Dan Clark Audio Noire X, wycenione na 4890 PLN, to następca popularnych Aeon 2 Noire. Producent obiecuje nam tutaj lepszą kulturę pracy i bardziej dojrzałe strojenie, a co z ogromną przyjemnością postaram się zweryfikować w trakcie testów.
I z równie wielką przyjemnością porównam je sobie z moim osobistym – może nie ideałem, ale w pewnym względzie wzorcem dla profesjonalnych studyjnych planarów – egzemplarzem Audeze LCD-XC. Bo choć mógłbym to uczynić z LCD-S20, rejony cenowe ustanowione przez DCA wyraźnie skłaniają się w stronę większego i starszego brata.
Testy nie mogłyby się w tym wypadku odbyć bez pomocy i szczerego gestu jednego z czytelników. Ale ponieważ słuchawki tego producenta szerokim łukiem omijają moje podwoje, zdecydowałem się podziękować mu anonimowo i zamazać numery seryjne słuchawek. Nie chcę aby miał z powodu mojej nadmiernie dogłębnej analizy jakieś nieprzyjemności.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu prywatnego egzemplarza przez jednego z czytelników, któremu bardzo pięknie dziękuję. Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie recenzowałem i chcecie, abym przeprowadził jego pełną i niezależną ekspertyzę, serdecznie zachęcam do zgłoszenia go na oficjalne testy i pomiary.

Jakość wykonania i konstrukcja Dan Clark Audio Noire X
Na pierwszy rzut oka Noire X obiecuje wszystko, czego mógłby zapragnąć współczesny użytkownik tego segmentu. Mamy tu „kosmiczne” materiały, takie jak tytanowy Nitinol czy prawdziwe włókno węglowe. Jest też naprawdę pomysłowo zaprojektowany mechanizm składania, który pozwala schować te pełnowymiarowe planary do etui niewiele większego od pudełka na kanapki. Sugeruje to, jakby Noire X miały być też i kompanem w podróży.

Jednak nazwa słuchawek bywa w tym przypadku przewrotna. Choć wizualnie otrzymujemy elegancką bryłę w kształcie ucha, to brzmieniowo DCA nie zamierza nas otulać ciemnością ani bezpiecznym ciepłem jak LCD-S20. Zdradzę już na tym etapie, że wbrew nazwie będzie zupełnie odwrotnie.
Izolacja i wygoda
Pokrótce mówiąc w temacie izolacji czy wygody – w obu przypadkach jest bardzo dobrze. Słuchawki są bardzo wygodne, nie ważą aż tak dużo (niecałe 400 g), świetnie rozkładają masę. Jednocześnie izolacja jest typowa jak dla słuchawek pełnowymiarowych zamkniętych. Tyle co mogę powiedzieć, że LCD-XC tłumią od nich trochę gorzej. Ale LCD-S20 to już pułap porównywalny z tendencją na minimalnie lepiej od Noire X. Obie pary są również zauważalnie cięższe od Noire X (550 g dla S20 oraz 780 g dla XC).

Jednak owszem, wygoda jest naprawdę mocnym punktem i za to DCA Noire X należy bardzo pochwalić. Wszystko to też jest zasługą padów, które mają przyjemną dla skóry wyściółkę z alcantary na powierzchni styku, a w środku dwa kawałki skórki na ścianach: perforowaną i nie. Całość podporządkowana akustyce jak sądzę.

Przy czym muszę tu wtrącić pewną uwagę. Słuchawki posiadają matrycę tłumiącą akustycznie przetworniki. Polega ona na zaślepianiu określonych punktów (oczek) maskownicy chroniącej przetwornik. Istnieje szansa – i mi się takowa przydarzyła – że słuchawki założone „nie tak jak trzeba” będą kolidowały tą maskownicą z uchem, powodując szybko nieprzyjemne uczucie dyskomfortu.
Uwagi jakościowe
Samo wykonanie wydaje się w porządku, choć diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach. Zwróciłem uwagę, że druty pałąka są zdeformowane. Bodajże w Ether CX było dokładnie to samo. Nie wiem czy tak się dzieje od zwykłego użytkowania, czy czegoś innego.

