Beyerdynamic DT 270 PRO – naturalne i uniwersalne kompakty

Beyerdynamic DT 270 PRO to kompletna nowość na rynku i w ofercie tego producenta. Dzięki pomocy p. Michała, mamy wszyscy świetną możliwość przyjrzenia się im dogłębnie. Skonfrontowanie ich z rzeczywistością odbyło się bowiem na bazie jego kompletnie nowej sztuki, którą podesłał mi na ekspresowe testy. Co więcej, zorganizowane szybciej niż drogą oficjalną, gdzie nie było to możliwe. Recenzja będzie więc dość krótka, aby wyrobić się w terminie 14 dni i dać p. Michałowi wygodny margines na własne odsłuchy. Ale też luksus zweryfikowanego w tym względzie egzemplarza. Jeśli jakieś problemy by DT 270 PRO trapiły, od razu nam by to wyskoczyło, a co również było ważnym elementem całej tej przygody.


Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu swojego prywatnego egzemplarza przez p. Michała, któremu bardzo serdecznie dziękuję.

Jeśli posiadacie sprzęt, którego jeszcze nie testowałem i nie publikowałem jego recenzji wraz z pomiarami na Audiofanatyku, zapraszam do kontaktu. A jeśli podoba się Wam moja praca i chcecie wesprzeć ją bezpośrednio, można to uczynić kupując kable sygnowane logo Audiofanatyka. Tudzież via postawienie kawy na ko-fi lub drobny datek via suppi by Patronite.

Kompletny zestaw Beyerdynamic DT 270 PRO

 

Jakość wykonania i konstrukcja Beyerdynamic DT 270 PRO

Słuchawki przychodzą do nas w formule Creative Aurvana SE (zamknięta, lekka i kompaktowa konstrukcja). Są niemal w całości plastikowe, a wzmocnienia metalowe widać tylko na wysuwanych elementach regulacji.

Kompaktowe słuchawki Beyerdynamic

Pod palcami czuć krawędzie odlewów, co zdradza pierwsze miejsce cięcia kosztów i ścinania zakrętów. Słuchawki te są bardzo lekkie, a co automatycznie obniża troszkę poziom wrażeń. To oczywiście nie tak, że słuchawki oceniam na kilogramy – nie jestem audiofilem. Ale biorąc je do ręki i przejeżdżając palcami po widocznych łączeniach albo krawędziach, trudno nie połączyć kropek. Coś za coś niestety.

Słuchawki DT 270 PRO

Jedyne moje wątpliwości póki co budzi pałąk. Użytkownicy Reddita raportowali jego pękanie w DT 700 i DT 900 PRO X, a są to z tego co wiem podobne konstrukcje. Zaczyna przypominać mi to więc troszkę sytuację z AKG K618/K619, czy do dziś pękającymi K361/K371. Czy tu będzie pękał? Nie wiem. Recenzja jest zbyt krótka, aby to wykryć. Musiałbym słuchawek używać codziennie przez rok-dwa, może dłużej, żeby odpowiedzieć na to pytanie z pełnym przekonaniem.

Pałąk w DT270

Ale jako, że to Beyerdynamic, zakładam, że części będzie można do nich zakupić. Choć i tu nie wiadomo do końca jak to będzie po zmianie kapitału. Beyer od zawsze słynął z udostępniania części zamiennych do swoich słuchawek. Nie jest to czasami płynna rzecz, kontakt potrafi być trudny, a ceny wysokie, ale jest taka możliwość.

Emblemat modelu na boku muszli

Producent ogólnie reklamuje DT 270 PRO jako kompaktowe słuchawki do studia i ja się z nim tu zgadzam. Jak zobaczycie w późniejszej części recenzji, rzeczywiście mają szansę się w takich scenariuszach bardzo dobrze sprawdzić.

 

Wygoda na głowie

Słuchawki są owszem bardzo lekkie, ale czuć je na głowie z racji pomniejszonej konstrukcji i opierania się częściowo na małżowinach usznych. Mimo to byłem w stanie w nich usiedzieć przynajmniej kilka godzin bez uczucia, że koniecznie muszę dać uszom odpocząć. Naturalnie to i tak zależy finalnie od Waszej anatomii.

