1MORE SonoFlow to gość niezwykle interesujący, który znalazł się na wokandzie u mnie dzięki uprzejmości p. Marcina. Jest to moje trzecie jak liczę spotkanie z produktami tej marki i za każdym razem mogłem powiedzieć o niej coś dobrego. Tym razem 1MORE również dowiozło sporo dobra, bo pod postacią opłacalnych i rozsądnie strojonych słuchawek wireless. I to za bardzo sensowne pieniądze, bo mniej niż 300 zł (na Amazonie, bo w Polsce są za prawie 400 zł).
Jednocześnie, jako iż jest to pierwsza recenzja słuchawkowa na 2026 rok, wprowadzona została przeze mnie nowość w pomiarach. Jest nią model kompensacji impedancji (rezonansu) kanału słuchowego. Pomiary takie będą oznaczane jako compensated. Była to ostatnia rzecz, jakiej brakowało danym pomiarowym dla słuchawek pełnowymiarowych, aby móc określić je pełnoprawnymi symulacjami dźwięku słuchu ludzkiego.
Recenzja powstała dzięki nieodpłatnemu użyczeniu swojego prywatnego egzemplarza przez p. Marcina, któremu bardzo serdecznie dziękuję. Jeśli chcecie widzieć więcej takich recenzji, a zwłaszcza sprzętu posiadanego przez siebie, także zachęcam do zgłaszania swojego prywatnego sprzętu na testy.
Natomiast jeśli ogólnie podoba się Wam moja praca, można wesprzeć dalszy rozwój Audiofanatyka kupując kable sygnowane moim logo, stawiając wirtualną kawę via ko-fi lub drobnym datkiem via suppi by Patronite.
Jakość wykonania i konstrukcja 1MORE SonoFlow (HC905)
1MORE SonoFlow to przykład sensownego estetycznie minimalizmu bez grzebania w popiele jakości wykonania, a co rzadko spotyka się w tej półce cenowej. Konstrukcja opiera się na połączeniu sprawiających dobre wrażenie organoleptyczne tworzyw sztucznych z metalowymi wzmocnieniami. Są one w newralgicznych punktach, takich jak mechanizm rozsuwania pałąka. Całość sprawia wrażenie zwartej i świetnie spasowanej. Słuchawki nie trzeszczą pod palcami, ani specjalnie nie klekoczą.
Na pokładzie mamy sporo dobra – system QuietMax (ANC), mikrofony do prowadzenia rozmów, lektora informującego dość prosto o stanie baterii (high, medium, low). Czas pracy? 70 godzin. Ładowanie? Jest Fast Charge, więc 5 minut ładowania daje nam 5 godzin pracy.
Z aplikacją dostajemy 12 konfiguracji EQ (+ custom), aby wyciągnąć co się da z 40-milimetrowych przetworników z membraną DLC (Diamond-Like Carbon) oraz LDAC dla fanów kodeków lossless.
Warto zwrócić uwagę na matowe wykończenie, które nie tylko nadaje im profesjonalnego, „studyjnego” sznytu, ale jest też wysoce odporne na zbieranie odcisków palców. Z tą studyjnością oczywiście cudzysłów wstawiłem nieprzypadkowo. Nie są to słuchawki do studia, a typowo na outdoor.
Prawdziwą gwiazdą są jednak pady – wykonane z bardzo miękkiej, proteinowej skóry z wypełnieniem typu memory foam. Zapewniają one nie tylko wysoki komfort przy długich sesjach odsłuchowych, ale i całkiem skuteczną pasywną izolację. Jedyną wadą są czerwone materiałowe wypełnienia, które momentalnie będą łapały brud i pot.
Fizyczne przyciski sterujące mają wyraźny, wyczuwalny skok. Tu też mógłbym się przyczepić do ich umiejscowienia. Z jakiegoś powodu zdecydowano się na umieszczenie włącznika z przodu, a reszty z tyłu. W efekcie łatwo jest ten pierwszy przypadkowo nacisnąć.