Druga sprawa, to pokrywy muszli. Prawdopodobnie jest to zwykłe czarne pleksi, przez co materiał ten ma niesamowitą tendencję do rysowania się (i palcowania). Choć mogę się mylić. Niemniej miałem wrażenie, że można było zastosować tu coś innego.

Oczywiście trzeba brać poprawkę na to, że jest to sztuka używana. Jednakże moją uwagę zwróciły przetarcia na warstwie zamszu/alcantary pokrywającej powierzchnię styku padów z twarzą. Po bliższych oględzinach okazało się, że to nie przetarcie, a wprost odrywanie od materiału nośnego. Staram się to jednak traktować jako cechę materiału eksploatacyjnego, jakim niewątpliwie są pady. W każdych słuchawkach.

Ale cóż, niestety takie są już uroki i konsekwencje braku dostępu do sprzętu drogami oficjalnymi. Z drugiej strony daje to nam wszystkim świetny wgląd w to, jak sprzęt wytrzymuje codzienne trudy na osi czasu. Jak wygląda zużycie konkretnych materiałów, a nawet w jaki sposób dany sprzęt jest malowany i zabezpieczany.

Piszę o tym w kontekście dawnych prób dyskusji nad stanem Quad Era-1, których recenzję jeden z pracowników sklepów audio próbował podważać argumentacją o ich rzekomo nieadekwatnym stanie technicznym. Jednak moja propozycja podesłania mi nowego egzemplarza na ponowne pomiary spotkała się z wymownym milczeniem. To więc nie mi przeszkadza fakt testowania sprzętu używanego.
Okablowanie
Na koniec jeszcze wątek okablowania fabrycznego, które wykonane jest trochę na pokaz. Pod oplotami (których jest tu po prostu za dużo) czuć ewidentną pracę przewodów. Wraca więc to samo, co punktowałem w cieszącym się nietypową (delikatnie mówiąc) sławą kablu Tonalium.