Zbliżenie na plastikowy pałąk w DT270 PRO

Sam osobiście jestem przyznam zdumiony, że tak wyszło, ale jak się przyjrzeć, to pady obito grubym welurem tapicerskim. Zrobiono to w obszyciu 3-częściowym, więc pady opierają się na głowie strukturalnie, a nie tylko na gąbce i sile socjalizmu. Zastosowano przy tym trochę cwaniacki ruch, bo gąbka akustyczna jest integralną częścią padów. Oznacza to konieczność kombinowania z wkładkami od innych modeli w przypadku zabawy w zamienniki padów fabrycznych.

Dysze przetworników w muszlach DT270

Ostatecznie po tych kilku godzinach nie czułem jakiegoś specjalnego dyskomfortu, a przypomnę, że mówimy tu o słuchawkach całkowicie nowych.

 

Okablowanie i akcesoria

Kabel jest o dziwo bardzo w porządku. Lekki i elastyczny, tylko w pewnej części sprężynowy. Przez to jest całkiem uniwersalny. Co najważniejsze – słuchawki mogą być użytkowane zarówno przez prawo- jak i leworęcznych. DT 270 PRO mają bowiem dwa gniazda, które możemy wykorzystywać naprzemiennie. Ba, na upartego możemy też wykorzystać oba jednocześnie odpowiednim modelem konfekcjonowanym pod te słuchawki. Prawdopodobnie będzie to wtedy pinout taki, jak dla Audeze LCD-1 (nie mylić z tym dawnym prototypem na bazie Kenwoodów).

Metalowe wzmocnienie mechanizmu wysuwania pałąka.

Niemniej, podczas testów wykorzystywałem własny kabel z serii ACX, jako że miałem go pod ręką i był dłuższy. Idealnie pasował tu wariant uniwersalny i kompatybilny ze słuchawkami Audio-Technica.

Pady Beyerdynamic DT 270 PRO

O akcesoriach dla tych słuchawek chciałem powiedzieć kilka słów więcej w osobnym akapicie z kilku powodów. Po pierwsze, to, co mnie urzekło, to woreczek. Teoretycznie jest to prosty dodatek, ale jest bardzo miły w dotyku i co najważniejsze – ma osobną kieszonkę na kable. Wydaje się to głupotą, ale serio bardzo mi się spodobało. Niby głupota, niby banał, a plusik wbity.

Przetwornik słuchawek Beyerdynamic DT 270 PRO wraz z widoczną gąbką padów

Druga rzecz, to dołączony do zestawu adapter na USB-C. O nim sobie porozmawiamy trochę więcej w późniejszych etapach recenzji. Choć jest to bardzo miły dodatek, który teoretycznie zwalnia nas z konieczności posiadania źródła dźwięku, należy uważać. Kabelek łączący wtyk USB-C z gniazdem jack jest bardzo cienki. Przy masie wtyku jack podłączonego do niego, bardzo łatwo jest kabelek uszkodzić. A ponieważ jest to element nierozbieralny, naprawa może okazać się niemożliwa lub nieopłacalna.

Niemniej dodatek jest. Chyba najbardziej skorzystają na nim posiadacze telefonów. Mimo dedykowania pod DT 270 PRO, istnieje naturalnie możliwość podłączenia pod niego innych słuchawek.

 

Jakość dźwięku Beyerdynamic DT 270 PRO

Znając markę Beyerdynamic spodziewałbym się trzymania dotychczasowych schematów i konwencji dźwiękowych. Oznaczałoby to nacisk przede wszystkim na sopran. Jednak zmiana kapitału prawdopodobnie odbiła się tym, co usłyszałem tutaj.

A zaskakująco usłyszałem unormowane, spokojniejsze brzmienie o dużej naturalności. U Beyerdynamica! Nie ciepłe czy zamulone, a delikatnie wygładzone. Zdjąłem słuchawki w niedowierzaniu, czy aby ktoś mi psikusa nie sprawił i słuchawek nie podmienił. Ale nie, to nie żaden trolling, rzeczywiście Bajer że aż Dynamik. Pierwsze wrażenie więc zaskakujące.

