulacji. Mało więc, że jest to modyfikacja (jak się wydaje) prosta, to jeszcze umożliwiająca wykorzystanie całego mechanizmu. Paradoksalnie bowiem, w obecnym kształcie nigdy nie wyjdziemy poza nastaw najniższy, więc regulacja jest i tak bezużyteczna.
Sam osobiście pewnie kombinowałbym z jakimś grubym materiałem, np. welurem tapicerskim. W razie konieczności skorzystania z gwarancji nie będzie wówczas stresu, że zostanie ona z powodu opaski odrzucona. Tym bardziej, że to opaska jak w tańszych STAXach, która niesamowicie pije wszelki łój i pot. Efekt będzie taki, jakbyśmy wysmarowali ją smalcem, dosłownie. A jeśli nie będzie miała wentylacji – po prostu spleśnieje. Warto mieć to na uwadze.
Testy z okablowaniem fabrycznym i Audionum
Nie mogło oczywiście zabraknąć testów z innym okablowaniem, niż fabryczne. Zdecydowałem się na to na przekór temu, co ostatnio mówią na ten temat sami audiofile. Na Facebooku sami zaczęli sobie ubliżać i nawet niektóre cenione czasopisma audio pisały coś o „gardzeniu” osobami bez podstaw fizyki. Dziwnie się na to patrzy szczerze mówiąc, bo nie spodziewałem się jakiejkolwiek autorefleksji. Fakt, że sporadycznej i niezbyt grzecznie wyrażonej, ale nadal wartej odnotowania.
Tym samym miło jest mi zakomunikować, że Moondrop Cosmo z moimi kabelkami działają dokładnie tak, jak owa fizyka nakazuje i określa swymi żelaznymi ramami. Wszystko było tu w jak najlepszym porządku. Owszem, nie przywróciły im basu, nie wysterowały brzmienia w stronę aksamitnej faktury czy struktury kryształu, jak się to często na forach opisuje. Scena nie stała się bardziej sceniczna, a czarne tło czarniejsze od wnętrza czarnej dziury. Ale nie jest to przywara mojego kabelka, bowiem nad nim unosi się coś zupełnie innego. Nie są to opary mistycyzmu, a atmosfera prawdy. Realne, czyste powietrze, pozbawione zasłon dymnych i miraży wszelakich.
Do tego pełnia wolności – długość jaką tylko chcę, elastyczność jaka tylko mi się widzi. No i standard wtyku, jaki tylko jest mi potrzebny. Tym samym przyjemność z korzystania z Moondrop Cosmo była jeszcze większa. I tym większa, im wciąż jeszcze mam czas, możliwości i chęci, aby tak atrakcyjne cenowo okablowanie wytwarzać.
A wytwarzać jak sami widzicie trzeba, bo już nawet własne środowisko audiofilskie zaczyna się wzajemnie o to wyzywać. Czasami mam wrażenie, że już nawet pomiary nie powodują tam tak dużych kontrowersji.
O, właśnie, kwestie techniczne…
Wymiar techniczny Moondrop Cosmo
Na początku balans kanałów, który jest… dziwny. Pomiary powtarzałem wielokrotnie, ale za każdym razem wychodziła mi dominacja prawego kanału. W odsłuchach nic takiego nie stwierdziłem. Czyżby słuch mnie oszukiwał?
Wyjaśnieniem tej zagadki okazały się pady. Prawy nausznik jest płytszy, przez co przetwornik jest bliżej ucha. A to powoduje, że jest głośniejszy. Czemu tego nie usłyszałem? Bo mam bardziej położoną prawą małżowinę (z tego samego powodu K1000 ustawiam niesymetrycznie). Słuch jest równy, tylko małżowina jest pod nieco innym kątem (to normalne u ludzi, nie mamy identycznych uszu). Dopiero na fantomie zwróciłem na to uwagę, gdy słuchawki opierały się o uszy silikonowe.
Tonalnie potwierdził się bardzo równy bas, a także naddatek na środku. Można powiedzieć – typowy planar. Widać to też na pomiarach THD, gdzie słuchawki osiągnęły całkiem przyzwoite -54 dB THD+N. Problemem jest jednak nierównomierność zniekształceń. Coś dzieje się z prawym przetwornikiem, który odnotowuje zupełnie inny przebieg oraz gorsze harmoniczne. Nadal trzyma się to dobrego standardu, ale taki widok nie jest dla mnie zaskoczeniem. To typowe zachowanie tanich planarów, wielokrotnie obserwowane przeze mnie u Hifimana czy innych konstrukcji z tamtego rejonu. Rzecz najważniejsza jednak – nigdy nie wyskakujemy powyżej 1%. A więc jest dobrze.
Wyniki uzyskiwane na Moondrop Cosmo kłócą się tak naprawdę tylko z jednym – określeniem „flagship”. Słuchawki owszem mogą być w TOP oferty producenta, ale spodziewałbym się jednak troszkę lepszej kontroli jakości. Zdaję sobie sprawę, że jest to trudne w przypadku chińskich planarów (a nawet niewykonalne), ale wiecie… 4400 zł. To nie Hifiman. Co wolno Fangowi to nie Moondropowi. Zwłaszcza przy braku tak dużego zaślepienia użytkowników, jakie towarzyszy produktom tego pierwszego.