Kolejną wadą jest gniazdo kablowe. To malutki wtyk jack 2,5 mm, który – choć usprawiedliwiony gabarytami – po prostu łatwo złamać. Kabelek nie ma też na sobie mikrofonu. Jeśli więc rozładuje się akumulator, nie mamy jak prowadzić rozmów telefonicznych przez słuchawki. 1MORE nadrabiają to wyposażeniem, a dokładniej świetnym twardym etui.
Jakość dźwięku 1MORE SonoFlow (BT / ustawienia fabryczne EQ)
Basu mamy tutaj pod dostatkiem. Słuchawki dowiozą go w sowitej ilości, z mocnym zejściem i uderzeniem godnych ludzi poważnego formatu. Nie tam jakieś konturowe plumkanie, a garść mięsa. Choć też nie jest to jeszcze to, co potrafiły dawniej Sony z serii XB, basu bym powiedział, że jest spokojnie w klimatach FiiO FT1, może nawet ciut więcej.
Środek pasma to szczerzy i bliscy wokaliści. Należycie czytelni i soczyści. Prezentowani w sposób nie budzący wątpliwości. Absolutnie żadnych moich uwag po całości. To tym większy kontrast, że przed momentem Focal Stellia za kupę szmalu, niespecjalnie mogły mnie „chwycić” emocjami na wokalu. Tutaj zaś, za znacznie mniejsze pieniądze, mamy brzmienie żadnych wątpliwości nie budzące. Naprawdę nie wiem jak u 1MORE się to stało, że im się taką średnicę upichcić udało. I choć konsternację od ogromnej różnicy cenowej może takie porównanie powodować, prawda i tak zawsze będzie się rymować.
Wokół tego obudowani jesteśmy sopranem, ale tu już mówiąc normalnie, również i on jest „normalny”. Na słuch brak mocnych wybić jak w rzeczonych Focalach, ani otaczającej go aury zmiękczenia tkanki dźwiękowej (też Focalach). Nie ma też takiego ataku jak w Meze 105 AER, ani „neutralnej jasności” z HE400se V2. Wszystko jest tu po prostu normalne. Niezwyczajnie zwyczajne. A czego nie spodziewałem się w tej klasie słuchawek.
Dla porównania, S300BT to bardziej brzmienie z lekkim „misiem”, nadające muzyce klimatu i wspomnianej kameralności. Haylou S35 to słyszalna V-ka na tym tle. A Space One Pro to konieczność zabawy EQ ale też i jeszcze mocniejszy basior. A tutaj? Wręcz wzorowo, bym powiedział.
Scena? Też bardzo poprawna. Klasyczna elipsa z wychyleniem na boki. Robi wszystko dobrze, nie wybitnie dobrze, nie wybitnie źle. Po prostu dobrze na tyle, aby o niej nie myśleć w cenie 300-400 zł, że niedomaga lub nadmiernie błyszczy. Choć tego ostatniego to przyznam zawsze szkoda. Aczkolwiek…
Tryb przewodowy
Niestety czar pryska trochę, gdy przełączymy się w tryb przewodowy. Okazuje się on być tu tylko opcją absolutnie awaryjną, ale też trybem demaskatorskim. Jak to bowiem zwykle bywa, wychodzi na jaw to, jak słuchawki rzeczywiście są strojone. 1MORE SonoFlow robią się jeszcze bardziej basowe, trochę też zbyt plastyczne. Ani nie powiedzielibyśmy, że to rzeczywiście coś dokładnie od tego producenta, ani coś godnego tej ceny. Bardziej ceny niższej, bym powiedział.
Zresztą, wystarczy rzucić okiem na wykresy aby zauważyć jak kształtuje się dźwięk SonoFlow w trybie przewodowym. Wychodzi zatem z tego konkluzja, że DSP odgrywa tu bardzo dużą rolę. Ale nie podkreślającą cechy i kasującą niedobory przetworników, a temperującą ich chorobliwe zapędy.