Beyerdynamic DT 270 PRO to mieszanka FiiO FT1 (mocniejszy bas) z Sennheiser HD 58X (potulność i cieplejszy sopran). Choć nie posiadam tych pierwszych, a jedynie te drugie, nie jest to idealnie mieszanka tych dań. To bardziej coś odrobinę pomiędzy. Nie będzie tu więc aż takiego basu, jak w FT1, aż takiego środka i potulności jak w HD 58X, ale ładnie się to wypozycjonuje pomiędzy jednym a drugim. Zaskoczony byłem jak wiele rzeczy Beyerdynamic tu poprawił, np. na tle takich DT 1770 PRO MKII. Słuchawki te są wielokrotnie droższe od 270-tek. OK, lepiej wykonane, większe, super. Ale brzmieniowo to DT 270 PRO trzymają tu świeczkę i ostatnie będą gasić światło. Troszkę wieje tu też starymi AKG K240 Monitor, ale tam było również trochę cieplej niż tu.

I mówię to nie będąc osobiście fanem słuchawek kompaktowych lub pomniejszonych wokółusznych ze względu na komfort. Z Beyerdynamic DT 270 PRO zaczyna jednak troszkę oddziaływać to, o czym wspominałem przy HEDD One, czyli tolerancja. Jako użytkownik pewne drobne kwestie jestem w stanie tolerować w zamian za dźwięk. Troszkę więc przehandluję sobie tu wygodę za wrażenia dźwiękowe. Ale tylko troszkę. A nie, że jeden kilo ląduje mi na łbie z szeleszczącymi przetwornikami, a ja mam klaskać uszami bo to „rewolucja na AMT” jest. Tu jakoś rewolucji nie ma, zwykły dynamik, a pozostawia po sobie kolosalnie lepsze wrażenie.

 

Tonalność nowych Beyerdynamików

Basowy wygar to coś, co mnie przez lata trochę męczyło w słuchawkach, ale jednak gdy producent realizuje go z głową, złego słowa nie powiem. Tak jest zresztą i tutaj. Solidna podstawa basowa jest przeze mnie witana jednoznacznie pozytywnie i tym bardziej, że nie bije mnie po łbie. To bardziej zakres wyrównany, podkreślony na subbasie, mający swój bardzo szeroko zakreślony format. Mówiąc wprost – bas jest tu znacznie większy kalibrem niż same słuchawki sugerują. Zawsze jest to pozytyw w takich słuchawkach.

Zakres średnich tonów też jest bardzo fajny. Wokaliści są pełni i jednocześnie czytelni, nigdy nie męczący swoim głosem. Prezentowani blisko i – mówiąc wprost – całkiem profesjonalnie. Tak, jak oczekiwałbym tego od słuchawek studyjnych. Ale tych prawdziwych, a nie udawanych, które producent reklamuje nazwami studiów nagraniowych nagradzanych Grammy. Bo jeśli brać to za miarę profesjonalizmu i realnego sprawdzania się w praktyce, to ktokolwiek stojący za DT 270 PRO powinien dostać Nagrodę Nobla, Oskara i audiencję u Papieża jednocześnie. Tak więc środkowe pasmo melduje się nam z dużym plusem i uniwersalnością.

Sopran jak pisałem jest strojony na modłę Sennheiserów HD 58X, ale nie aż tak bezpośrednio jak one. Daje to super wygładzenie bez emanowania ostrością, a jednocześnie unika się przejścia w tryb „easy listening”. Na Beyerdynamic DT 270 PRO da się więc zarówno spokojnie pracować z muzyką, jak i dokonywać potem normalnych odsłuchów. Nie ma tu ryzyka takiego jak w Sony WH-1000XM6, gdzie producent próbuje nam wmówić, że potężnie equalizowany dźwięk na planie V jest słuchaniem intencji wykonawców. Chyba tylko intencji zarządu i szefa działu marketingu.

Scenicznie jest natomiast bardzo w porządku w ramach zdrowego standardu. Głębia jest ograniczona, za to wychylenie na boki super. Holografia przeciętna, ale mogło być znacznie gorzej. Tak więc słuchawki wychodzą tu dosyć obronną ręką. A przynajmniej wystarczająco, aby klepnąć „okejkę” i nie robić im przesadnych wyrzutów.