Poza tym jednak jest pozytywnie. Uśrednione wyniki są w porządku, zwłaszcza THD basu robi kolosalne wrażenie na plus. Cosmo to słuchawki czyste, umiarkowanie trudne w napędzeniu, ale trzymające się porządnego pułapu jakościowego, mimo drobnych niedociągnięć.
Podsumowanie
Tak więc cóż… rewelacyjne planary o kompletnie irracjonalnej ergonomii. Kompletnie niedopasowane do ludzkiej głowy, o ile nie nosimy czapki. I to nie takiej z daszkiem, a normalnej czapy jak na zimę. Idealne to więc słuchawki, gdy nie mamy ogrzewania w domu. Albo oszczędzamy, bo rachunki za prąd z pompy ciepła latają pod sufitem. Powoduje to, że Cosmo nie da się normalnie używać, póki samodzielnie nie zmodyfikujemy opaski pałąka.
Gdy to się jednak stanie, otrzymujemy brzmienie niemalże bliskie ideałowi naturalności, zwłaszcza po bardzo krótkiej adaptacji. Równy bas, bliższy środek, naturalna góra, naprawdę niezła scena. Miałem sporo problemów aby dosztukować się brzmieniem do Cosmosów w ramach sprzętu, który posiadam. Najbliżej były AD900X po mocnym dampingu oraz K1000. Ale tu i tu było zawsze jakieś „ale”, coś „inaczej” niż w Moondrop Cosmo. Czy lepiej albo gorzej brzmieniowo – o dziwo wszędzie dobrze. Tak samo przyjemnie siedziało mi się w K1000, AD900X, jak i Cosmo (nie licząc zmywaka na głowie).
To słuchawki bardzo ciekawe, wartościowe dźwiękowo, ale od startu nadające się do modyfikacji. Czy to je dyskwalifikuje? Moim zdaniem nie. Dają za dużo dobra w dźwięku, aby skreślać je tylko przez (demontowalną) opaskę lub drobne problemy z powtarzalnością QC. Ale sytuacja z opaską przy cenie 4400 zł jest kuriozalna i niezrozumiała. Można warunkowo rekomendować Moondropy Cosmo jako bardzo wdzięczne słuchawki referencyjne dla oszczędnych audio-majsterkowiczów. Takich, których wkrętak w dłoni nie parzy, chiński planar nie odstrasza, a niedoróbki i niedopasowania konstrukcyjne ich nie zrażają. Ale oficjalnie rekomendować ich raczej nie sposób, ponieważ każdy użytkownik musi doskonale wiedzieć z czym ma tu do czynienia.
Sprzęt można zakupić u nas w kraju na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie 4400 zł, jak również na polskim Amazonie.
Dane techniczne
Zaczerpnięte z oficjalnej strony producenta:
- Model: COSMO 100mm Nanoscale Ultra-thin Flagship Planar Headphone
- Sensitivity: 100dB/Vrms (@1kHz)
- Impedance: 15Ω±15% (@1kHz)
- Frequency Range: 13Hz- 58kHz (IEC61094, Free Field)
- Effective Frequency Range: 20Hz- 20kHz (IEC60318-4, -3dB)
- Headphone Jack: 3.5mm
- Cable Plug: 4.4mm
Dane pomiarowe
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro, dongle USB-C z Meze 105 AER
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-AD900X (zmodyfikowane), Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Audeze LCD-XC
- Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.























Witam.
Czy w/w słuchawki będą dużo lepsze od Sundar? Głównie muzyka filmowa, jazz, symfoniczna i trochę elektroniki.
Może taniej AD900X?
Czy nie zmieniać? Teraz jest dobrze ale kiedyś miałem przez miesiąc HD800. Scena:)))
Zależy co rozumieć przez lepsze. 🙂
Z punktu widzenia akustyczno-technicznego, od współczesnych Sundar: uważam że tak. Ale to nie ta sama półka cenowa. Czyli drożej.
AD900X? Znacznie taniej, trochę bardziej zwrot w kierunku Sundar, ale trzeba modować aby sensownie grały (eksperymentowanie z padami + wkładki od Beyerdynamic T1 G3). Czyli kombinatoryka.
Czy nie zmieniać? Nie wiem, nie posiadam zdolności profetycznych i nie wiem co Pan posiada. A jeśli rozmawialiśmy kiedyś, to bardzo proszę mi wybaczyć, że nie zapamiętałem obecnie posiadanego asortymentu. Niestety to jedna z wad zajmowania się wszystkim samodzielnie i konieczności filtrowania dziennych dawek informacji.
Mam Sundary, chyba te stare. Kupowałem zaraz po ukazaniu się Pana recenzji jak jeszcze były w polecanych. Posiadam też AKG m220 też zakupione pod wpływem AF :))
Obu zakupów nie żałuję. Pierwsze były CAL. Myślę że to mały progres.
Jednak we wspomnieniach HD800 jawią się jako nieosiągalny poziom sceny, szczegółów, ogólnej jakości i przyjemności słuchania.
Szkoda, że nie mogłem porównać ich bezpośrednio.
Myślę czy nie odłożyć na HD800S i szukam jakiegoś tańszego lecz nie dużo gorszego zamiennika.
Pozdrawiam.
Może ADX3000 w takim razie.