Choć na pierwszy rzut oka (i ucha) 1MORE SonoFlow zdają się kłaniać w stronę krzywej Harmana, moje pomiary ujawniają, że mamy tu do czynienia raczej z autorską interpretacją niż ślepym naśladownictwem. Producent wykorzystał Harmana jako fundament pod budowę brzmienia bezpiecznego i wszechstronnego, ale nasycił je własnym charakterem. Czyni tak głównie poprzez solidny fundament basowy i bardziej powściągliwą górę. To taki mam wrażenie „Harman na sterydach”, gdzie DSP pełni rolę korekcyjną – tak jak w Sony WH-1000XM5 i WH-1000XM6. Układ wycina zbędne fragmenty pasma i podciąga je tam, gdzie trzeba, by uzyskać plastyczność. Niestety przetworniki w trybie kablowym mogą tylko pomarzyć o takim strojeniu. Trudno powiedzieć, czy był to cel, czy może wypadkowa, bo chciano projekt jakkolwiek odratować. Faktem jest, że coraz częściej spotykam się z takimi zabiegami.
Czystość i balans kanałów
Na początku odczyt balansu miałem taki, że dominował mi bas lewego kanału, ale prosty re-fitting załatwił sprawę. Balans wypadł bardzo dobrze. W większości są to odchyły na 1-2 dB, więc producent dobrze się przyłożył do parowania. Widać to też w trybie kablowym.
W temacie czystości jest nieco gorzej. W punkcie pomiarowym osiągamy bardzo sensowne -54 dB do -56 dB w obu trybach. Bezprzewodowo najgorzej wypada 3,5 kHz, całując się z progiem 2% THD+N. Widać wyraźnie, że jest to cecha przetwornika, bo w trybie przewodowym jest to samo, ale mniej – na 1,1% THD. Tu jednak z kolei bas dostaje szału i podlatuje na 1,4% THD. W absolutnie kulturalnej normie utrzymuje się, gdy znów wrócimy do trybu wireless (okolice 0,2%).
Wykresy poszczególnych kanałów zdradzają za to lekkie problemy lewego przetwornika. Coś dziwnego dzieje się w 1,4 kHz, gdzie wszystkie harmoniczne zaczynają być wybijane. Możliwe, że to skaza membrany lub po prostu coś przy składaniu tego konkretnego egzemplarza. Prawy przetwornik też ma tam podbicia, ale nie tak mocne. Ogólnie dla lewego przetwornika, wyskok THD mamy tylko do poziomu 1,1%, a więc przekraczając „próg lampy”.
Co ciekawe, nie zaobserwowałem takiego zachowania w trybie przewodowym. Być może więc jest to kwestia elektroniki dla tego konkretnego kanału. Gdyby bowiem był to problem z aparaturą, nie byłoby to powtarzalne w ramach jednego tylko kanału, a zawsze.
Mocną taryfą ulgową jest tutaj cena słuchawek. W granicach 400 zł (i 283 zł na Amazonie!) mogło tu sporo rzeczy pójść nie tak. A jednak nie poszło. Zaś sparowanie kanałów jest bardzo dobre, żeby nie powiedzieć wzorowe dla tego przedziału cenowego. Dlatego – tak jak w przypadku Mozos B3 – nie będę dla tych słuchawek zbyt surowy w ocenie.
Co się nam tu wyłania po całokształcie?
Ano słuchawki bardzo wbrew pozorom interesujące. Powiedziałbym, że na tle doświadczeń poprzednich, czyli H1707, próbujące osiągnąć podobne rezultaty. Tym razem jednak producent mam wrażenie, że mocno inspirował się krzywą Harmana i tak próbuje je wystroić, aby wszyscy byli zadowoleni. Zaiste bowiem preferencje są tu ustawione na względnie spore bezpieczeństwo, szerokie zakresy tonalne i jednocześnie oddolny wygar.
Czynić to próbuje nie za pomocą membran biernych i ceramicznych tweeterów, a współczesnego podejścia do dźwięku. Ot zrobić cokolwiek, byle w miarę grało, a potem się dopieści. I tu za dopieszczenie rzeczywiście można 1MORE pochwalić. Zdecydowali się zrobić zrobić sprzęt nie tylko poprawny od strony oczekiwań, ale wciąż z typowym dla siebie charakterem. Póki co jest to trzeci model słuchawek tego producenta, w którym stawia się zawsze na solidny dół. Jakby była to wizytówka 1MORE. Podpatruje to na pewno Anker w ramach swojej marki Soundcore, ale tam preferencje zostają w obrębie planu wyraźnego „V”. Tu? Nie ma takiej potrzeby. Jest super.