 

Wymiar techniczny Beyerdynamic DT 270 PRO

Brzmieniowo mamy więc naprawdę fajne, uniwersalne słuchawki czerpiące z dobrych wzorców użytkowych i dźwiękowych. A jak sprawy mają się w kwestii technicznej?

Przede wszystkim poziom basu będzie bardzo zależny od docisku, szczelności i wielkości uszu. Im bardziej uszy się „sprasują”, tym lepiej dla basu. Widać to na pomiarach, gdzie na trzech konfiguracjach symulowanego docisku uzyskałem 3 różne natężenia basu.

Tonalność i barwa wynikają z faktu skromnego wybicia w 6 kHz, po którym następuje natychmiastowy odpust energii. Z reguły u tego producenta mieliśmy tam dosłownie wytrysk dobra, mnóstwo detalu i w efekcie skłonność do ostrości, ataku. Tu tego nie ma. Trochę jak pies z wybitymi zębami, ale to sytuacja idealna dla tych, którzy nie chcą być pogryzieni. Mi osobiście podoba się taki kierunek i życzyłbym sobie więcej modeli w tym stylu ze strony Beyerdynamika. Z tego co czytałem – bo jeszcze miałem okazji testować – DT 700 / 900 PRO X to cały czas ostrość na wysokim sopranie. A więc DT 270 PRO mogą mieć tu przewagę.

Druga sprawa, że bas nie należy do najczystszych w kategoriach ogólnych, choć trzyma się „poziomu CASE”, nie przekraczając 5% THD+N na progu odczytu krytycznego. Czystość w punkcie 1 kHz na poziomie -52 dB to całkiem przyzwoity wynik, a w najbardziej słyszalnych miejscach nie zbliżamy się 1%. Najwyższą wartością jaką odnotowałem było 0,71%.

W temacie sparowania kanałów, choć widać drobne dysproporcje, nie przekraczamy 3 dB i to na najniższym basie. Można powiedzieć wręcz, że sparowanie jest wzorowe. To trochę wstyd dla Sony WH-1000XM6, ale też drogich słuchawek pokroju HEDD One. Impedancja zmierzona wyniosła 43,0 Ohm dla kanału lewego i 43,6 Ohm dla prawego. Dysproporcja impedancji jest więc minimalna.

 

Wymiar techniczny dołączonego dongle USB-C

Jedynym miejscem, w którym Beyerdynamic DT 270 PRO jako pakiet zawodzą, jest dołączony do zestawu dongle USB-C. Jego jakość pozostawia trochę do życzenia. Równie dobrze mogło go nie być, za to cena mogłaby być przez to odrobinę niższa. A jeśli miałby się znaleźć na pokładzie, to w porządku, ale poproszę lepszą jakość, nawet za odrobinę drożej.

Potknięcie widać na wykresie tonalności, gdzie dongle ma ewidentną „czkawkę”. Pod względem czystości również nie jest najlepiej, bo uzyskujemy wartości daleko odbiegające od tego, co dostajemy u konkurencji. Tak, wycenianej inaczej, ale jednak. W pomiarach nie byłem w stanie wyjść poza okolice -62 do -66 dB THD+N w pełnym zakresie obciążenia. Dla porównania, przy 32 Ohmach dongle od Meze wykręcał prawie -79 dB przy nienagannym przebiegu pasma przenoszenia. Tu mam -64 dB. Owszem, jest to margines dla tych słuchawek, ale minimalny. Zupełnie tak, jakbyśmy znów mieli tu styczność z mentalnością Sony. Dać tylko tyle, aby było i ani kropli więcej. Szkoda tym bardziej, że moc przy nominalnych 45 Ohm impedancji jest wystarczająca.

Teoretycznie adapter nadaje się bez problemu też i pod inne słuchawki. Bez obciążenia mamy tu 746,6 mV, zaś przy 46 Ohmach zmierzyłem 736,6 mV. Dongle poradził sobie nawet i z 300 Ohm obciążeniem. Impedancja wyjściowa wynosi tylko 0,62 Ohma, co jest świetnym wynikiem. Da się więc tym donglem coś podratować. W praktyce nadal nie eliminuje sensu posiadania czegoś lepszego. Nawet prosty Jcally za 70-80 zł będzie lepszy, nie mówiąc o czymś pokroju Fosi DS2 czy Sonaty BHD Pro (ok. 250 zł). Również pod kątem wytrzymałości, bo kabelek od dongla jak pisałem jest cieniutki i podatny na awarie.

