Audio-Technica AT2035 – klasyka pośród mikrofonów studyjnych

Mikrofon Audio-Technica AT2035 to kawał historii. Został oficjalnie zaprezentowany i wprowadzony na rynek w sierpniu 2008 roku. Jego premiera odbyła się chwilę wcześniej, podczas czerwcowych targów Summer NAMM Show 2008, gdzie zadebiutował razem z modelem AT2050. Trzydziestka-piątka była rozwinięciem i bardziej zaawansowaną alternatywą dla do dziś niezwykle popularnego, ale prostszego konstrukcyjnie modelu AT2020. Ten z kolei pojawił się na rynku około 2004 roku. Mamy więc do czynienia z dorosłym już mikrofonem, bo w tym roku obchodzącym 18-stkę. Czas zatem najwyższy, by Audio-Technica pozbyła się z tej okazji dziewictwa na audiofanatykowym łożu.

A mówiąc poważnie, po prostu interesowały mnie te modele już od dłuższego czasu. Z okazji więc wspomnianego jubileuszu i osiągnięcia rynkowej dojrzałości, na styczniowy rzut recenzji zapytałem naszego polskiego dystrybutora o możliwość wypożyczenia. Z tych dwóch, tj. AT2035 i AT2050, dostępny okazał się ten tańszy wariant, ale po tym co pokazał w teście praktycznym, nawet nie żałuję braku przyjazdu tego drugiego.


Recenzja jest owocem płatnej współpracy z marką Audio-Technica za pośrednictwem sieci salonów Top HiFi, która podesłała niniejszy sprzęt celem wykonania niezależnych, rzeczywistych testów użytkowych i nagrań kontrolnych.

Kompletny zestaw Audio-Technica AT2035 wraz z pudełkiem

 

Jakość wykonania i konstrukcja Audio-Technica AT2035

Zacznijmy od rzeczy podstawowych. AT2035 to konstrukcja typu side-address o charakterystyce kardioidalnej, a więc jak mnogość obecnie oferowanych mikrofonów. Model ten jest zamknięty w sprawiającej dobre wrażenie, metalowej obudowie malowanej na matową czerń. Według relacji użytkowników, jest on od AT2020 zauważalnie cięższy i solidniejszy. Od razu sugeruje to wyższą półkę sprzętową, choć tak naprawdę sprowadza się to technicznie do większej kapsuły.

AT2035 nie różni się wizualnie od AT2020

Siatka ochronna wspomnianej kapsuły jest dwuwarstwowa i sprawia wrażenie solidnej. Nie tylko chroni membranę mikrofonu, ale też wstępnie rozbija spółgłoski wybuchowe. Niestety – tylko wstępnie, więc pop-filtr albo jakaś czapa z gąbki i tak są wskazane.

Tył mikrofonu

Z tyłu mikrofonu znajdziemy dwa bardzo dyskretnie umiejscowione przełączniki, które zwiększają uniwersalność AT2035:

  • Filtr LOW CUT czyli filtr górnoprzepustowy 80 Hz. Po jego aktywacji mikrofon ucina niskie częstotliwości poniżej 80 Hz. Taka funkcja jest zbawienna w sytuacji, gdy nagrywamy w nie do końca cichym pomieszczeniu. Mowa tu o takiej, gdzie słychać buczenie lodówki, szum klimatyzacji lub pomruk ruchu ulicznego. Pomaga też zredukować tzw. „efekt zbliżeniowy” czyli nadmierny bas, gdy mówimy bardzo blisko mikrofonu.
  • Tłumik PAD -10 dB. Ten przełącznik obniża z kolei czułość mikrofonu. Używać go należy w sytuacjach ekstremalnych – np. przy nagrywaniu bardzo głośnych wzmacniaczy gitarowych czy perkusji. Zapobiega on przesterowaniu sygnału już na poziomie samej kapsuły, zanim dźwięk trafi do interfejsu audio.

Mikrofon podłączamy tylko za pomocą złącza XLR (Phantom 48V). W zestawie otrzymujemy nasuwany koszyk (on sam to jakieś 100-200 zł), redukcję gwintu oraz saszetkę.

Zbliżenie na złącze XLR

Kabli w zestawie niestety brak. Ale czy wyglądam na kogoś, komu kabli brakuje? Tak więc oczywiście, że na szybko dorobiłem sobie najlepszy, najlepiej przewodzący kabelek, aby testy jako żywo ziścić się mogły. A i myślę, że dla przyszłego nabywcy też nie będzie to specjalnym problemem.

Przełącznik odcięcia niskich częstotliwości

Tym – przynajmniej w moim przypadku – jest natomiast coś nieco innego. Ale o tym za moment.