Świadczy o tym też błyskawiczny proces adaptacji słuchu. Obojętnie z których słuchawek byśmy na 1MORE SonoFlow nie przeszli, wystarczy chwila i wszystko brzmi „normalnie”. Dopiero na ich tle możemy usłyszeć jak bardzo nasze własne słuchawki są „dziwne”. To oczywiście uproszczenie, gdyż SonoFlow również mają swoje określone naleciałości. Niemniej naprawdę trudno jest mi się w nich doszukać jakichś specjalnych przywar. Serio to fajne, w dużej mierze poprawne, słuchawki do codziennego maglowania.
To też mówiąc, nie mają one myślę jednego specjalnego gatunku, w którym brylują. To nie słuchawki audiofilskie, nie trzeba selekcjonować sobie albumów, aby móc w nich słuchać muzyki. Raczej są one bardzo uniwersalne i cokolwiek im nie zapodamy, odtworzą to poprawnie i dobrze. Bez fikołków i zaskoczenia, może co najwyżej zejściem basu. Jeśli więc cokolwiek mogą faworyzować, to muzykę z bardzo rozbudowanym dołem. Tam będzie doprawdy uczta dla każdego tytułowego basofanatyka.
Podsumowanie
1MORE SonoFlow zaprezentowały się jako słuchawki wcale nie wolne od uwag, ale nadrabiające je adekwatną ilością pozytywów.
Z zalet: wyjątkowo poprawne brzmieniowo + mocny bas w trybie BT. To bardzo fajny towarzysz zarówno drogi, jak i w domowych odsłuchach. Z basu w szczególności będą zadowoleni amatorzy oddolnego wygaru, który 1MORE wiernie kultywują. Do tego całkiem sensowna budowa, wygoda, tryb ANC, aplikacja, LDAC i bardzo długi czas pracy na baterii. Wszystko to okraszone świetną ceną na Amazonie i bardzo fajnym etui. Rzadkie ładowania oznaczają znacznie większą żywotność ogniwa, a niska cena to mała strata eksploatacyjna. No i świetny balans kanałów.
Z wad: wtyk 2,5 mm bardzo podatny na uszkodzenia, a sam tryb przewodowy brzmi gorzej od wireless. Kabelek dołączany do zestawu nie ma mikrofonu, a czerwony materiał w środku będzie bardzo szybko łapał brud. Dziwne jest też umiejscowienie przycisków – dość nietypowe. Wolałbym aby wszystkie 4 były po jednej krawędzi muszli z jednej strony, a nie z dwóch. Są też drobne problemy w temacie THD i kilka wybić ponadnormatywnych. W tej cenie jednak są one na granicy tolerancji i przełknięcia.
Więcej rzeczy jednak nie byłem w stanie się tu doszukać. Choć słuchawki raczej forsują na użytkowniku korzystanie wyłącznie z trybu wireless, czas pracy i dźwięk w tym trybie to rekompensują. Jak widać zatem, zalety wielokrotnie przewyższają wady, toteż myślę, że słuchawki utrzymują do końca dobre wrażenia i tym samym rekomendację. W cenie poniżej 300 zł będą kusiły zwłaszcza tych, którzy lubią podejście „przyłóż basem synu” i mają bardzo zróżnicowaną muzykę. W takich warunkach SonoFlow powinny brylować szczególnie dobrze.

Sprzęt można zakupić u nas w kraju na dzień pisania i publikacji recenzji w cenie 400 zł, ale za to na Amazonie są poniżej 300 zł i to właśnie tam rekomenduję zakupy.