Tak więc przykro mi ale muszę popsuć nadzieje wszystkim tym, którzy liczyli na permanentne wykpienie się fabrycznymi akcesoriami Beyerdynamika z tematu źródła. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

 

Podsumowanie

Recenzja krótka, ale co tu dużo pisać. Beyerdynamic DT 270 PRO zaprezentowały się z naprawdę świetnej strony jako rzeczywiście kompaktowe słuchawki do zastosowań studyjnych. Ale nie tylko. To świetne słuchawki odsłuchowe na co dzień, zwłaszcza dla osób bez odstających uszu. Łatwe w napędzeniu, nawet dobrze izolujące, uniwersalne i nie reklamowane jako coś, czym nie są.

Wady? Uczucie taniego plastiku, z czego pałąk sprawia wrażenie podatnego na pękanie gdy się o to postaramy. Do tego dołączony do zestawu dongle zaprezentował się ledwo dostatecznie. Słuchawki troszkę też czuć na głowie podczas użytkowania, ale na dłuższą metę o dziwo nie było u mnie dramatu. DT 270 PRO dzięki temu obroniły się z pozytywną notą. Fani przepastnej sceny rodem jak ze STAXów, HD800 czy K1000 obejdą się może smakiem, ale wszystko inne jest tu dowiezione. W cenie 430 zł naprawdę trudno jest – poza wymienionymi rzeczami – się tu do czegoś przyczepić.

To też mówiąc, rzutem na taśmę mogę polecić Beyerdynamic DT 270 PRO jako wszechstronne słuchawki w sumie do zastosowań codziennych. Nawet fabryczny kabel nie jest ku temu przeszkodą. Widać, że po blamażu DT 1770 PRO MKII, nasi zachodni (może teraz już bardziej wschodnioazjatyccy) Bajeranci odrobili lekcje. Trzymam kciuki, aby był to proces trwały również i w ich kolejnych nowych modelach.


Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie 430 zł w naszych krajowych sklepach audio i marketach z elektroniką. (sprawdź najniższą aktualnie cenę i dostępność)


 

Dane techniczne

  • Typ: Wokółuszne, zamknięte
  • Impedancja: 45 Ω
  • Pasmo przenoszenia: 5 – 24 000 Hz
  • Poziom ciśnienia akustycznego: 96 dB
  • Waga (bez kabla): 194 g
  • Złącza: Jack 3,5 mm + adapter 6,35 mm

 

Dane pomiarowe

Charakterystyka słuchawek:

Beyerdynamic DT 270 PRO - loose fit - Frequency Response + Channel Balance Beyerdynamic DT 270 PRO - optimal fit - Frequency Response + Channel Balance Beyerdynamic DT 270 PRO - pressed fit - Frequency Response + Channel Balance Beyerdynamic DT 270 PRO - CSD Beyerdynamic DT 270 PRO - THD+N

 

Charakterystyka dołączonego dongle USB-C oraz dla porównania wyniki dongla Meze:

DT270 Dongle vs Meze Dongle - 32 Ohm - 1 mW - CH1 DT270 PRO Dongle - 16 Ohm - 1mW - CH1 DT270 PRO Dongle - 32 Ohm - 1mW - CH1 DT270 PRO Dongle - 300 Ohm - 1mW - CH1 Meze Dongle - 32 Ohm - 1mW - CH1

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro, dongle USB-C z Meze 105 AER
  • Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-R30X, Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Sennheiser HD 58X
  • Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.
Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel bloga Audiofanatyk i autor publikacji ukazujących się na jego łamach. Pasjonat tematyki audio, słuchawek i sprzętu komputerowego, a także miłośnik zdrowego jedzenia, roweru oraz długich spacerów.

2 komentarze

    • Nie. Ale jeśli miałbym strzelać, to coś pokroju ALC5686.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Logo Audiofanatyk M
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na mój blog i pomoc w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.