 

Jakość nagrywanego głosu w Audio-Technica AT2035

Osobiście nie miałem wobec tego mikrofonu jakichś specjalnych oczekiwań. Kojarzyłem go jednak z częstych rekomendacji i pochwał, jakie udawało mi się wyczytać w internecie. A jak sami wiecie, już nie raz i nie dwa okazywało się, że „internety obiecywały” entuzjastycznie, a potem życie weryfikowało brutalnie. Tu jednak jest na odwrót. Narzekano na zamulanie, brzmienie gitary, na odcinanie góry pasma, tymczasem uważam, że jest to nie tylko śladowe, a wprost genialne. Obniżenie tonu, nie za mocno, ale słyszalnie, to jest dokładnie to czego szukałem.

O taki właśnie efekt mi chodziło. Nie zamulenie totalne czy nawet jakiekolwiek, a lekkie obniżenie barwy. Braku naturalności w AT2035 nie dość, że nie odnotowuję, to jeszcze rzekłbym, że jest to właśnie w punkt naturalne.

Co ważne jest, nie usłyszałem absolutnie żadnego szumu w tym mikrofonie. Wszystko jest tutaj krystalicznie czyste i myślę, że będzie takowym tak długo, jak pozwalać będzie na to interfejs. To ostatecznie jego możliwość ustalą nam, czy uda się uzyskać podobny efekt u siebie. Ale myślę, że Motu M4 bez problemu, a może aż nadto, staje tu na wysokości zadania.

Tylko właśnie cały sęk w tym, aby taki mikrofon nie był nazbyt ciepły. Nie sztuką jest zamulić sobie głos w taki czy inny sposób. Z łatwością można zrobić to słuchawkami, gdzie potem piszę w recenzji o wokalistach ze skarpetami w buzi. Ale nie chodzi o to, aby fałszować rzeczywistość na etapie odtwarzania, tylko odpowiednio przygotować nagranie. Wiele osób szuka sprzętu, który odtwarza „dźwięk tak, jak chciał tego wykonawca”. Jest to podejście uważam błędne. Bardziej powinno mówić się o dźwięku „nagranym tak, jak chciał tego wykonawca”, weryfikowanym co do tego na sprzęcie referencyjnym. I tutaj AT2035 jest właśnie takim urządzeniem, które ową intencję – moją intencję – szanuje, honoruje i realizuje.

 

Mój odwieczny problem z nagrywanym głosem

Z mikrofonami właściwie każdego typu mam zawsze taką sytuację, że szukam idealnego sweet-spotu. Na ogół jako ludzie mamy taką przypadłość, że nie lubimy swojego głosu w formie odsłuchu. Gdy mówimy, wszystko wydaje się bardziej głębokie, basowe i potężne. Natomiast głos nagrany brzmi „dziwnie”. Ani to głębokie, ani basowe, a już na pewno nie potężne. Brzmi bardziej, jak głos kogoś młodszego, może wręcz nieprzyzwoicie względem wieku.

Przełącznik PAD

Rodzi to naturalnie hamulce i kompleksy na tym punkcie. Do tego stopnia, że modne stało się ostatnio stosowanie podkładu AI, aby tylko nie musieć męczyć się z dykcją. Choć prawdą jest, że stoi za tym po prostu wygoda i szybkość, z jaką można generować „AI slop”. Może jestem staroświecki, a może po prostu nie zależy mi na szybkiej monetyzacji, ale wolę jakość ponad ilością. Człowiek musi się natrudzić, nauczyć i nabrać doświadczenia. Ale to też właśnie czyni go człowiekiem. Nadaje to materiałom autentyczności i będąc później świadectwem progresu, jaki się dokonał. M.in. dlatego nie kasuję starych swoich recenzji, które napisane są zupełnie inaczej i mniej fachowo co do istoty, niż te nowsze.

Prześwitująca przez maskownicę kapsuła Audio-Technica AT2035

Nie zmienia to faktu, że fajnie byłoby móc odzyskać trochę tej głębszej barwy głosu w nagraniach. Bez post-procesu, ale też bez przesady. Niczym z prawidłowo przyprawionym daniem, gdzie soli jest tyle, aby było dobrze, ale nie tyle, aby nie dało się zjeść.

I tu właśnie szturmem wdziera się AT2035.

 

Szybkie porównania

Na szybko wyjąłem dwa mikrofony nieco innego typu: Genesis Radium 600 (USB) oraz krawatowego ATR3350xiS. Przejrzałem też próbki innych mikrofonów które testowałem. Na żadnym głos mój nie podobał mi się tak bardzo, jak na AT2035. Tego obawiałem się trochę przy AT2020 ale też AKG P120. Stąd AT2035 znajdował się na mojej bardzo krótkiej liście mikrofonów wartych obadania, obok droższego AKG P220, ponoć też nieco ciepłego.