Dane techniczne
- Wersja Bluetooth: 5.0
- Zasięg: do 10 m
- Protokoły Bluetooth: HFP / A2DP / AVRCP
- Kodeki: LDAC / AAC / SBC
- Przetworniki: 40 mm
- Impedancja: 32 Ω
- Pojemność akumulatora: 720 mAh
- Interfejs ładowania: USB-C
- Czas ładowania: 80 minu
- Czas pracy 50 h (z ANC) / 70 h (bez ANC)
- Waga 250 g
- Wymiary 170 x 192 x 82 mm
Dane pomiarowe
Platforma testowa
Poniżej sprzęt, który w największym stopniu został wykorzystany do napisania powyższej recenzji, jak również wykorzystywana muzyka i inne przydatne informacje.
- DAC/ADC/AMP: Motu M4, Tempotec Sonata BHD Pro, AF HA500, AF DA500, Loxjie D40 Pro, dongle USB-C z Meze 105 AER
- Nadajniki Bluetooth: Asus BT400, Asus PCE-AX58BT, RealMe 9Pro+
- Słuchawki testowe pełnowymiarowe: Audio-Technica ATH-S300BT, Creative Aurvana SE (zmodyfikowane), Haylou S35 ANC, Soundcore Space One PRO
- Słuchawki testowe typu IEM: KZ ZVX, Sony MH1
- Monitory odsłuchowe: M-Audio Forty Sixty
- Okablowanie testowe: własne okablowanie testowe i słuchawkowe z linii kabli Audionum
- Kondycjonowanie prądu: brak (instalacja dostosowana już specjalnie pod audio)
- Muzyka wykorzystywana w trakcie testów: przeważnie gatunki elektroniczne, z obecnością również albumów klasycznych, neoklasycznych, jazzu, muzyki wokalnej i rocka. Format FLAC 24/48, OGG, WAV.























Posiadam te słuchawki od pół roku (180zł na Ali) – faktycznie bardzo fajne granie.
Mam również Haylou s35 i powiem tak: Hs35 fabrycznie grają bardzo fajnie ale po ustawieniu EQ na flat tracą połowę jakości.
Z 1more jest odwrotnie – one fabrycznie są na flat i w mojej opinii jest to za bardzo basowe i za mało przejrzyste granie. Ustawiłem je na EQ tak, że podbiłem wysokie i zdjąłem trochę basu i jest jak dzień do nocy.
Obie pary to bardzo przyzwoite słuchawki – szczególnie jak pomyślę ile za nie zapłaciłem (Hs35 – 148zł; 1more – 180zł).
To niestety odwieczny problem posiadania słuchawek o różnych sygnaturach dźwiękowych. W pierwszej parze słyszymy niedostatki względem drugie, a w drugiej niedostatki względem pierwszej. Wówczas rzeczywiście ideałem jest wyrównywanie za pomocą EQ. Winszuję też świetnych cen – obecnie promocje się najwyraźniej skończyły, produkcja chyba też (S35). 🙂
Jeśli w tej samej cenie są do kupienia 1MORE SonoFlow Pro, to chyba lepiej je kupić czy jednak te z recenzji?
Chciałbym móc odpowiedzieć Panu twierdząco, ale nie mam takiej możliwości. Modelu PRO nie testowałem, więc nie wiemy co tam się dzieje pod maską. Jeśli czyta Pan od lat moje recenzje, to wie, że jestem bardzo powściągliwy w takich sytuacjach, stosując przysłowie „lepsze jest wrogiem dobrego”. I mam nawet ku temu konkretny przykład: KZ ZEX vs ZEX PRO. Teoretycznie model PRO powinien być lepszy, droższy, bardziej zaawansowany. W rzeczywistości słuchawki grały gorzej niż podstawowy model ZEX.
Oczywiście jeśli pragnie Pan podjąć ryzyko, można słuchawki zakupić i przysłać na testy. Porównamy, sprawdzimy, zmierzymy. Jeśli rzeczywiście są lepsze, rekomendacja za PRO jest wówczas formalnością. Ponieważ jednak to model zwykły jest mi znany, a nie PRO, bezpieczniej jest trzymać się w takiej sytuacji tego, co rzeczywiście udało się zweryfikować.