W zestawie otrzymałem jeszcze kabelek marki Open Heart, o którym być może napiszę w przyszłości coś więcej. Przybył jednak dlatego, że fabryczny okazał się… niesprawny. Przerywa jeden kanał. Na szczęście drugi jest sprawny, toteż było możliwe wciąż wykonanie pomiaru porównawczego tylko na jednym kanale.
Jakość dźwięku Dan Clark Audio Noire X
Słuchawki te – zwłaszcza po modelach takich, jak LCD-S20 czy ATH-A990Z od pierwszych chwil jawią się jako bardzo analityczne i sterylne. Te wrażenia utrzymują się praktycznie do samego końca, od czasu do czasu słabnąc, wzmagając się, ale ciągle pływając na powierzchni. Do tego stopnia, że im dalej w las, tym bardziej byłem nimi zmęczony i chciałem, aby proporcjonalnie bas zamienił się z sopranem. Problem w tym, że nie znikały one nawet po przesiadce na zauważalnie jaśniejsze LCD-XC. Bowiem przy S20 czy A990Z można mówić o wysokim kontraście między modelami cieplejszymi, a ewidentnie bardziej analityczną koncepcją DCA.
Aby trzymać się tematu stricte planarów, wyjąłem nawet niesławne HE400SE v2. I co? One również okazały się nie tak analityczne i rozjaśnione, jak Noire X. Spędziłem sporo czasu na porównaniu tych dwóch par między sobą. A wyniki odsłuchowe pokryły się z tym, co ustaliło Laboratorium po wgraniu wykresów i zrobienia porównania łeb w łeb na czysto. DCA wykorzystują przy tym kilka bardzo ciekawych zabiegów, aby wyprowadzić swój dźwięk w takie, a nie inne rejony. Ale jak zawsze – po kolei…
Bas – typowa planarna jakość
Analiza techniczna: Przebieg basu względnie pokrywa się z krzywą DF od 20 Hz do 200 Hz, utrzymując poziom ok. 97 dB. W porównaniu do topowych konstrukcji Audeze, które potrafią trzymać poziom od 10 Hz do 1 kHz niemal bez odchylenia, Noire X wykazują delikatne falowanie pasma. Nie jest to może techniczna wybitność, a po prostu solidna, planarna norma.
Czystość uśredniona jest w tym zakresie bardzo dobra – zniekształcenia na poziomie 0,2% oznaczają, że dół jest całkowicie wolny od podkolorowań i zmulenia. Widać, że zastosowane pady rzeczywiście mogą mieć tutaj sporo do powiedzenia.
Subiektywny odsłuch: Brak podbicia w tym zakresie sprawia, że słuchawki wydają się grać „klinicznie” już od samego spodu. To nie jest wada, a bardziej wybór strojenia, który w połączeniu z konstrukcją zamkniętą ma wzmacniać wrażenie czystości. Nie powiem, to bardzo sprytny zabieg, ale dla ucha przyzwyczajonego do naturalnej masy dźwięku będzie to po prostu odbierane jako brak dociążenia. Natomiast dla wielu osób przyzwyczajonych do basowych modeli dynamicznych, może wydawać się zbyt suchy.
Tony średnie – klarowność i separacja
Analiza techniczna: Średnica idzie „łeb w łeb” z krzywą DF, wykazując jedynie minimalny dip w okolicach 900 Hz. Narastanie energii do szczytu przy 3 kHz (ok. 107 dB) jest bardzo bliskie wzorcowi DF, choć o ok. 1–2 dB głośniejsze. Szczytem przy 3 kHz idealnie trafia w najwyższą czułość ludzkiego ucha.
Choć zaobserwować można tu uśrednione wybicia THD na poziomie np. 0,44% przy 1,3 kHz, w rzeczywistości parametry całkowicie nieistotne dla ludzkiego ucha. W ślepym teście nikt nie byłby w stanie odróżnić 0,1% od 0,4% THD w tym zakresie. Dlatego nie będę tego punktował jako wady w sensie stricte. Niemniej widoczne są mocne fluktuacje na poziomie technicznym, najbardziej czytelne przy widoku pojedynczych kanałów (sięgające 0,6-0,8%, by za moment spaść na 0,12-0,15%). Są one bardzo zastanawiające i rzucające niekorzystne światło na Dan Clark Audio Noire X. O tym jeszcze nieco powiemy sobie później.
Subiektywny odsłuch: Większość słuchawek planarnych ma chociaż lekki „garb” w niższej średnicy, który dodaje im muzykalności. Ponieważ tu nie emanuje ona nasyceniem przez brak podbicia basu, wokale są wycinane z tła z chirurgiczną precyzją, co potęguje wrażenie wglądu w strukturę nagrania. Środek pasma jest zatem neutralny, wręcz aż sterylny. Dokładnie odwzorowuje głos wokalistów, który jest zawsze czysty. Ale tak samo, jak z basem, jest tu troszkę aż nazbyt sterylnie. Brakuje mi odrobiny naturalności, dociążenia, czy jak to mówią audiofile – substancji w dźwięku.