Audio-Technica AT2035 zmontowany w całość

ATR3350xiS sprawia mi niestety sporo problemów, choć sam osobiście bardzo preferuję małe mikrofony krawatowe. Przede wszystkim wymaga solidnego wzmocnienia, co w takim przypadku nie jest wcale prostą sprawą. No i też, aby wzmocnienie było wysokiej jakości, aby uzyskać głośność bez szumu. Mój poczciwy Canon EOS M3 średnio oferuje ową jakość. A przynajmniej zakładam, że mój, gdyż pożyczyłem go od znajomego w zamian za użyczenie mu swojego Cintiqa 13HD. Od paru lat nie mamy już ze sobą kontaktu, a on nigdy się o niego nie upomniał, więc jak sądzę spodobała mu się taka „wymiana”. W każdym razie, nagrywany głos na ATR jest wyraźnie bardziej płaski w swej charakterystyce, choć to typowe dla jednostek lavalier.

Audio-Technica AT2035 wraz z etui

Genesis z kolei idzie w stronę bardziej neutralną, jakby pomiędzy ATR-em a AT2035. Definitywnie ma to swoje plusy, ale jak mówiłem – w moim przypadku preferencje po latach zaczęły wskazywać na nieco inny sprzęt. Choć fakt faktem, nadal służy mi jako sensowny punkt odniesienia w testach modeli na USB. To dobry standard.

 

Podsumowanie

Powiem od razu i bez owijania (choć może jeszcze nie tak, jak nasza minister kultury na prywatnym czacie). Ale na żadnym z dotychczasowo testowanych mikrofonów nie polubiłem swojego głosu tak bardzo, jak na AT2035.

Chyba pierwszy raz jak sięgam pamięcią, nie mam żadnych oporów, aby wyjąć mikrofon, podłączyć i nagrywać swoich wypowiedzi. Pierwszy raz nie mam nawet najmniejszego tlenia się z tyłu głowy myśli o sztucznym podkładzie. Po prostu nie wstydzę się swojego głosu i nie muszę przekonywać siebie samego, że to tylko problem w mojej głowie, a nie w rzeczywistości. To dlatego tak bardzo spodobał mi się Audio-Technica AT2035. Fantastycznie współpracuje z Motu M4, nic nie szumi, nic nie brumi, jest całkiem głośno, czysto i przyjemnie w późniejszej pracy z podkładem. Żadnego zmulenia, zero świszczenia, z przyjemną dla mojego ucha barwą, która odpowiada mniej więcej temu, co sam słyszę podczas mówienia.

Z tego względu mikrofon ten otrzymuje ode mnie zasłużoną rekomendację. Tym bardziej, że nie jest to sprzęt jakkolwiek jeszcze drogi, bo kosztujący obecnie ok. 700 zł.


Sprzęt można zakupić na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie ok. 700 zł w salonach dystrybutora, czyli Top-HiFi, oraz naszych krajowych sklepach (sprawdź aktualne ceny i dostępność).


 

Dane techniczne

Cytowane wprost z karty produktu jednego ze sklepów:

  • Kapsuła: elektretowa, 0,95”, charakterystyka nerkowa
  • Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz
  • Filtr: HPF załączany, 80 Hz, 12 dB/okt
  • Czułość: -33 dB (22,4 mV/Pa)
  • Maks. poziom SPL: 148 dB SPL (1 kHz, 1% THD); 158 dB SPL z włączonym tłumikiem 10 dB
  • Zakres dynamiki: 136 dB
  • Zasilanie: zewnętrzne, fantomowe, 12-52 V, 3,8 mA
  • Wymiary: 170×52 mm
  • Waga: 403 g

 

Platforma testowa

Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.

  • DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro
  • Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
  • Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audeze LCD-XC, Audio-Technica ATH-AD900X (zmodyfikowane), Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Hifiman HE400SE
  • Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
  • Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
  • Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
  • Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
  • Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.

Serdeczne podziękowania dla sieci salonów Top Hi-Fi & Video Design za użyczenie Audiofanatykowi sprzętu do testów

Jakub Łopatko
Jakub Łopatko

Właściciel portalu Audiofanatyk™ i autor wszystkich ukazujących się na jego łamach publikacji. Pasjonat tematyki audio: słuchawek, głośników, akustyki i samego dźwięku. Z zamiłowania grafik komputerowy oraz fan zdrowego jedzenia i wypraw rowerowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Logo portalu Audiofanatyk
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na mój blog i pomoc w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.