Jeśli ktoś jednak szuka słuchawek wybitnie selektywnych na środku i dających dosłownie lekarskie spojrzenie na dźwięk, nie musi szukać dłużej.
Sopran – kliniczna ofensywa
Analiza techniczna: Podczas gdy krzywa DF po 3 kHz zaczyna wyraźnie opadać (do ok. 100 dB przy 7 kHz), Noire X utrzymują energię na stałym, wysokim poziomie ok. 105 dB aż do 6 kHz. W efekcie powstaje swego rodzaju „półka” sopranowa w zakresie 4-7 kHz. Przekroczenie krzywej DF w tym miejscu o blisko 5 dB sprawia, że Dan Clark Audio Noire X sztucznie doświetlają detale, które w naturze powinny być łagodniejsze. Gwałtowny spadek przy 10 kHz (aż do 80 dB) to próba ratowania sytuacji przed sybilantami, ale przy tak mocno podbitym niższym sopranie, góra i tak będzie odbierana jako bardzo techniczna. Na szczęście nie odbija się to na THD, które średnio nie przekracza 0,35%.
Subiektywny odsłuch: Znów więc rozbijamy się o to, o czym pisałem wcześniej. Również i tutaj ukryte jest źródło tej ich kliniczności. Specyficzne poczucie może nie ostrości, a surowości w dźwięku, które mimo unikania sybilacji męczy przy dłuższym odsłuchu. Choć na początku zachwyca ilością informacji. To jest znak rozpoznawczy Dan Clark Audio Noire X. Producent zaprojektował je tak, by wyciągały detale na wierzch. Wydaje mi się, że jest to świadome odejście od krzywej wzorcowej, a w konsekwencji nie jest to błąd. Słuchawki mają sprzedawać „rozdzielczość” nawet kosztem tego, że psychoakustycznie męczy się nam ucho, bo sprzęt uderza w zakres, w którym jesteśmy bardzo wrażliwi na ostrość ataku.
Tak więc w sopranie nadal mamy festiwal sterylności i czytelności, ale połączony z jasnością. Jeśli mamy naturalne ubytki słuchu w tym rejonie – Noire X mogą być dla nas absolutnym hiciorem i objawieniem. W każdym innym przypadku zaś mogą być konieczne drobne modyfikacje (damping), aby je uspokoić. U mnie niestety w większości utworów i gatunków miałem ochotę zrobić właśnie to. Albo przesiąść się na cokolwiek innego.
Wrażenia sceniczne – agresywna elipsa
Scena ma bardzo dużą szerokość – rozciągnięcie na boki robi naprawdę spore wrażenie. Ale jednocześnie brakuje jej głębi i warstwowości. Wszystko dzieje się na jednej, bardzo wyraźnej linii. Przez brak wygaszania energii w odpowiednich momentach, słuchacz ma wrażenie obcowania ze „ścianą detali”, która napiera na uszy, nie dając możliwości zajrzenia „za” instrument czy wokalistę. Owszem, jest delikatny margines odległości między pierwszym planem a nami, ale wyczuwanie stopniowania dystansu jest tu utrudnione.
Podbicie pasma obecności powyżej krzywej DF tworzy iluzję dużej ilości miejsca i powietrza wokół detali. Jest to jednak tylko iluzja, która nie wynika z rzeczywistego wybrzmiewania pomieszczenia (którego w zamkniętej puszce jest mało). Raczej bierze się to z bardzo prostego zabiegu: wyostrzenia transjentów. Słyszymy bardzo wyraźnie każde mlaśnięcie, uderzenie pałeczki czy szum taśmy, co mózg interpretuje jako „rozdzielczość”, mimo że scena fizycznie może być dość mała.
Tak więc o ile słuchawki rzeczywiście robią wrażenie wychyleniem na boki, wydaje mi się, że bardziej bawią się psychoakustyką, aniżeli kreują ją w sposób kompleksowy w każdej osi. Na pocieszenie – holografia sceny jest całkiem niezła i może to w dużym stopniu rekompensować.
Uwagi techniczne – rozjazd THD i balansu kanałów
W swoich recenzjach jestem szczery i nie inaczej będzie w tym przypadku: przy cenie sięgającej 5000 zł spodziewałbym się znacznie lepszych wyników. Bo i choć uśrednione wyniki THD są bardzo dobre, dokładniejsza analiza pokazuje coś takiego:


Analizujmy:
- Kanał Lewy: Wykazuje potężny rezonans przy 1,4 kHz, gdzie THD skacze do ok. 0,75%. W rejonie 500–600 Hz mamy kolejny wystrzał na poziomie 0,6%.
- Kanał Prawy: Tutaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Główny problem to rejon 320 Hz, gdzie zniekształcenia wystrzeliwują do blisko 0,9% (to niemal 1% w krytycznym zakresie basu/niskiego środka!). Zaś rezonans przy 1,4 kHz, widoczny w lewym kanale, tu jest znacznie niższy.
- Asymetria sopranu w moim punkcie czułości ucha: W kanale prawym THD w okolicach 6,5 kHz osiąga 0,5%, podczas gdy w lewym utrzymuje się w okolicach 0,3%.
Nie są to wartości w żaden sposób zagrażające jakości odsłuchów, na szczęście. Zastanawiający jest jednakże nierównomierny rozkład tychże na osi częstotliwości. Owszem, można próbować bronić się, że to „używka” od jednego z czytelników, ale jakoś z podesłaniem nowej nikt się nie garnął. Dokładnie tak samo było z Quad ERA-1, gdzie pracownik jednego ze sklepów, zgłaszający uwagi do stanu egzemplarza, do dziś nie podesłał sztuki mającej wykazać rzekome defekty testowanej. A co jest notoryczną praktyką, którą przerabiałem nie raz.
Poza tym pomyślmy logicznie – jeśli pracownik miałby rację, to oznacza to, że egzemplarz na osi czasu się „wypierdział” na tyle, że charakterystyka THD i balans kanałów się rozjechały. Niespecjalnie dobrze by to świadczyło o trwałości przetworników i ogólnie jakości producenta. Argument ten więc tylko pogarszałby sytuację.
Balans kanałów – lekkie pływanie z braku spójności
Zamiast wzorcowego pokrycia się linii lewego i prawego kanału, otrzymujemy wykres, który rozjeżdża się w niemal każdym kluczowym punkcie pasma:

Analizując go po kolei:
- Sub-bass (20–100 Hz): Już na samym starcie mamy rozbieżność rzędu 4 dB. Kanał prawy dominuje, oferując znacznie potężniejsze zejście, podczas gdy lewy zaczyna wyraźnie niżej. To oznacza, że najniższy fundament basowy będzie słyszalnie przesunięty w jedną stronę. Na szczęście dosyć rzadko udawało mi się to wywołać.
- Presence (4–7 kHz): To tutaj dzieje się najwięcej magii, ale w tym negatywnym sensie. Kanały nie tylko różnią się natężeniem, ale mają kompletnie inne charakterystyki pików. Tam, gdzie jeden kanał ma szczyt energii, drugi notuje spadek. Podczas wykonywania pomiarów odczyty VU widziałem jak skakały, gdy wpadały na sopran. Znów jednak na szczęście niespecjalnie było to odczuwalne w utworach.
- Konsekwencja psychoakustyczna: Taka nierównomierność przy tak wysokiej energii sopranu powoduje, że obrazowanie i lokalizacja źródeł pozornych stają się trochę niestabilne. Zamiast precyzyjnego punktu w przestrzeni, użytkownik może odnieść wrażenie, że wysokie detale skaczą między uszami w zależności od częstotliwości.
Nie ukrywam, że nabieram trochę wątpliwości, czy aby holografia, o której przed momentem pisałem, nie bierze się właśnie stąd. Z taniego chwytu w formie efektu ubocznego kontroli jakości.
Co z tego wynika?
Jak więc widać każda z muszli żyje własnym życiem i Dan Clark Audio też walczy z realiami produkcyjnymi. Wyniki stawiają pod znakiem zapytania powtarzalność produkcji przetworników, przynajmniej w tym egzemplarzu. Ale z tego co wiem, awarie u Dana Clarka się zdarzają i nie są odosobnionymi przypadkami. Jest też sporo narzekania na możliwości wynikające z serwisu i naprawy. M.in. właśnie dlatego otrzymałem ten egzemplarz do testów. Nie na recenzję jako taką, a na kontrolę techniczną. Choć naturalnie realizuję jedno i drugie.

Słuchawki więc – mimo iż sprawne – w cenie 5000 zł malują trochę typowy obraz jak dla współczesnych magnetostatów. Być może ktoś będzie próbował wykonywać akrobacje, że przecież tego jeszcze nie słychać, albo że Hifiman w kwotach pięciocyfrowych dowozi jeszcze większy syf i wszyscy są zadowoleni.

Tylko że ja nie jestem wszyscy. A wspominane już Audeze LCD-S20 wypadają lepiej, kosztując mniej niż połowę ich ceny.

DCA mają ewidentny problem z powtarzalnością, bo wybicia są porozwalane wszędzie na wykresie (powinny być w tym samym miejscu). Stawiałbym na precyzję pozycjonowania magnesów względem ścieżek, ale to tylko moje gdybanie. Przy 5000 zł jednak jakieś wymagania już trzeba mieć. Zwłaszcza, że to w ostatnim czasie drugi produkt amerykański, co do którego mam uwagi w temacie jakości produkcji (poprzednio były to ZMFy).
Porównanie DCA Noire X vs Audeze LCD-XC
Zestawiając sobie wykresy tych dwóch par słuchawek za – jakby nie patrzeć – podobne pieniądze, można dojść do fundamentalnego wniosku: liniowość na wykresie nie zawsze oznacza liniowość w uchu. Wszystko przez to, że umiejętność czytania wykresów wymaga też świadomości zachowania się ludzkiego słuchu. W tym własnego. To powie Wam dopiero audiogram.

I nie próbuję tutaj w żadnym razie „chwalić swojego”. Ani audiogramu, ani słuchawek. Tym bardziej, że LCD-XC traktuję bardziej jako narzędzie podczas testów niż rzeczywiście parę użytkową. Tu preferuję albo zmodyfikowane Audio-Technica ATH-A990Z, gdyż są dla mnie referencją wygody, albo Sennheisery HD 660S2, będące wzorem przyjemności dźwiękowej. Niemniej, gdy przychodzi pora na np. demaskację kolejnych bzdur pociskanych na forach czy w niby-recenzjach, które mieszają filozofię z mechaniką kwantową, aby wyjaśnić dlaczego zakup audiofilskiego kabla za 3500 zł jest genialnym pomysłem, LCD-XC okazują się niezastąpione.
Różnica w odbiorze tych dwóch par sprowadza się do sposobu, w jaki dawkują one energię w rejonach najwyższej czułości ludzkiego ucha.
Bas
Audeze LCD-XC: Posiadam je w wersji Music Creator Edition z 2018 roku, więc słuchawki mają już 8 lat i nie do końca jestem pewien, czy współczesne egzemplarze będą grały tak samo. Niemniej wykazują one wyraźny spadek w sub-basie (poniżej 60 Hz). W XC bas jest przez to nieco lżejszy i bardziej punktowy, co paradoksalnie może pomagać w odbiorze góry jako studyjnej i „profesjonalnej”. Nie ma tu przesycenia energią w żadnym ze skrajów pasma.
DCA Noire X: W tym samym czasie DCA ciągną linię prosto do samego dołu. Sygnatura Noire X atakuje słuchacza pełnym, liniowym basem i równie pełnym, agresywnym sopranem. I co najważniejsze – robi to jednocześnie na obu frontach.
Konsekwencja: DCA Noire X to słuchawki, które próbują oszukać percepcję, sztucznie utrzymując wysoką energię tam, gdzie natura (i krzywa DF) sugeruje spadek. Audeze LCD-XC, mimo swoich pofalowań, szanuje fizjologię słuchu, dając odpocząć małżowinie przy 4 kHz, co czyni je rzetelnym narzędziem, a nie męczącym eksperymentem. Choć w niektórych środowiskach Audeze celowo przedstawia się w najgorszych możliwych barwach, te słuchawki naprawdę nie są zrobione „na pałę” i bronią się w kategoriach ludzkiej strony akustyki.
Wyższa średnica
Analiza techniczna: Zwróćcie uwagę na zakres 3 kHz. To jest punkt rezonansu ucha ludzkiego. Noire X uderzają w poziom prawie 107 dB, podczas gdy moje LCD-XC trzymają się znacznie bezpieczniejszego zakresu ok. 102 dB. Wciąż wysoko, ale tylko dlatego, że domyślny SPL wynosi tu 94-95 dB (standaryzowany wg norm IEC). Nas interesuje przede wszystkim różnica, która wynosi słyszalne 5 dB.
Konsekwencja: DCA wypychają wokal i instrumenty dęte bezpośrednio „do czaszki”. Tymczasem LCD-XC, mimo że również jasne, zachowują tu o wiele większą kulturę i naturalny dystans, co w środowisku studyjnym pozwala na dłuższą pracę bez poczucia „krzyczenia” słuchawek prosto do mózgu. Jeśli miałbym spędzić 3 godziny pracując z muzyką na poważnie, wolę walczyć z masą XC niż krzykiem Noire X.
Rejon 4–7 kHz
To tutaj rozstrzyga się kwestia kliniczności i zmęczenia, dlatego trzeba to rozpatrzyć osobno dla każdej pary:
DCA Noire X: Słuchawki te utrzymują niemal stałą, wysoką energię od 3 kHz aż do 7 kHz. Psychoakustycznie to „ściana detali” – nie ma tu miejsca na relaks, każdy szelest i każda krawędź ataku są podane z taką samą intensywnością. To właśnie ten brak urozmaicenia w sopranie generuje efekt kliniczności, a nasz zmysł słuchu jest bombardowany dużą ilością informacji. Przy niższej głośności będzie to w porządku, ale przy większej bardzo łatwo o „przebodźcowanie” ośrodka słuchu.
Audeze LCD-XC: to w tym względzie pewien bezpiecznik. Mimo że XC posiada szczyt przy 6 kHz (ok. 105 dB), kluczowym jest gigantyczny dołek tuż przed nim – przy 4 kHz pasmo opada do ok. 95 dB.
Konsekwencja: Dołek przy 4 kHz w Audeze działa jak swoisty „wentyl bezpieczeństwa”. Wykasowanie energii w tym newralgicznym punkcie sprawia, że nawet jeśli słuchawki sypną mi detalem wyżej, moje ucho nie jest bombardowane ciągłym strumieniem wysokich częstotliwości. Dlatego XC wydają się normalniejsze – mają strukturę, w której detal jest oddzielony od barwy, a nie zlany w jeden kliniczny blok dźwięku. Jest to elementarna psychoakustyka, ale muszę podkreślić, że cały czas zachodzi to w korelacji z moją indywidualną izofoną.
Która para będzie lepsza?
Jak zawsze – to zależy.
Audeze LCD-XC to klasyczny przykład słuchawek studyjnych, które rozumieją swoje ograniczenia. Poprzez zastosowanie „wentyla bezpieczeństwa” w postaci dołka przy 4 kHz, pozwalają na wielogodzinną pracę z detalem bez kłucia w bębenek. Są jasne, rzetelne, ale wciąż trzymają się naturalnej barwy i dystansu, dając słuchaczowi miejsce na interpretację emocji w muzyce. Jeśli szukacie narzędzia do pracy, które mimo jasności (i potężnej masy własnej) pozostaje „ludzkie” i poprawne – kłaniają się LCD-XC.

DCA Noire X to natomiast „mikroskop na sterydach”. Poprzez utrzymanie agresywnego płaskowyżu energii w rejonie 4–7 kHz, słuchawki te bombardują nasz mózg informacjami, których ten czasami po prostu nie potrafi przefiltrować. Brak basowej przeciwwagi (mimo wzorcowego zejścia) sprawia, że Noire X brzmią nierzadko szkieletowo i sterylnie. To sprzęt, który niczego nie wybacza – ani słabej realizacji, ani zmęczonego słuchu. Potrafi za to ten ostatni wykreować samodzielnie. Jeśli szukacie bezwzględnie równej jasności, niemalże detektora błędów, który ma wyciągnąć na wierzch każdy szmer kosztem ewentualnej przyjemności z odsłuchu – Noire X dostarczą Wam tego aż nadto.
Podsumowanie
Producent twierdzi, że Noire X mają być bardziej wyrafinowane i mniej krzykliwe od poprzednika. Choć rzeczonego poprzednika nie znam, moje pomiary wyraźnie pokazują, że priorytetem pozostał ten sam specyficzny wektor brzmieniowy.
Dan Clark Audio Noire X to słuchawki czyste, bardzo równe na przebiegu FR, ale co do zasady wykraczające poza krzywą DF. Analityczne i kliniczne granie, promujące sterylność ponad przyjemnością, przez co na dłuższą metę stają się męczące. Jednocześnie na egzemplarzu testowym widać, że nie do końca uciekają one od typowych bolączek powtarzalności produkcji współczesnych planarów. THD, choć świetne w całym paśmie, ma nieregularne wybicia w losowych miejscach, a balans kanałów również pozostawia po sobie znaki zapytania.
Co do dźwięku, choć uwielbiam czytelne i dokładne słuchawki, DCA Noire X trochę przesadzają w drugą stronę. Pierwsze wrażenie jest super, ale im dalej w las, tym robi się zbyt analitycznie i zbyt dokładnie. Natłok informacji wymaga po prostu robienia sobie przerw co rusz. Tak też było u mnie, dlatego często robiłem sobie fajrant od słuchania. Stąd w recenzji więcej jest analiz akustyki celem wyjaśnienia tegoż zjawiska, aniżeli zachwytów nad dźwiękiem.
Finalnie myślę, że zasłużyły na pingwinka z wiaderkiem. Nie skreślam tego modelu; po prostu nie będzie tu rekomendacji – jest zbyt analitycznie i obawiam się, że tak też sporo osób je odbierze. Jeśli szukacie takich właśnie słuchawek, silących się na analityczną perfekcję, o równym wciąż przebiegu wybić FR – to ciekawy, choć drogi, trop. Ale jeśli ma to być coś bardziej po ludzku i nadal planar, mimo wagi patrzyłbym w stronę bardziej profesjonalnych LCD-XC w tej cenie.
Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie wynoszącej 4890 zł (sprawdź aktualną cenę i dostępność w sklepach)
Dane techniczne
Zaczerpnięte bezpośrednio ze strony dystrybutora (zbyt wiele danych to tam nie ma):
- Waga: 385 gr
- Sprawność: ~94 dB/mW
- THD przy 85 dB @1 KHz: <0,1% 100 Hz-8 KHz
- Zalecana minimalna moc przy 16 omach: 250 mW
- Wersja z kablem Dummer 1.8m (3.5/XLR/4.4)
Dane pomiarowe
Wszystkie dane pomiarowe widoczne w tej recenzji można znaleźć w Laboratorium, wybierając dokładnie ten model sprzętu z listy rozwijanej.

Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- Interfejsy studyjne: Motu M4
- DAC/AMP: AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
- Mobilne DAC/AMP: Tempotec Sonata BHD Pro, FiiO KA13
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-A990Z (zmodyfikowane), Audeze LCD-XC (zmodyfikowane), Sennheiser HD 660S2, Sony MDR-7506 (gościnnie), Hifiman HE400SE v2, Audeze LCD-S20 (gościnnie)
- Słuchawki testowe typu IEM: Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum oraz Fanatum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.




Kupiłem niedawno DC Noire XO (wersja otwarta) oraz Hifiman Arya Unveiled. Arya bardzo przypadła mi do gustu (Nareszcie nie morduje uszu sopranem jak Stealth!), ale DC odesłałem. Nie da się ukryć, że DC wygrywa jakością wykonania oraz zawartością opakowania, ale brzmienie było nudne jak flaki z olejem, pomimo strojenia na moją ulubioną krzywą. Dziwne! Muszle niby mają kształt uszu, ale są trochę za małe. Czułem też wyraźny docisk na czubku głowy. Podejrzewam, że modele z wyższej półki są lepsze i wygodniejsze, szczególnie chwalony E3, ale ja nie lubię słuchawek zamkniętych. Na razie DC sobie odpuszczam.